Wspomnienia z Powstania
Warszawskiego 1944 roku.
spisał
z-ca dowódcy 12 kompanii Batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania ( WSOP ) „Dzik”,
dowódca plutonu 121 ( I - go ), pseudonim „ Antoni Nałęcz”.
Tekst i rysunki: Marceli Ciechanowicz
Redakcja i posłowie: Witold Ciechanowicz
Wydawca: FIRMA Michał Ciechanowicz, Jaworzno, Polska
© Copyright by FIRMA Michał Ciechanowicz, Jaworzno, Poland
/ wersja przeznaczona do
publikacji w Internecie /
- - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - -
Przystępując do napisania tych kilku fragmentów z moich
wspomnień
o Powstaniu Warszawskim w sierpniu 1944 r. zastanawiałem się mocno, czy wypada teraz, po przeszło 18 latach, powracać do tych ciężkich i smutnych czasów, skoro nie zrobiłem tego wcześniej - nasunęło się bowiem pytanie: dlaczego właśnie teraz to robię, a dlaczego nie uczyniłem tego znacznie wcześniej, na świeżą pamięć?
Postaram się uzasadnić to w krótkich
słowach. W parę lat po powrocie z
niewoli niemieckiej ujrzałem, wydaną przez Stanisława Podlewskiego książkę pod
tytułem „ Przemarsz przez piekło”, w
której autor podaje dużo szczegółów z obrony Starówki.
Następnie w roku 1957 ukazała się
obszerna praca płk. Adama Borkiewicza pod tytułem: „ Powstanie Warszawskie 1944
r.”, zawierająca systematyczny opis w porządku chronologicznym / opartym na dokumentach i
miarodajnych relacjach / przebiegu całego Powstania Warszawskiego.
W międzyczasie ukazywało się również
sporo opisów poszczególnych epizodów z powstania, bądź w prasie codziennej,
bądź w periodykach.
Pomyślałem więc, że nic do tego nie dodam, a ponieważ nigdy przedtem nie zajmowałem się publicystyką, onieśmielało mnie to tym bardziej i powstrzymywało.
Co więc spowodowało, że właśnie
teraz, w tak opóźnionym czasie zdecydowałem się to uczynić? Odpowiedź w jednym
słowie: sentyment.
W pierwszym dniu po powrocie z
niewoli do kraju w październiku 1945 r., gdy nie znalazłem w Warszawie nikogo z
rodziny, udałem się natychmiast na Starówkę, przede wszystkim na ulicę Rybaki,
pod Prochownię, by odwiedzić i zobaczyć miejsce naszych walk i zmagań z
okupantem. Oczywiście, zastałem wówczas całą Starówkę w gruzach, jak ją pozostawiliśmy odchodząc, ale z biegiem
czasu Starówka została odbudowana i pięknie odnowiona. Za każdym prawie razem,
kiedy wyjeżdżałem do Warszawy, odwiedzałem Stare Miasto i we wspomnieniach
przeżywałem jego tragedię.
Wreszcie podczas ostatniego mego
pobytu, gdy znów tam byłem i widziałem wszystko odbudowane, pięknie pomalowane
i odnowione, a „nasza Prochownia”, stała nadal w stanie kompletnego
zapomnienia, z zabitymi oknami, martwa i zaniedbana, coś mnie zabolało: dzieje
się krzywda starej Prochowni z czasów średniowiecza, która i teraz w XX wieku odegrała dużą rolę,
umożliwiając w ciągu pełnych trzech tygodni
w sierpniu 1944 r. obronę tego odcinka, zamykając dostęp wrogowi na
Starówkę od strony Wisły.
Postanowiłem przypomnieć
społeczeństwu o Prochowni. Nie wiem, czy mi się to udało należycie zrobić,
zresztą już wspomniałem, że nigdy nie pisałem takich rzeczy, ale wiem, że
opisane przeze mnie fragmenty ściśle odpowiadają rzeczywistości, tak jak je
widziałem i przeżywałem.
Wszystkie podane nazwiska i
pseudonimy są autentyczne i jeśli przypadkiem kogoś z biorących udział w
obronie prochowni pominąłem – bardzo za to przepraszam.
/ pseudonim: Nałęcz Antoni /

Dnia 5 sierpnia 1944 r. po
wielokrotnych nalotach bombowców Luftwaffe na Bank Polski przy ul. Bielańskiej,
budynki tegoż zostały tak zniszczone, że dalsze pozostawanie w nich i obrona,
bez odpowiedniej ilości broni maszynowej było niemożliwe. Ponieważ drugi pluton
WSOP z Baonu por. „Dzika” broni
maszynowej w ogóle nie posiadał, został on zluzowany i skierowany na Stare
Miasto, gdzie znajdowały się już pozostałe dwa plutony tegoż baonu, aczkolwiek
w stanie niekompletnym.
Zostaliśmy zakwaterowani przy ulicy
Zapiecek i parę dni pełniliśmy służbę patrolową. Równocześnie Baon por.” Dzika”
został wcielony do zgrupowania AK Majora „Roga”.
W dniu 8 sierpnia otrzymałem od D-cy
Baonu rozkaz obsadzenia moim plutonem barykad przy zbiegu ulic Mostowej,
Rybaki, Boleść i Bugaj. Celem zorientowania się w sytuacji, tegoż dnia przed
południem udałem się w tow. st. sierżanta „Marka” i podchor. „Sarenki” na
wyznaczony mi odcinek. Główna barykada
znajdowała się w poprzek ulicy Boleść, przy zbiegu z ul. Rybaki.
Fabryka QUEBRACHO stanowiska niemieckie Stara Prochownia barykady powstańcze
![]()


![]()



![]()
Ulica
Boleść jest niejako przedłużeniem ulicy Mostowej i łączy ulicę Rybaki z Wybrzeżem Gdańskim nad Wisłą. Jest to
ostro spadająca ku Wiśle wąska uliczka, na której po obu stronach znajduje się
zaledwie parę domów, z tym, że szczególnie południowa strona tej ulicy jest
prawie całkowicie niezabudowana i otwarta w stronę mostu Kierbedzia.
Właśnie jeden z tych domów, stojący
przy zbiegu ulic Rybaki i Boleść był tą Starą Prochownią** z XVI wieku.
PRZYPISY:
* szkic przedstawia ówczesny układ ulic – obecnie ul. Rybaki nie jest przedłużeniem
ul. Bugaj, lecz przebiega bardziej na wschód .
/ WARSZAWA plan centrum - P.P.W.Kartograficznych - Warszawa 1797 /
* * STARA PROCHOWNIA- Dawna Brama Mostowa strzegąca pierwszego stałego
mostu na Wiśle, zbudowana ok. 1573 r., w XVII w. przebudowana na prochownię,
w XVIII w. na więzienie - ul. Rybaki 2 / j.w. /
Wszystkie trzy barykady znajdujące się w obrębie Prochowni były nie obsadzone i nie spotkałem tam nikogo z oddziałów powstańczych. Przy wstępnym obejrzeniu barykad stwierdziliśmy, że konieczna jest niezwłoczna naprawa dwóch barykad znajdujących się tuż przy Prochowni, aby mogły one skutecznie bronić dostępu od wschodu i południa. Trzecia barykada, położona znacznie niżej, w połowie ul. Boleść ku Wiśle, była w obecnym stanie zupełnie bezużyteczna. W pewnym momencie zauważyliśmy nieco niżej tej barykady, na otwartej przestrzeni od strony południowej, niewielki okrągły bunkier niemiecki. Poszliśmy więc go obejrzeć, czy nie mógłby być przez nas wykorzystany.
Stwierdziliśmy jednak, że strzelnica wychodziła właśnie na Prochownię, a wejście do niego znajdowało się od strony Wisły, czyli wszystko akurat w odwrotnym kierunku, niż to nam było potrzebne. Nie dawaliśmy jednak za wygraną, bo taki bunkier mógłby nam oddać wielką przysługę, gdyby można było przerobić na odwrót te otwory. Poprosiliśmy więc jednego z mieszkańców sąsiedniego domu, czy nie podjąłby się, oczywiście za zapłatą, wykonania tej przeróbki. Po obejrzeniu jeszcze raz bunkra, człowiek ten wyraził swą zgodę i miał wieczorem przystąpić do pracy.
W drodze powrotnej od bunkra
zatrzymaliśmy się jeszcze przy tej niższej barykadzie, rozważając możliwości
jej naprawy, gdy nagle rozległ się krótki, suchy trzask i stojący tuż przy moim
ramieniu podchor. „Sarenka” padł trupem na ziemię bez jęku. Zaskoczeni
tym, padliśmy z sierżantem „Markiem” na ziemię. Strzały się nie powtórzyły.
Wzięliśmy więc ciało „Sarenki” i szybko, schyleni odciągnęliśmy pod mur
najbliższej kamienicy. Tu stwierdziliśmy, że otrzymał on równocześnie dwie kule
- jedną w skroń, drugą w serce. Strzały zostały oddane ze stanowisk
niemieckich, znad Wisły.
Po stwierdzeniu - okupionym śmiercią „Sarenki”, że
niemieckie stanowiska znajdują się zaledwie w odległości 200 - 250 metrów od
wyznaczonej dla II plutonu placówki, sprawa jak najszybszego obsadzenia barykad
nabrała specjalnej wagi, toteż w niespełna dwie godziny cały II pluton / w
ilości około 30 żołnierzy / znajdował się już na miejscu i z zachowaniem
niezbędnych środków ostrożności przystąpiliśmy natychmiast do badania
najbliższego otoczenia i wyboru miejsc
dla rozlokowania pierwszych, nieco wysuniętych czujek.
Zasadniczymi punktami obronnymi
naszej placówki miały być:
1.
Narożny, murowany budynek / dawna Prochownia /, stojący frontem do ul. Rybaki
z bocznym skrzydłem wychodzącym na ul.
Boleść,
2.
Barykada w poprzek ul. Boleść , ciągnąca się spod murów Prochowni do kamienicy
czynszowej na przeciwległej stronie tejże ulicy,
3.
Barykada połączona rowem z poprzednią i położona w stosunku do niej pod kątem
prostym, a przecinająca ul. Bugaj.
Pierwsza barykada miała zabezpieczać
dostęp wrogowi od strony Wisły wzdłuż ul. Boleść i znajdowała się przynajmniej
o 10 - 12 metrów wyżej od powierzchni wybrzeża, druga zaś barykada miała
zabezpieczać dostęp od strony Podzamcza wzdłuż ul. Bugaj.
Prochownia – zasadniczy punkt oporu
naszej placówki, przedstawiała sobą mocno zbudowany, o grubych murach piętrowy
budynek / w.g posiadanych danych z XVI
w. /, z bardzo rozległymi, również o grubych murach, piwnicami. Mury tego
budynku, czyli front i skrzydło znajdują się pod kątem prostym do siebie i
kształtują się w formie litery „L”, tworząc w środku niewielkie podwórko.
Takie
określenie lokalizacji Prochowni może byłoby wystarczające w innych
okolicznościach, lecz w danym wypadku, niestety, musi być znacznie
szczegółowiej opisane, inaczej bowiem zupełnie niezrozumiałym, a nawet wręcz
nie do wiary byłoby, że nasza placówka przez pełne trzy tygodnie w miesiącu
sierpniu 1944 r. potrafiła właśnie w „Prochowni” utrzymać się i zamknąć dostęp
wrogowi od strony Wisły, nie zważając na codzienne bombardowania i ataki,
podczas których jeden raz udało się mu wedrzeć nawet na podwórko naszego
„bastionu”. Więc jeżeli chodzi o dokładniejszą lokalizację, to Prochownia z
dwóch stron wychodzi na Rybaki i Boleść, a z dwóch pozostałych stron otoczona
jest posesją fabryki barwników garbarskich szwedzkiej firmy Quebracho.
Sąsiedztwo to stanowiło dla naszej
placówki bardzo ważną osłonę, ponieważ posiadając ogromne rozmiary i duże
fabryczne zabudowania osłaniało ją od strony Wisły, częściowo od strony ul.
Boleść i wreszcie od tyłu, na przestrzeni między Wisłostradą, a ul. Rybaki.
Główny, kilkupiętrowy duży budynek
fabryki, konstrukcji żelbetonowej, ciągnął się wzdłuż wybrzeża 60 - 70 metrów.
Do niego przylegały z dwóch stron pomocnicze budynki fabryczne i gospodarcze z
tym, że główna brama wjazdowa i budynek biurowy znajdowały się od strony ul. Rybaki,
tuż w bezpośrednim sąsiedztwie z budynkiem Prochowni i tworzyły w środku duży,
pod kątem prostym załamany podwórzec. Takie wzajemne usytuowanie umożliwiało
nam poruszanie się po całym zapleczu głównego budynku fabrycznego, a tym samym
doprowadzanie drogą okólną naszych czujek
i gniazd oporu również do najdalej wysuniętych punktów w głównym budynku
fabrycznym.
W momencie obsadzenia przez nas
placówki, główny budynek fabryczny od strony Wisły i Podzamcza był przez
pociski niemieckich dział już tak zniszczony, że nie posiadał większości murów,
pozbawiony był też okien i drzwi, a nawet częściowo i stropów. Tym niemniej żelbetonowy jego szkielet i resztki
pozostałych gdzieniegdzie murów dawały jeszcze jaka taką osłonę i umożliwiały
nam rozmieszczanie jak najdalej wysuniętych czujek.
Co się tyczy zabezpieczenia
Prochowni przed obstrzałem od strony
południowej, od podzamcza, to zasłaniała ją jedynie znajdująca się po
przeciwległej stronie ul. Boleść kamienica czynszowa, wyższa od Prochowni o parę
pięter. Reszta terenu wzdłuż prawej, południowej strony ul. Boleść, aż do Wisły
i w stronę Podzamcza była zupełnie otwarta.
Na
tej przestrzeni, w odległości około 300 metrów znajdowały się dwa murowane
budynki z czerwonej cegły. tzw. „Dom Polaków Za Granicą” - potocznie „Czerwony
Dom”. Obszar od tych budynków aż do fabryki Quebracho stanowił bardzo wygodny
teren dla akcji czołgów i obstrzału, przede wszystkim tej fabryki, a częściowo
i naszej placówki, o czym zresztą przekonaliśmy się już na drugi dzień.
Po niezbędnym zabezpieczeniu
placówki przez umieszczenie paru wysuniętych czujek: jednej na ul. Bugaj, a
drugiej w narożniku fabryki Quebracho, przystąpiliśmy do naprawy i umocnienia
naszych barykad. Niestety, do barykady dolnej na ul. Boleść, która leżała niżej
od głównej w odległości około 50 metrów, już nie mieliśmy dostępu, gdyż
natychmiast ostrzeliwali nas Niemcy ze swych stanowisk na wybrzeżu.
Również i górna, główna barykada
znalazła się pod obstrzałem. W związku z tym, po przygotowaniu materiału,
naprawiliśmy i umocniliśmy ją dopiero w nocy. Główna praca polegała na
rozszerzeniu i podniesieniu ochronnego
wału z zewnętrznej strony, więc w dzień bylibyśmy cały czas na muszce karabinów
nieprzyjacielskich.
Naprawa drugiej barykady – przy ul.
Bugaj, poszła znacznie łatwiej, ponieważ
z
tej strony nie było jeszcze obstrzału.
Traf chciał, że w budynku „Prochownia” na parterze zamieszkiwał
mój kolega z czasów studenckich, śp. Włodzimierz Michalski. Dzięki temu od razu
bez trudu uzyskaliśmy pomieszczenie na rozlokowanie plutonu. Dodać należy, że
zarówno kol. Michalski, jak i jego małżonka – w charakterze łączniczki
znajdowali się już przedtem w szeregach mego plutonu. Poza tym należy
wspomnieć, że wszystkie piwnice Prochowni ze względu na swoje mury i rozmiary pełne
były chroniących się rodzin z
dziećmi i starcami.

Po naprawieniu barykad i rozmieszczeniu plutonu oraz minimalnym ubezpieczeniu przez wysunięte 3 czujki, placówka nasza na ranek 9 sierpnia była gotowa do obrony.
Główną nasza troską, poza małym stanem liczebnym plutonu i jego niedostatecznym wyszkoleniu, był brak uzbrojenia. W tym dniu posiadaliśmy zaledwie 5- 6 zwykłych karabinów / i to różnych kalibrów /, około 10 pistoletów różnych systemów oraz dostateczną ilość granatów ręcznych i butelek zapalających. Natomiast nie posiadaliśmy ani jednego karabinu maszynowego ani peemu, ale na szczęście wróg o tym nie wiedział.
Niemcy, przekonawszy się o
obsadzeniu przez nas placówki, przystąpili natychmiast do akcji. Już rano 9
sierpnia podjechały dwa czołgi od strony Podzamcza i z odległości poniżej 200
metrów zaczęły ostrzeliwanie fabryki Quebracho, a stwierdziwszy, że nie jest ona obsadzona, posunęły się prawie
pod samą fabrykę, kierując swój ogień na naszą placówkę. Ogień ten nie
wyrządził nam większych szkód, ponieważ czołgi nie zaryzykowały jeszcze zajęcia
dogodniejszej pozycji w linii prostej, naprzeciwko naszej barykady i strzelały
z ukosa, więc strzały nie były dla nas groźne.
Po akcji czołgów rozpoczęła swój
ogień piechota wysuwająca się ze swych stanowisk znad Wisłostrady i podchodząc
aż poza fabrykę Quebracho. Jednakże tego rodzaju natarcie nie mogło dać tak
łatwo wyników, ponieważ w wąskiej uliczce każdy ich żołnierz znajdował się na
muszce naszych karabinów, nie mając żadnej osłony, co też spowodowało, że po
krótkiej wymianie strzałów Niemcy się wycofali, ale natychmiast po wycofaniu się
piechoty nadleciało parę samolotów zrzucając bomby burzące i zapalające, które
na szczęście nie trafiły w naszą placówkę, spadając nieco wyżej.
Podnieceni tą walką sądziliśmy, że
nastąpi chyba teraz przerwa, gdy nagle usłyszeliśmy charakterystyczny zgrzyt
naciąganych wyrzutni min i za parę sekund
w okolicy naszej placówki rozległy się wybuchy pocisków podmuchowych,
tzw. „szaf’” względnie „krów”. Wyrządziły one szkody zrywając dachy i wyrywając okna i drzwi w bezpośrednim otoczeniu naszej placówki,
także i w samej Prochowni zostały wyrwane futryny okienne i jedne drzwi, raniąc
lekko 2-ch żołnierzy i kontuzjując łączniczkę p. Michalską w nogę. Przed
zmrokiem pojawiły się ponownie dwa czołgi penetrując teren i ostrzeliwując
budynki.
Tego rodzaju kolejne akcje, a
zwłaszcza czołgów i „krów” powtarzały się codziennie, przeważnie od samego rana
z niewielkimi przerwami, poza tym piechota stale penetrując teren czyniła swoje
wypady starając się jak najbliżej podejść do naszej placówki. Wszystkie te próby
były jednak likwidowane zarówno przez nasze wysunięte gniazda, jak też i obie
barykady. Przyzwyczajeni do sposobu ich działania wykorzystywaliśmy wolne
chwile do uzupełnienia naszych czujek, wyboru lepszych punktów dla gniazd
obstrzału.
W pierwszym rzędzie zależało nam na
jak najwygodniejszym usadowieniu się
w głównym budynku fabryki; drogą okólną przez różne zabudowania
pomocnicze dotarliśmy do budynku głównego, a raczej jego szkieletu i tu
przesuwając się z wielkim trudem po resztkach stropów i po żelaznych belkach,
dostaliśmy się na pierwsze piętro aż do narożnika fabryki przy zbiegu ulicy
Boleść i Wybrzeża, tj. do miejsca, do
którego codziennie dochodziły czołgi niemieckie. Oczywista rzecz, że tak
wysunięta i tak ryzykownie ulokowana czujka miał za główne zadanie obserwację
ruchów nieprzyjaciela i natychmiastowe
meldowanie o nich. Zadanie to było o tyle łatwe, że czujka miała przed sobą jak
na dłoni wszystkie punkty wypadowe niemieckich czołgów i piechoty oraz ich
gniazda karabinów maszynowych.
Nie wolno jej było oddawać żadnego strzału, aby się nie zdradzić,
wolno było jednak w wypadku zbliżenia się czołgu niemieckiego na bezpośrednio
bliski dystans obrzucić go zapalającymi butelkami z benzyną.
Po paru dniach próbnych
przygotowawczych ataków na naszą placówkę, operujące na tym odcinku dwa
niemieckie czołgi zaczęły coraz bliżej podchodzić
i pewnego dnia jeden z nich podjechał tuż pod mury fabryki, skręcając w uliczkę Boleść, widocznie z zamiarem obstrzeliwania naszej barykady z dogodniejszej pozycji. Nasi chłopcy ze swego gniazda natychmiast obrzucili go zapalającymi butelkami. Czołg stanął, aczkolwiek nie eksplodował, załoga chyłkiem zmykała ku Wisłostradzie. Nasi - z gniazda - również pospiesznie opuścili swoje stanowiska. Oczywiście, natychmiast nastąpiła reakcja i szkielet fabrycznego budynku został ostrzelany z działa drugiego czołgu oraz karabinów maszynowych. jednak nie wyrządziło to nikomu żadnej szkody - tyle tylko, że straciliśmy już najlepszy dla nas punkt obserwacyjny i musieliśmy go umieścić nieco bliżej naszej placówki, w innym gospodarczym budynku tejże fabryki.
Na drugi dzień znów jeden, ale tym
razem większy czołg podjechał pod fabrykę, skręcił w ul. Boleść i jak wydawało
się z jego ruchów, miał zamiar przełamać i tak już mocno nadwerężoną żelazną
bramę i wjechać na dziedziniec fabryczny. I tu nagle znów seria butelek
zapalających, parę wybuchów i...czołg stoi. Załoga przebiegła na drugą stronę
ulicy w kierunku „Czerwonego domu”.
Z
naszej barykady nie padł ani jeden strzał, aczkolwiek uciekający z czołgu byli
przez minutę przynajmniej w odległości najwyżej 120-140 metrów - widoczni jak
na dłoni. Zdumieni widocznie strzelcy na barykadzie opamiętali się, dopiero gdy
uciekinierzy skryli się za rogiem kamienicy, po drugiej stronie ul. Boleść.
Przyznam się, że sam byłem tym
wszystkim mocno zaskoczony, ponieważ w tym miejscu nie było naszej stałej
czujki. Tłumaczy się to jednak tym, że nasi chłopcy często sami na ochotnika,
nie mając a tym czasie wyznaczonej służby, chodzili i czaili się z granatami i
butelkami zapalającymi na „grubszą zwierzynę”, tzn. czołgi. I tu właśnie,
ukryci za jakąś szopą przy wjeździe do fabryki, unieruchomili tego kolosa.
Zaznaczyć muszę, że już prawie od tygodnia, gdy ataki Niemców stawały się z
dnia na dzień coraz częstsze i silniejsze, obrona placówki przez nasz pluton –
nie posiadający ani jednego karabinu maszynowego, stawała się coraz trudniejsza
i nie wróżyła pomyślnego wyniku.
W międzyczasie nawiązaliśmy kontakt z oddziałami AL stojącymi nieco wyżej od nas przy ul. Mostowej i Freta i od tego czasu współpracowaliśmy razem z plutonem AL porucznika „Gustawa” i plutonem Czwartaków por. ”Trocha”, Plutony te były znacznie lepiej od nas uzbrojone, szczególnie pluton por. ”Gustawa’ i oddawały nam większą pomoc przy obronie naszej placówki, a nawet i przy niewielkich wypadach. Również z wydatną pomocą przychodził nam w groźniejszych sytuacjach półpluton z oddziału „Wigrów”, też b. dobrze uzbrojony. W ten sposób teraz zawsze mogliśmy liczyć na kilkanaście dodatkowych karabinów zwykłych i na 2, a nawet 3 karabiny maszynowe. Poza tym i nasze uzbrojenie wzrosło o kilka karabinów zwykłych i 2 „peemy”.
Wracając teraz do unieszkodliwionych
czołgów: wtedy gdy pierwszy z nich został prawie natychmiast odciągnięty przez
inny czołg - drugi pozostał przy bramie fabryki. Późno wieczorem tego dnia
podchorąży „Orlikowski”, który już po objęciu przeze mnie placówki został
przydzielonym przez D-wo Baonu jeszcze z innym podchor. „Zawadzkim” do mego
plutonu - przydźwigał do „Prochowni” z
innym strzelcem ciężki karabin maszynowy.
Okazuje się, że przy zapadnięciu zmroku dostał się on do
unieszkodliwionego czołgu i przez parę godzin wymontowywał ten ciężki karabin
maszynowy.
Już
prawie tydzień bronimy naszej placówki, nie mamy ani chwili spokoju, prażą nas
czołgi ze swych dział, piechota obstrzeliwuje i nęka natarciami, a z powietrza
lecą bomby burzące oraz pociski z wyrzutni - tzw. „szafy” albo „krowy”.
Tylko późnym wieczorem i w nocy mamy
od czasu do czasu chwilę spokoju i wypoczynku. I właśnie w tych chwilach obserwujemy
niewytłumaczalne dla nas zjawisko.
Otóż w odległości 200-400 metrów na
ukos od naszej Prochowni, a wyżej przynajmniej o jakieś 50-60 metrów na samym
szczycie ostro spadającej skarpy stoi długi dwu czy trzypiętrowy budynek
klasztorny - Zakon ss Sakramentek, a pod nim, na stokach skarpy, rozpościera
się ogród owocowy.
Gdy tylko zapada mrok, budynek ten
dosłownie co wieczór jest oświetlany widocznie zespołem reflektorów z
przeciwległego brzegu Wisły i to tak jaskrawo, że widać na jego murach
najdrobniejsze szczegóły, a figurki świętych zdobiące krawędź ostatniego piętra
są dokładnie widoczne ze wszystkimi szczerbami spowodowanymi obstrzałem
artylerii. To rzęsiste oświetlenie trwa przez kilka godzin - noc w noc.
W nocy rzadko kiedy padają
strzały z baterii z przeciwległego
brzegu Wisły, natomiast we dnie – szczególnie w początkach sierpnia budynek ten
był mocno ostrzeliwany ze wspomnianych baterii i był już nieco zrujnowany -
szczególnie ucierpiały jego górne piętra, gdzie znajdowały się figury świętych,
z których większość była częściowo lub nawet całkowicie zniszczona. Żołnierze
dowcipkowali nawet, że jeden z nich musiał być jakimś wielki świętym, bo stał
sobie na samym narożniku - zupełnie samiuteńki i drwił z ognia dział
niemieckich. Dziwiło nas to codzienne zjawisko - tym bardziej, że nie
następowało ani w czasie takiego oświetlenia, ani potem żadne natarcie ani
ostrzeliwanie tego odcinka.

Nie mogliśmy zrozumieć, co to miało
znaczyć i jaki był tego cel. Aż tu nagle
w
początku drugiej dekady sierpnia, pewnego wieczoru budynek klasztorny pozostał
ciemny i od tej pory naświetlanie jego murów już się nie powtórzyło.
Zaraz potem, późnym wieczorem,
przypuszczalnie gdzieś około godziny 22-giej, gdy obchodziłem sam - jak każdego
dnia - barykady i posterunki, usłyszałem nagle tuż nad sobą i zdawało mi się,
że b. nisko cichy szum lecącego samolotu i tuż zaraz ujrzałem opadający na
linii budynku klasztornego biały spadochron, za chwilę drugi i trzeci i wtedy dopiero rozległ się głos
pracujących motorów.
Według mego obliczenia wszystkie
trzy spadochrony spadły w ogrodzie pod murami klasztoru. Nie namyślając się ani
chwili, podniecony tym, że pierwszy zobaczyłem zrzuty przeznaczone przecież dla
powstańców, pobiegłem w stronę ogrodu i
w kompletnych ciemnościach, z trudem przedzierając się przez jakieś nieznane mi
zabudowania i podwórka dotarłem do połowy wzgórza pod klasztorem, gdzie
ujrzałem w ciemności dużą białą plamę - był to właśnie spadochron. Po omacku
stwierdziłem, że tuż obok niego leży metalowy pojemnik, dość wąski, ale bardzo
długi. Próbowałem go podnieść w samym końcu, ale był tak ciężki, że nie mogłem
go nawet poruszyć. Prędko więc, jak się tylko dało, w ciemnościach zbiegłem do
Prochowni i natychmiast wróciłem z kilkoma żołnierzami, aby przenieść zrzut do
naszej placówki. Wkoło na naszym odcinku panowała wprost zadziwiająca cisza.
Była już północ, gdy przystąpiliśmy do otwierania pojemnika, który w kształcie
długiego żelaznego cygara o średnicy około 1/4 metra i długości około 2,5
metrów leżał na podłodze w jednym z pokoi na Prochowni.
Byliśmy wszyscy niezmiernie
podnieceni: może nareszcie będziemy mieli należytą broń i amunicję, przecież
sam ciężar pojemnika wskazywał na to, że zawiera on przedmioty ciężkie, a więc
może karabiny maszynowe, peemy itp. Wreszcie pojemnik otwieramy - tak jak otwiera
się futerał cygara – na dwie strony wzdłuż osi podłużnej.
Oczy wszystkim wyłażą z orbit, ręce
macają coś owiniętego w koce i stare frencze angielskie. Rozwijamy to
prędko...niestety, nie widzimy karabinu maszynowego ani peemów ani nawet
pistoletów, widzimy jakieś części żelazne nieznanych nam przedmiotów,
kilkanaście, może więcej jakichś pocisków i wreszcie stare frencze, spodnie
i koce, którymi wszystko było
poprzekładane i pozawijane.
Patrzyliśmy na siebie zdumieni... i
mocno rozczarowani – padło nawet parę cierpkich uwag, ale trudno. Trzeba
przecież zorientować się, co to właściwie za sprzęt został nam zrzucony,
przecież na pewno tylko dla celów obrony.
Z opisu, który znaleźliśmy - o ile
pamiętam w języku włoskim i francuskim - dowiedzieliśmy się, że są to małe
wyrzutnie do pocisków przeciwczołgowych o nazwie: „Piat”. Jasne, że to się nam
przyda, więc mając pod ręką te opisy przystąpiliśmy natychmiast do zmontowania
takiej wyrzutni, co się nam po niedługim czasie udało zrobić, przy czym
stwierdziliśmy, że mamy dwa komplety „Piatów” i po kilkanaście pocisków do
każdego z nich.
Nad ranem zjawił się u nas oficer z
oddziału, który specjalnie nadzorował zrzuty i polecił nam oddać jeden „Piat”,
pozostawiając drugi na naszej placówce. Co się tyczy pozostałych dwóch
widzianych przeze mnie spadochronów, to zostały one również podjęte w tym samym
ogrodzie nieco później przez inne
oddziały powstańcze.
W związku z tym, że natarcia
oddziałów niemieckich stawały się coraz częstsze i groźniejsze, współpraca naszego plutonu z plutonem AL por.
„Gustawa’ oraz plutonem Czwartaków por. ”Trocha” nabrała stałego charakteru i oddziały
te codziennie przybywały na naszą placówkę, aby wzmocnić obronność naszych
barykad, samej Prochowni i jej zaplecza. I trzeba podkreślić, że współpraca
nasza ułożyła się nadzwyczaj dobrze, stanowiliśmy jedną zwartą grupę, celem
której była jedynie obrona placówki i niedopuszczenie Niemców na Starówkę od
strony Wisły.
Jedynym,
niewielkim zgrzytem był incydent, gdy dowództwo AL zjawiło się na naszej
placówce i zażądało wydania ich oddziałowi wymontowanego przez podchor.
„Orlikowskiego” ciężkiego karabinu maszynowego ze spalonego czołgu, twierdząc,
że to jeden z ich żołnierzy obrzucił butelkami i unieruchomił ten czołg.
Trudno mi było przeciwstawiać się,
ponieważ w tym punkcie rzeczywiście nie mieliśmy stałej czujki, natomiast w
ruchomych wypadach brali udział nasi żołnierze wspólnie z żołnierzami AL i
Czwartaków, a który z nich akurat był rzeczywistym sprawcą unieruchomienia tego
czołgu – moim zdaniem trudno było dokładnie ustalić. Ważne było to
przynajmniej, że karabin ten i tak stale prawie znajdował się na naszej
placówce i służył dla jej obrony, chociaż obsługiwany był przez żołnierzy AL.
W międzyczasie osobowy stan mego plutonu również nieco się
powiększył. Prócz dwóch podchorążych: „Orlikowskiego” i „Zawadzkiego”, o
których już wspomniałem, że byli przydzieleni z D-wa Baonu już w czasie naszej
akcji na Prochowni, zgłosiło się do nas jeszcze około 8 ochotników. Element
oczywiście był bardzo nierówny, tak pod względem znajomości rzemiosła
wojennego, jak też i oblicza moralnego.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje
w pierwszym rzędzie podchor. „Orlikowski” z Warszawskiej Podchorążówki, który
będąc synem - o ile się nie mylę - dyplomowanego pułkownika, zdaje się
odziedziczył po ojcu zdolności
i
specjalne zamiłowanie do wiedzy i służby wojskowej i gdyby nie tragiczna jego
śmierć na barykadzie naszej placówki, mógłby może zajść daleko na polu wiedzy i
pracy wojskowej. Niestety, nie mógł on jakoś dostosować się do warunków walki
partyzanckiej, opierając się widocznie ma wyuczonych zasadach normalnej taktyki
wojskowej i dlatego też zginął, narażając się zupełnie niepotrzebnie, w sytuacji, gdzie każdy inny z łatwością by
tego uniknął.
Następnym z nowoprzyjętych do
plutonu był tej samej miary co do odwagi
i moralności, jedynie bez specjalnego przygotowania teoretycznego -
strzelec „Werny”, również tragicznie poległy przy obronie naszej placówki, o
czym wspomnę nieco dalej.
Wreszcie wymienić należy z nowo
przybyłych jako bardzo wartościowych żołnierzy: podchor. „Zawadzkiego” i
Francuza / który zbiegł Niemcom / - strzelca „Chambux”. Zgłosił się on do nas
razem z „Wernym” i pokazał się z najlepszej strony. Nie brakło również w tej nowej grupie mało wartościowych
jednostek, do których zaliczyć należy dwóch wspaniale zbudowanych fizycznie
dawnych policjantów oraz dwóch typowych łazików – obie te pary nic z siebie nie
dały, natomiast prawie zawsze starały się wykręcić wszelkimi sposobami od
poważniejszych i niebezpiecznych zadań służbowych.
Z dawnego, pierwotnego składu plutonu, poza zabitym w pierwszym dniu podchor. „Sarenką”, niewątpliwie najlepszym i bardzo wartościowym pod każdym względem żołnierzem był st. sierżant „Marek”, który niestety również poległ później, po przejściu kanałami do Śródmieścia, przy ul. Wspólnej 10.
Teraz, po otrzymaniu wyrzutni „Piat”, zabezpieczenie naszej placówki od coraz bliżej podchodzących czołgów mogło znacznie się poprawić. Toteż natychmiast wpro -wadziliśmy tę broń do naszej akcji obronnej. W tym celu ustawiliśmy „Piata” w rogu pewnej szopy, czy też przyfabrycznej wartowni – tuż zaraz przy bramie wjazdowej do fabryki od strony ul. Boleść, dobrze go maskując za krzakami rosnącymi przed tą szopą.
Obsługę „Piata” powierzyłem strzelcowi
„Wernemu” i Francuzowi „Chambux”, którzy byli dostatecznie inteligentni, by
należycie obchodzić się z tym, bądź co bądź skomplikowanym, i nieznanym u nas
jeszcze przyrządem oraz byli dość silni, a szczególnie strz. „Werne” do
naciągania sprężyny. Dodałem jeszcze do pomocy strzelca „Wichra”, który miał
być jednocześnie łącznikiem z placówką.
Niedługo czekali nasi chłopcy na
wroga. Tegoż dnia w południe zbliżył się do bramy fabrycznej czołg.
Niewątpliwie zostałby unieruchomiony, ale niestety brak wyszkolenia, dyscypliny
wojskowej, a w pierwszym rzędzie podniecenie i napięcie nerwowe strzelca
„Wichra” wszystko pokrzyżowało.
Trzeba stwierdzić, że pocisk z
„Piata” działa skutecznie najwyżej na odległość 80-100 metrów i trzeba przy tym
wybrać dogodną pozycję, by się nie ześlizgnął – najlepiej więc trafić w bok, a
nie z przodu czołgu. „Werny” i „Chambux” dobrze o tym wiedzieli i widocznie
wyczekiwali na tę odległość i dogodną pozycję, natomiast „Wicher”, bardzo
skądinąd dzielny i subordynowany żołnierz, nie wytrzymał widocznie nerwowo i
gdy czołg zbliżył się na odległość 60-70 metrów - dał strzał z karabinu.
To wystarczyło. Strzał z
armaty, seria z CKMu czołgu i po wszystkim. „Wernego” z odłamkiem pocisku w piersi z trudem doprowadził do Prochowni
Francuz „Chombux”, „Wicher” z odłamkiem w brzuchu został przyniesiony na
noszach. Straciliśmy bardzo dzielnych żołnierzy i bardzo ważny dla nas punkt
oporu. Czołg nieuszkodzony wrócił do swej bazy. Rama „Piata” ze sprężyną na
szczęście ocalała i po niewielkiej naprawie mogła być używana.


Rannych natychmiast trzeba było
odnieść do szpitala polowego, który znajdował się w końcu ulicy Długiej. Był to
jednak od nas kawał drogi, a poruszanie się wówczas po ulicach Starówki było
bardzo utrudnione i niebezpieczne, ponieważ w wielu miejscach ulice znajdowały
się stale pod obstrzałem karabinowym wroga, a wyrzutnie min zapalających i
burzących zasypywały nas żelazem i ogniem. Poruszaliśmy się więc przeważnie
piwnicami od domu do domu przez otwory wybite w murach tych piwnic.
Jednak z ciężko rannym było to
niemożliwe, trzeba było więc,
ryzykując, w wielu miejscach
przechodzić ulicami. Niestety, strzelec „Wicher’ nie wytrzymał tej drogi i
zmarł, zanim go doniesiono do szpitala. Natomiast „Werny”, atletycznej budowy
mężczyzna w sile wieku, około 30 lat, szczęśliwie przetrzymał tę drogę. Byłem
osobiście u lekarzy operatorów, prosiłem o przyspieszenie badania i ratowanie
tego mężnego i ze wszech miar wartościowego żołnierza i człowieka. Zrobili
wszystko, co było możliwe w tych warunkach, lecz oświadczyli mi, że jedynie
siła jego organizmu może go uratować, bo odłamek znajduje się blisko serca, czy
arterii sercowych, już nie pamiętam, i że absolutnie nie można dokonać w
obecnych warunkach operacji. Czekaliśmy. Był cały czas przytomny, pogodny,
jednak w końcu drugiego dnia skonał.
Z całej obsługi „Piata” uratował się tylko jeden - strzelec „Chambux” - Francuz, odnosząc tylko lekkie obrażenia.
Ponieważ
tak nagle straciliśmy i to w dobrym miejscu i dobrze zamaskowane gniazdo
„Piata”, trzeba było koniecznie stworzyć nową czujkę, chociażby tylko do
obserwacji ruchów nieprzyjaciela, którego natarcia stale wzbierały na sile.
Toteż na drugi dzień rano po tym tragicznym wypadku zabrałem dwóch żołnierzy i
udałem się na teren fabryki od strony ul. Rybaki, aby ulokować w którymś z
budynków nową czujkę.
Trzeba wyjaśnić, że aczkolwiek
podwórzec fabryczny był ze wszystkich stron otoczony zabudowaniami, to w jednym
miejscu, od strony południowej, gdzie znajdowały się stanowiska niemieckie,
właśnie z tej strony między dwoma niewysokimi budynkami była kilkumetrowa wąska
przestrzeń. Niemcy tak nas pilnowali i osaczyli, gdzie tylko się dało, że i na
tę wolną przestrzeń ustawili swoje punkty obstrzału z karabinów. My o tym
dobrze wiedzieliśmy, ponieważ jak tylko ktoś ukazał się w tym polu widzenia,
natychmiast następował obstrzał. Można było tylko czołgać się po ziemi lub
szybko przeskoczyć tę przestrzeń. Ponieważ w danym wypadku prowadziłem ze sobą
jednego z nowo przyjętych ochotników - strzelca „Sowę’, wytłumaczyłem mu jak
tylko weszliśmy na podwórzec i byliśmy jeszcze osłonięci budynkami, że przy
przebyciu tych 3-4 metrów od miejsca, gdzie staliśmy, do budynku, do którego zmierzaliśmy
- należy wykonać kilka szybkich skoków, aby nie narazić się na strzał. Sam
pierwszy wykonałem te skoki i stałem już przy drugim budynku obserwując
nowicjusza „Sowę”. Był to dość tęgi mężczyzna lat około 32-35. Wolniutkim
truchtem podążał do mnie, lecz naraz padło parę strzałów i ”Sowa” runął na
ziemię. Znów ciężka sprawa. Podczołgaliśmy się do niego - ja z jednej strony, a
drugi strzelec z ich punktu wyjścia.
Żył jeszcze, więc czołgając się ciągnęliśmy go po ziemi do miejsca, z którego
wyszedł. Był przytomny. Nie jęczał, krwi jakoś nie było widać. Przynieśliśmy mu
łyk wody. Wstał i opierając się na naszych ramionach doszedł do Prochowni /
mniej więcej 40-50 metrów /, usiadł na ławce i momentalnie skonał.
Tak niefortunnie zaczął się ten
dzień, a wieczorem zdarzyła się nam naszym odcinku jeszcze większa tragedia,
aczkolwiek nie dotyczyła bezpośrednio naszego plutonu. Otóż jak zwykle w
godzinach wieczornych obchodziłem nasze barykady i najbliższe otoczenie Prochowni - gdy znów – jak to było przed
paru dniami - usłyszałem nad sobą cichy szum lecącego bez motorów samolotu po
tej samej linii co poprzednio, tj. od strony Wisły w kierunku klasztoru na
skarpie.
I w tej samej chwili cała
powietrzna przestrzeń od naszej placówki aż do klasztoru kompletnie zapełniła
się setkami czy nawet tysiącami świetlnych różnokolorowych pocisków z dział
przeciwlotniczych. Ogarnęło nas zdumienie. Zdawało się, że pociski te lecą nie
tylko zza Wisły, lecz także ze wszystkich czterech stron i zapełniają całą
przestrzeń - taka była ich masa i wyglądało to niezwykle pięknie, jakby na
jakimś galowym święcie wyrzucano różnokolorowe ognie sztuczne w czerń nieba... Tymczasem rozgrywała się
tuż nad naszymi głowami wielka tragedia. Trzy samoloty z zrzutami z Anglii
zostały tego wieczora strącone i runęły gdzieś w okolicy ul. Miodowej, a załogi ich zginęły. Taki był tragiczny
ciąg dalszy tajemnicy oświetlania murów klasztornych.
Ale nie było to jeszcze ostatnie
wydarzenie w tym dniu, aczkolwiek była już godzina 23 w nocy. Otóż zameldowało
się u mnie dwóch młodych ludzi b. lekko ubranych, legitymujących się rozkazem
jednostki wojskowej, że mają przepłynąć Wisłę poniżej naszej placówki i dostać
się na prawy jej brzeg. Prosili, aby im wskazać bezpieczne dojście do brzegu,
aby mogli zanurzyć się i popłynąć. Na moją uwagę, że właśnie tam znajdują się
baterie artylerii i dział przeciwlotniczych - oświadczyli, że wiedzą o tym i
dlatego popłyną. Oczywiście poleciłem odprowadzić tych śmiałków poniżej fabryki
„Quebracho” do brzegu Wisły. Popłynęli. Więcej o nich nie słyszałem - do nas
nie wrócili. Zadanie ich było mi nieznane; przypuszczam, że dotyczyło ono
właśnie unieszkodliwienia tych baterii na przeciwległym brzegu Wisły.
Sytuacyjnie
obsada całego odcinka bronionego przez plutony Baonu por. „Dzika” przedstawiała się w ten sposób, że
Prochownia zajmowała pierwszą pozycję kluczową, zagradzając wrogowi drogę od
strony Podzamcza i Wisłostrady - gdy zajmowana obecnie przez nasz pluton Szkoła
Powszechna była końcowym punktem i stykała
się z odcinkiem zajętym przez inne oddziały powstańcze. Między tymi dwoma
krańcowymi punktami znajdowała się trzecia placówka, obsadzona również przez 3
pluton naszego Baonu i mieściła się w dwóch dużych niewykończonych blokach,
znanych wówczas pod nazwą „Pekin”.
Ponieważ nie znaliśmy dokładnie
nowo obsadzonego terenu - zaraz na początku,
z samego rana wyznaczyłem miejsce w ogródku
przed szkołą od strony Wisłostrady na umieszczenie tam czujki
obserwacyjnej na Wisłostradę, skąd w
tym okresie jedynie mogli nas
zaatakować Niemcy. Obsadę tej czujki w godzinach rannych, do południa, mieli
pełnić dwaj strzelcy z grupy nowo przyjętych ochotników - już w czasie akcji na
Prochownię. Byli nimi akurat ci sami „łazicy” nieskorzy do żadnej
poważniejszej i niebezpieczniejszej
służby. Sądziłem jednak, że obserwowanie niewielkiego odcinka i siedzenie cicho z karabinem w ręku nie
będzie dla nich zbyt trudnym zadaniem.
Jak się wkrótce okazało - nie potrafili
wykonać nawet i tak łatwego zadania.
Przed samym południem obchodząc stanowiska
wewnątrz budynku z przerażeniem, a raczej zdziwieniem zobaczyłem z pierwszego
piętra, że tuż przed naszą placówka i to już pod linią naszej wysuniętej czujki
maszeruje sobie najspokojniej umundurowany żołnierz Wehrmachtu.
Prędko zbiegłem na parter i przez
salę gimnastyczną zmierzałem ku wyjściu od strony Wisły i tuż - prawie w
drzwiach natknąłem się na tego żołnierza niemieckiego.
Oczywiście na mój rozkaz podniósł
ręce do góry i stał spokojnie nie okazując zdziwienia ani zakłopotania. W
międzyczasie nadbiegł sierżant „Marek” z żołnierzami i dokładnie go zrewidował.
Oprócz pistoletu i jakiegoś scyzoryka nic przy sobie nie miał. Po odebraniu
tych przedmiotów i paska zapytałem go, co to wszystko ma znaczyć, w jakim celu
on tu przyszedł? Odpowiedział, że nie mógł dłużej wytrzymać w tej ciągłej i
beznadziejnej walce i postanowił dobrowolnie oddać się w ręce powstańców. Był
to mężczyzna w średnim wieku, lat 34-35, zmizerowany, apatyczny i na wygląd zrezygnowany.
Nie pozostawało mi nic innego, jak
odesłać go do dowództwa, toteż poleciłem plutonowemu „Młotowi” aby wziął dwóch
strzelców i odprowadził go do przy moim raporcie do D-wa Baonu. Gdy eskortując
jeńca przechodzili koło naszej placówki „P...”, według meldunku plutonowego
„Młota”. Podskoczył do nich ppor. „N...” i w bardzo ostrej formie zażądał
wydania mu jeńca celem rozstrzelania go, jednocześnie krytykując moje
zarządzenie i tolerancję. Żołnierze mego plutonu jednak kategorycznie
sprzeciwili się temu tłumacząc się, że muszą wykonać dany im rozkaz i jeńca doprowadzili do D-wa Baonu. W
międzyczasie badałem, jak to mogło się stać, że obsada czujki nie widziała i
przepuściła wspomnianego jeńca niemieckiego. Czujkę znalazłem nie obsadzoną –
„łazików” nie było. Zjawili się dopiero przed obiadem przynosząc skądś
upieczoną kozę. Okazało się, że obserwując z czujki teren - zobaczyli gdzieś w
pobliżu nie wroga, lecz uwiązaną kozę. To im wystarczyło - złapali i zabili
kozę, a następnie po zdarciu z niej
skóry i wypatroszeniu - gdzieś w końcu ogródka upiekli ją częściami na rożnie.
Co prawda w tym czasie głód nam często dawał się we znaki, mięsa w ogóle już
dawno nie widzieliśmy, a z Baonu otrzymywaliśmy minimalne porcje skąpej i mało
wartościowej żywności, a i to bardzo nieregularnie. Nie mogło to jednak usprawiedliwić
postępku tych dwóch „wojaków” - ale cóż mogłem zrobić w naszych ówczesnych
warunkach poza ostrą naganą i ostrzeżeniem przed frontem plutonu.
Następnego dnia wróciliśmy na naszą
stała placówkę - Prochownię, gdzie pozostawaliśmy aż do wycofania się oddziałów
powstańczych ze Starówki.
W
dniu 13- go sierpnia po odparciu ataków przeciwnika na Prochownię - udałem się po
południu z meldunkiem do D-wa Baonu. Drogą okólną, via ul. Brzozowa, częściowo
połączonymi piwnicami sąsiednich kamienic doszedłem na Stary Rynek. Ulicą
Mostową już w tym czasie było bardzo niebezpiecznie chodzić, ponieważ
znajdowała się ona pod obstrzałem z pozycji nieprzyjaciela. Stary Rynek już
wówczas przedstawiał tragiczny obraz zgrozy i zniszczenia. Wszystkie bez
wyjątku domy były mniej lub więcej zniszczone, niektóre zupełnie rujnowane,
większość bez dachów,
z podziurawionymi murami, bez okien i drzwi. Na jezdni Rynku w kilku
miejscach leżały niewypały, tzw. "grube Berty " o średnicy 60 cm i
przeszło 1m długości. Poza tym cały Rynek był w gruzach i pełen lejów.
Po omówieniu z D-cą Baonu, por.
"Dzikiem" dalszego planu działania
na moim odcinku, udałem się razem z D-cą Kompanii - por. „Openhajmem” i
komendantką naszej grupy sanitariuszek okólnymi uliczkami w kierunku ul.
Kilińskiego, gdzie był upatrzony lokal dla D-wa baonu, ponieważ obecny - na
Starym Rynku - był tak zniszczony, że dalsze pozostawanie w nim było
niemożliwe. Znów traf chciał, że lokal znajdował się w domu nr 3 przy ul.
Kilińskiego, gdzie w czasie okupacji mieszkał mój przyjaciel - kapitan Stan.
Dłużniakiewicz ( o ile sobie przypominam - pseudonim „Orlicz” ),
który właśnie wciągnął mnie do pracy konspiracyjnej w roku 1942. Zginął on
przed wybuchem Powstania - zdaje się schwytany przez Niemców na Pradze z bibułą
konspiracyjną. Mieszkanie, które było upatrzone dla D-wa, doskonale znałem z tamtych czasów i uważałem, że poza tym,
iż znajdowało się ono na ostatnim - 3-m
piętrze - doskonale nadawało się co do wielkości i rozkładu do tego celu.
Po obejrzeniu rozkładu usiedliśmy na
kanapie w rogu olbrzymiego pokoju jadalnego aby się naradzić. Zaledwie
zdążyliśmy usiąść, jak rozległy się na ulicy niezwykle głośne masowe okrzyki i
wiwatowania. Zainteresowało to nas, więc poszliśmy do sąsiedniego pokoju
frontowego i wyszliśmy na balkon. Ujrzeliśmy niezapomniany widok: nieco na ukos
od nas w odległości 25-30 metrów przed barykadą przecinającą ulicę Podwale,
przy zbiegu z ul. Kilińskiego stał niewielki czołg niemiecki dosłownie
oblepiony naszymi rozradowanymi i wiwatującymi żołnierzami powstańczymi. Wokół
niego i dalej na ul. Kilińskiego tłumy wiwatujących podnieconych ludzi
cywilnych i wojskowych. Wrzawa i objawy radości nie do opisania! Postaliśmy tam
parę minut - zrozumieliśmy, że ten zdobyty na Niemcach czołg czy tankietka ma
być przeprowadzony przez barykadę – nad czym pracowało paru żołnierzy i cywilów
– zasypując i wyrównując w jednym końcu głęboki rów przed barykadą.
Coś mnie jednak nieprzyjemnie tknęło
- przypomniały mi się podobne obrazki
z innych czasów i okoliczności - i zaproponowałem, abyśmy wrócili do
pokoju: wziąłem pod rękę moją sąsiadkę i wszyscy troje opuściliśmy balkon.
Ledwie usiedliśmy na tej samej kanapie w jadalnym pokoju i mieliśmy otworzyć
butelkę wina - gdy nagle rozległ się straszliwy huk, w pokoju pociemniało, na
lewo od nas z pokoju frontowego, w którym byliśmy przed chwilą, wyleciały z futryną
drzwi, górna pokrywa fortepianu stojącego w przeciwległym rogu przy oknie
podniosła się i z hukiem opadła: w ogóle naokoło w tych paru chwilach działo
się coś niesamowitego i niezrozumiałego - wszystko się trzęsło, sypało,
leciało.
Siedzieliśmy
w rogu jak skamieniali - nie wyrzekliśmy jednego słowa. W tych ułamkach sekund
usilnie pracował mózg, tłoczyły się pytania: co się stało? Nie było przecież
nalotu Luftwaffe, nie słyszeliśmy ani gwizdu lecących bomb czy pocisków, czy
wreszcie naciąganych wyrzutni min, do rozpoznania których byliśmy doskonale
wprawieni. Ale to nasze osłupienie szybko zostało przerwane. Z sąsiednich dwóch
pokoi frontowych usłyszeliśmy rozpaczliwe krzyki i wołania o ratunek -
znajdujących się tam rannych sanitariuszek. Prędko tam pobiegliśmy i ujrzeliśmy
- najpierw jedną sanitariuszkę, która stała z wyciągniętymi przed siebie
rękami, a twarz jej przedstawiała jedną krwawą maskę – jak się później okazało
- twarz ta była pełna odłamków szkła z wybitych podmuchem powietrza szyb okiennych.
Drugie dwie poważnie poranione odłamkami cegieł i żelaza leżały na podłodze w
drugim pokoju jęcząc i wijąc się z bólu.
Trzeba było natychmiast znieść je na
dół, aby opatrzyć ich rany w znajdującym się na szczęście prawie tuż
naprzeciwko szpitalu - w końcu ul. Długiej.
Podczas gdy będąca z nami ich
przełożona udzielała im pierwszej, jakiej mogła pomocy - pobiegłem do drzwi
wejściowych, aby sprowadzić kogoś do pomocy
i zniesienia rannych na dół. Niestety, frontowa klatka schodowa była tak
zniszczona i zatarasowana wyłamanymi drzwiami, futrynami i gruzem, że
nie mogłem tam przejść. Prędko więc skierowałem się do kuchni i ta drugą klatką
schodową zbiegłem na dół i na ulicę.
Tu dopiero zobaczyłem mrożące krew w
żyłach piekielne skutki wybuchu tego czołgu, który jeszcze przed paru minutami
widzieliśmy przed barykadą. Ten podstęp niemiecki przypłacili życiem dosłownie
wszyscy znajdujący się na otwartej przestrzeni w obrębie paruset metrów
kwadratowych wokół czołgu, a poza tym masa ludzi mieszkających w okolicznych
domach odniosła większe lub mniejsze rany. Sam placyk przy zbiegu ulic Podwale
i Kilińskiego oraz frontony otaczających go domów wyglądały bez przesady -
makabrycznie. Nie widziałem tam trupów - całych ciał ludzkich, nie słyszałem
ani jednego jęku- natomiast wszędzie pełno było ludzkich szczątków na jezdni,
na parapetach okiennych, balkonach, gzymsach dachów, nawet na przewodach
elektrycznych - wszędzie leżały i zwisały strzępy ludzkich ciał i poszarpanych
wnętrzności. Tu noga, tam nów ręka,
dłoń czy palce, a najczęściej jakieś nie do rozpoznania strzępy mięsa i
wnętrzności. Wszystko to bez śladów jakiegokolwiek ubrania, które widocznie
siłą podmuchu zdarte zostało z ciał ludzkich i w drobnych strzępach rozrzucone
po okolicy.
W jednym miejscu z wielkim zdziwieniem
zobaczyłem górną połowę korpusu kobiety mniej więcej od pasa w górę, która
zupełnie naga z głową o rozpuszczonych blond włosach stała oparta o mur jednego
nieco dalej stojącego domu. Zgrozę i wprost piekielny ten obraz dopełniały jeszcze
lamenty i łzy ludzi, którzy szukali wśród tych ludzkich strzępów - czegoś, po
czym mogliby poznać swoich bliskich, którzy tu zostali rozszarpani oraz
przeraźliwy swąd, widocznie od spalonych ciał ludzkich.
Takie były makabryczne skutki
podstępu wroga, który udając zaskoczenie oddał w ręce powstańców czołg, w którym znajdował się widocznie ogromny
ładunek materiału wybuchowego z nastawionym mechanizmem zegarowym. Trudno mi
określić dokładnie, ilu powstańców i ludności cywilnej straciło w ciągu tych
paru sekund życie, lecz z tego co widziałem na 1-2 minuty przed wybuchem z
balkonu domu przy ul. Kilińskiego 3 - można wnioskować, że było tam około
200-250 osób, a przecież nikt z nich nie został przy życiu. Gdybyśmy pozostali
te parę minut dłużej na balkonie - spotkałby nas troje taki sam los.
Z początkiem trzeciej dekady sierpnia akcje
ofensywne Niemców i zaciśnięcie ze wszystkich stron pierścienia otaczającego
stanowiska powstańców na Starówce przybrały
tak na sile, że stwarzało to poważna groźbę dla dalszego utrzymania
naszych stanowisk.
W tym właśnie okresie został
przydzielony przez D-wo Baonu do mego plutonu młody podporucznik, którego
nazwiska ani pseudonimu niestety sobie nie przypominam, a to skutkiem tego, że
wydarzenia na naszym odcinku rozwijały się z taką szybkością, iż nie miałem
czasu bliżej się z nim zapoznać. Ponieważ ppor. ten przybył razem z niewiastą -
oddałem im do dyspozycji mały pokoik na parterze z oknem wychodzącym na podwórko. Niedługo po tym zostałem
zaproszony do nich, gdzie ku memu zdumieniu zastałem ppor. „N...” z sąsiedniego
odcinka oraz dwóch młodych jego współtowarzyszy.
Ze mną przybył mój podchorąży „Zawadzki”. Zaraz na wstępie po przywitaniu się zostałem
poczęstowany kieliszkiem wódki. Równocześnie jeden z towarzyszących ppor.
„N...” młodych ludzi zwrócił się do mnie z prośbą o pozwolenie wypróbowania
zdobytego pistoletu. Muszę obecnie przyznać, że dość nieoględnie zezwoliłem mu
na to, zastrzegając, aby oddał najwyżej dwa strzały na podwórku
z
zachowaniem niezbędnych ostrożności. Ponieważ się spieszyłem, nawet nie
siadałem i rozmawiałem z nimi stojąc opodal okna, a tuż przy mnie stał
podchorąży „Zawadzki”.
Nagle padł ostry strzał i poczułem
gwizd kuli przelatującej tuż poniżej mojej twarzy. Równocześnie poch.
„Zawadzki” zwalił się na podłogę. Byłem tym tak zaskoczony, że w pierwszej
chwili odruchowo wyrwałem pistolet drugiemu ze współtowarzyszy „Napoleona” i
powąchałem jego lufę czy nie czuć zapachu po świeżym wystrzale.
Charakterystycznego zapachu nie stwierdziłem. Z czego wynikało niezbicie, że
strzał padł z zewnątrz przez otwarte okno z podwórza. Skoczywszy do
„Zawadzkiego” stwierdziłem, że został trafiony kulą w podudzie.
Z tego wynikało, że kula szła pod kątem
przynajmniej 40 stopni, a strzał musiał być oddany z dachu szopy znajdującej
się naprzeciwko okna w końcu podwórza. Pierwszą moją czynnością było zajęcie
się rannym i podczas prowizorycznego bandażowania stwierdziłem, że kula nie
wyszła, z czego wynikało, że strzał był oddany z dalszej odległości. To również
potwierdzało moje przypuszczenie, że strzelano z dachu wspomnianej szopy, a
więc z odległości około 40-50 metrów.
Rannego „Zawadzkiego” zabraliśmy z
tego pokoju i natychmiast został on przeniesiony do budynku klasztornego, gdzie znajdował się pomocniczy punkt
opatrunkowy i leżeli lżej ranni. Kiedy wróciłem na placówkę, nikogo z obcych
przybyszów już nie było. Szybkość rozwijających się wydarzeń nie pozwoliła mi
bliżej zająć się wyjaśnieniem tej przykrej sprawy, tym niemniej zdaje się nie
ulegać najmniejszej wątpliwości, że kula ta przeznaczona była dla mnie, a
wystrzelona została przez owego młodzieńca, który prosił mnie o wypróbowanie
swego pistoletu. Właściwym zaś organizatorem całej tej brzydkiej akcji był
„ktoś”, kto chciał się zemścić za nie wydanie mu jeńca - Niemca na
rozstrzelanie.
Nareszcie! Chwała Bogu!-
doczekaliśmy się - takie mniej więcej wypowiedzi słyszało się tego
przedpołudnia na naszych barykadach. Widzieliśmy bowiem wysoko, wysoko ogromną
ilość opadających nad Warszawą spadochronów. Nareszcie więc nadchodziła pomoc w
postaci większej ilości zrzutów z bronią i amunicją, których powstańcom tak
brakowało.
Ale był jeszcze i drugi, bodaj
ważniejszy powód do radosnego nastroju i optymizmu. Otóż prawie równocześnie
usłyszeliśmy dalekie, od północnego wschodu dochodzące, początkowo pojedyncze -
strzały armatnie, a niedługo po tym prawdziwą, aczkolwiek jeszcze daleką
kanonadę. Wiedzieliśmy, że to wojska radzieckie zbliżają się do Warszawy i nie
wątpiliśmy, że nadchodzą ostatnie dni niemieckiego panowania, że Wyzwolenie
jest tuż przed nami.
Jak wyżej wspomniałem, sytuacja na
Starówce stawała się wówczas z godziny na godzinę groźniejsza. Dosłownie prawie
bez przerwy zasypywani byliśmy pociskami z dział wszelkiego rodzaju zarówno z
ziemi, jak i z powietrza, a pierścień otaczający Starówkę stale się zacieśniał.
Nic więc dziwnego, że w tym
momencie we wszystkich wstąpiła otucha - nowa dawka zapału do nierównej i
morderczej walki - byle tylko wytrwać do końca na swych powstańczych
posterunkach.
Niestety - to wszystko nie poszło
tak pomyślnie i gładko, jak przypuszczaliśmy. Jeżeli chodzi o zrzuty - to jak
dowiedzieliśmy się - większość z nich
trafiła w ręce niemieckie, a wojska radzieckie jakoś nie nadchodziły.
Tak więc znów pozostaliśmy w tych
samych ciężkich warunkach, w których byliśmy dotąd, a wróg z jeszcze większą
energią nacierał na nasze placówki obronne
i dziesiątkował szeregi powstańcze. powrót do strony głównej
Dzień 23 sierpnia śmiało można
nazwać sądnym dniem Prochowni i jej obrońców. Zaczęło się prawie tak samo jak
co dzień, lecz nieco wcześniej, bo już od godziny 5 rano rozpoczęło się bombardowanie
placówki, kolejno przez samoloty oraz czołgi i wyrzutnie min, tzw. „krowy”
względnie „szafy”. I tak z króciutkimi
przerwami w kółko. Na długo przed południem zauważyliśmy wzmożony ruch
oddziałów piechoty od Podzamcza i większą niż zwykle ilość czołgów. Jasne było,
że przygotowuje się jakaś na większą skalę zakrojona akcja, toteż nie zwlekając
zawiadomiliśmy współpracujące z nami plutony AL i Czwartaków, że sytuacja
zapowiada się groźnie i prosimy o przybycie nam z pomocą. Niedługo po tym pluton
AL por. „Gustawa” i pluton Czwartaków
ppor. ”Trocha” były już na naszej placówce.
Przewidywania nasze okazały się jak
najbardziej słuszne. Ledwie zdążyliśmy ustalić plan działania, gdy czołgi
rozpoczęły natarcie od strony Wisłostrady, ostrzeliwując naszą placówkę ze
swoich dział - na ukos od ul. Boleść, a za nimi posuwały się grupki piechoty.
Równocześnie otrzymaliśmy meldunek z nieco wysuniętej czujki - znajdującej się
w jednym z domów przy ul. Bugaj, że oddziały niemieckie i z tej strony posuwają
się - kryjąc się za domami tej ulicy w kierunku naszej barykady przecinającej
ul. Bugaj. Wyglądało więc na to, że mieliśmy być wzięci jakby w kleszcze z dwu
stron, tj. od ul. Boleść i od ul. Bugaj równocześnie. Obie nasze barykady już
od samego rana znajdowały się oczywiście w pełnej gotowości bojowej, a obecnie
obsada ich została poważnie wzmocniona zarówno liczebnie, jak też przez
umieszczenie na nich karabinu maszynowego z plutonu AL.
Ale ja wiedziałem, że to jeszcze nie
wystarcza. Z codziennych obserwacji przebiegu natarć wroga i możliwości
obronnych naszej placówki wiedziałem, że sforsowanie obu naszych barykad nie
jest łatwe dla wroga i musi pociągnąć większe straty. Natomiast słabszym naszym
punktem może okazać się nasze zaplecze od strony wschodniej, gdzie wróg się
może przedostać niepostrzeżenie z terenu fabryki „Quebracho” i gdzie nie
posiadamy dostatecznego zabezpieczenia ani żadnego wysuniętego punktu
obronnego. Przypuszczałem, że główne natarcie piechoty nastąpi właśnie z tej
strony i wtedy bylibyśmy osaczeni z trzech stron.
Jak już wspomniałem, budynek
Prochowni ma kształt odwróconej litery „L”, przy czym fronton głównego budynku
wychodzi na ul. Rybaki i stanowi dolną podstawę tej litery, a wydłużona jej
linia górna tworzy węższe skrzydło budynku głównego, leżące wzdłuż ul. Boleść.
W tym prostokącie między budynkiem głównym, a jego bocznym skrzydłem mieściło
się podwórko z obu stron otoczone zabudowaniami lub częściowo murem fabryki
„Quebracho”. I tu właśnie - od węższej strony podwórka przylegającej do
zabudowań fabrycznych wychodzących w stronę Wisły - moim zdaniem był najsłabszy
nasz punkt.
Wróg po dokładnym i systematycznym
zniszczeniu głównego budynku fabryki
( stojącego przy Wisłostradzie ), doskonale wiedział, że nie ma tam
żadnej obronnej placówki, że tam mu nic nie grozi i na pewno zechce wykorzystać
tę drogę do wdarcia się na Prochownię od tyłu.
Toteż powierzywszy obronę barykad
podchorążemu „Orlikowskiemu” ze st. sierż. „Markiem” , wspólnie z por. A.L.
„Gustawem” - sam natychmiast zabrałem się do zorganizowania obrony na tym, moim
zdaniem niebezpiecznym odcinku.
W tym celu ustawiłem jeden CKM z obsługą na podeście półpiętra
klatki schodowej - odpowiednio go osłaniając czym się dało od strony okna
wychodzącego na podwórko. W ten sposób całe, zresztą niewielkie podwórko
znajdowało się w całkowitym zasięgu i
władaniu tej broni maszynowej i strzelec nawet średniej miary mógł przez
dłuższy czas bronić dostępu z tej strony. Poza tym do pomocy tej zasadniczej
obrony ustawiłem wyżej, tzn. na podeście 1-go piętra tuż nad CKM-mem dwóch lepszych strzelców z
karabinami i dwóch z granatami.
W oknie parterowego pokoju
wychodzącego na podwórko również było dwóch strzelców z karabinami.
Dochodziło już południe i
strzelanina szczególnie wzdłuż ul. Boleść, stale wzbierała na sile.
Nieosłonięta część skrzydła bocznego Prochowni, która już przed tym w paru
miejscach była podziurawiona przez czołgi - obecnie była mocno ostrzeliwana i
powstawały w niej nowe duże wyrwy. Natomiast obie barykady były prawie zupełnie
nie uszkodzone, a załoga ich dzielnie stawiała opór nie dopuszczając
nieprzyjaciela na bliższy dystans i uniemożliwiała wdarcie się wroga na
Prochownię od strony ul. Boleść.
Od strony ul. Bugaj natarcia
większego właściwie jeszcze nie było, tylko sporadyczne wypady i strzały dawały
znać, że i z tej strony nieprzyjaciel jest blisko. Po raz pierwszy
nieprzyjaciel wprowadził do akcji granatniki, które stale dawały znać o sobie pękającymi granatami, raniąc paru
naszych żołnierzy.
W międzyczasie, zaalarmowany widać
tak silną strzelaniną - przybył nam z
pomocą również silny półpluton
„Wigrów”, który już nieraz pomagał nam
w trudnych sytuacjach. Zyskaliśmy przez to jeszcze jeden karabin
maszynowy i kilkanaście karabinów, a przede wszystkim bardzo dzielnych i miłych
towarzyszy broni.
Taki stan trwał jeszcze przez parę
godzin – ogień z obu stron nie ustawał, z tym oczywiście, że od strony
nieprzyjaciela był znacznie silniejszy i skuteczniejszy, bo w akcji brały udział również czołgi.
Budynek Prochowni, a raczej jego
boczne skrzydło, dalej ulegał zniszczeniu, ale wąska uliczka i znacznie wyżej
znajdująca się nad atakującym nieprzyjacielem barykada - dawały nam pewną
przewagę i widocznie onieśmielały nacierających piechurów, którzy stale musieli
być pod obstrzałem z naszej barykady - nie mając żadnej osłony na ostro
spadającej pod barykadą uliczce. Czołgi stojące niżej - w odległości około 200
metrów od barykady - na ukos - jakoś nie odważyły się jeszcze wjechać w samą
uliczkę. Ja jednak osobiście ciągle z obawą oczekiwałem natarcia z innej strony
i przeważnie przebywałem na odcinku podwórka
i klatki schodowej - bacznie obserwując, co się tam dzieje.
I stało się. Gdzieś około godziny
16-17-tej, stojąc przy CKM-ie na półpiętrze klatki schodowej wraz z załogą -
ujrzeliśmy, jak z za rogu bocznego
skrzydła Prochowni wysuwa się w stronę podwórka bardzo, bardzo powoli jakaś
ciemna osłona, coś w rodzaju wyjętego z zawiasów dużego skrzydła bramy.
Stoimy
przyczajeni - zabroniłem oddania strzału bez mego rozkazu. Zasłona wysuwa się
dalej. Jest już jakieś półtora metra w stronę podwórka. Widzimy pod nią jakby
cienie stóp. Opuszczam rękę. Jedna i druga seria z CKMu i zasłona momentalnie
zostaje cofnięta. Ale jeden Niemiec leży na ziemi. Zaraz jednak zostaje wciągnięty
za róg domu.
Nie strzelamy. Czekamy - co będzie
dalej? Jasne jest, że Niemcy weszli od strony fabryki i teraz próbują wedrzeć
się i osaczyć nas od strony podwórka, bo
z drugiej strony skrzydła naszego budynku, tj. od strony ul. Boleść nie
puszczają ich nasi chłopcy z barykady. Za parę minut powtarza się ta sama
historia z osłoną i z tym samym skutkiem. Jednak wyjść bez osłony i rzucić się
do natarcia na nas - jakoś nie mają odwagi. Aż raptem słyszymy jakiś szum,
syczenie i nagle całe nasze podwórko tonie w kłębach dymu. Robi się zupełnie
ciemno. Widać zastosowali dymne świece, by pod ich osłoną wedrzeć się do nas.
Ale nie zdążą! Rozkaz-
„Ognia!”- bez przerwy, wprost na posadzkę podwórka i z CKMu i z wszystkich 4
karabinów. Gdy rozwiała się dymna zasłona- żywych Niemców na podwórku nie było
- natomiast paru wiło się i czołgało
do rogu budynku, a paru leżało bez ruchu. Czekamy dłuższą chwilę - robi się już
zmrok, ciemnieje. I nagle z okien piwnicznych tegoż bocznego skrzydła ( zza
którego wysuwała się na początku ich drewniana „tarcza” ) - lecą w naszą stronę
granaty ręczne i znów świece dymne.
Oczywiście trafić w okna piwnicznego
budynku stojącego do nas pod kątem prostym jest prawie niemożliwe, ale
strzelamy bez przerwy, aby uniemożliwić im wydostanie się z okien piwnicy i
wdarcie się do naszych drzwi wejściowych. Początkowo
przeraziłem się widząc Niemców w piwnicy naszej „twierdzy”, ale prędko
ochłonąłem. Trzeba wiedzieć, że piwnice tego skrzydła nie miały połączenia z piwnicami budynku głównego. Przypisać
to należy temu, że prawdopodobnie w czasach średniowiecznych, gdy Prochownia
była wybudowana, istniał tylko jeden korpus główny, który wychodzi frontem na
ul. Rybaki, a to skrzydło zostało dopiero znacznie później dobudowane.
Niemcy jeszcze kilka razy wrzucili z
okien piwnicy granaty ręczne, które jednak nie mogły wyrządzić nam żadnej
krzywdy. Mrok już zapadał na dobre. Paru naszych chłopców chyłkiem
prześlizgnęło się przez drzwi wejściowe na podwórko i czając się, przylepieni po
prostu do muru budynku, w piwnicach którego byli Niemcy - wrzucili kilka
granatów przez okna do piwnicy. Odpowiedzi nie było. Żaden posterunek z klatki
schodowej nie został zdjęty do późnego wieczora. Wreszcie zaryzykowaliśmy
wyjście na podwórko z granatami w ręku. Niemców nie było już nigdzie. Tak
skończył się ich krótki pobyt na podwórku naszej Prochowni.
A na barykadach? Jednak czołg
niemiecki, ustawiwszy się na wprost ul. Boleść, trafił paru pociskami w
barykadę górną i poważnie zranił odłamkami kilku jej obrońców - zarówno z mego
plutonu, jak też plutonu Czwartaków ppor. „Trocha”.
Ściemniało się już zupełnie.
Strzelanina ustała. Niemcy się wycofali. Prochownia broniła nadal dostępu na
Starówkę od strony Wisły. Pozmienialiśmy warty w budynkach i od strony
podwórka, a wspomagające plutony wróciły na swoje placówki. Było zupełnie
ciemno. Wokół panowała rzadko w naszych warunkach spotykana złowroga cisza.
Przemęczone załoga odpoczywała i posilała się, czym mogła.
W pewnym momencie - gdy stałem tuż
przed głównym frontem Prochowni - od strony ul. Rybaki usłyszałem gwizd i
poczułem na lewym policzku tak silne uderzenie - jakby deską. Zwaliłem się jak
długi na ziemię i pierwszy raz mi się to zdarzyło - krzyknąłem. Natychmiast
jednak wstałem, dotknąłem ręką twarzy była lepka - tak samo ubranie na piersi.
Było ciemno, więc nic nie widziałem i zdziwiłem się, skąd może być tyle krwi - czułem tę ciepła lepką ciecz wszędzie na sobie. Zaraz nadbiegły do mnie sanitariuszki, zaprowadziły do budynku i tam przy świecy wyjęły mi z policzka kawałek żelaza i obandażowały głowę - ale tak, że oczy i usta miałem wolne. Oczywiście był to odłamek pocisku granatnika, którym poczęstowali mnie Niemcy na dobranoc. Wielkiego bólu nie odczuwałem i mogłem nadal pełnić swą służbę.
Zaraz niedługo po tym do Prochowni zeszli się wyżsi dowódcy części odcinka wschodniego, zarówno z AK jak i AL. Przy świetle ogarka świeczki w małym, nie zrujnowanym jeszcze pokoiku odbywała się narada nad dalszym planem działania na tym odcinku. Brali w niej udział: dowódca naszego Baonu por. „Dzik”, jego zastępca, por. „Leliwa” oraz dwóch nieznanych mi z nazwiska oficerów w randze kapitana
i porucznika - prawdopodobnie ze zgrupowania kapitana „Trzaski” oraz gł. Dowódca Oddziałów AL na Starówce – jeśli się nie mylę - kpt. „Szwed”.
Po wstępnych wyjaśnieniach sytuacji
forsowany był projekt natychmiastowego przeciwnatarcia, aby opanować tzw.
Czerwony Dom / Dom Polaków Za Granicą / - gdzie znajdował się główny punkt
wypadowy oddziałów niemieckich na tym odcinku. Jednak po dokładnym zapoznaniu
się przez dowództwo z danymi o rozlokowaniu wokół tego domu stanowiskami
nieprzyjaciela, a w szczególności ze względu na szeroką otwartą przestrzeń
przed tym domem, z której jedynie moglibyśmy przeprowadzić natarcie nie mając żadnej
osłony – plan ten został zaniechany.
Aczkolwiek wytrzymaliśmy w ciągu
całego dnia 23 sierpnia największe ze wszystkich dotychczasowych natarcie wroga
- odrzuciliśmy oddziały piechoty nawet
z terenu podwórka naszej Prochowni - to jednak sytuacja nasza znacznie
się pogorszyła.
Przede wszystkim całkowicie
utraciliśmy kontrolę nad przylegającymi do naszej placówki głównymi zabudowaniami ( a raczej szkieletami tych zabudowań ) fabryki Quebracho, które
wychodziły frontem na Wisłostradę, a bocznym skrzydłem na ul. Boleść. Jedynie
zabudowania gospodarcze wychodzące na ul. Rybaki były jeszcze pod naszą
kontrolą. Taka sytuacja znacznie pogorszyła możliwości naszej obrony i każdej
chwili groziło niebezpieczeństwo wdarcia się wroga z tego niekontrolowanego przez nas odcinka fabryki – czyli z
odległości zaledwie kilkunastu metrów.
Poza tym liczebny stan plutonu
poważnie się zmniejszył na skutek utraty
w zabitych i rannych ( od 8
sierpnia: 5 zabitych i 8 rannych ), a pozostała garstka była przemęczona i
znacznie utraciła początkowy zapał i bojowość. Wśród poległych znajdowało się większość
właśnie najdzielniejszych żołnierzy: podchor. „Orlikowski”, podchor. „Sarenka”,
strzelcy: „Werny”, „Wicher” oraz „Sowa”. Pozostało przy życiu jeszcze kilku
bardzo dzielnych żołnierzy, jak st. sierżant „Marek”, ranny podchor. „Zawadzki” ( w szpitalu ), strzelcy: „Niewiadomski”,
„Michalski”, „Sęp”, „Młot” i jeszcze może paru innych – natomiast reszta w
ilości 15 już nie przedstawiała większej wartości bojowej, bądź z powodu
przemęczenia, bądź z powodu załamania się psychicznego i determinacji ( wśród nich znajdowało się 4 - ch
wspomnianych już poprzednio „łazików” ).
Tymczasem ofensywa niszczycielska
nieprzyjaciela doszła do niebywałych rozmiarów. Nad całą Starówką, a raczej jej
częścią, znajdującą się jeszcze w
rękach powstańców, krążyły od świtu do późnego wieczora samoloty wroga, burząc
i zapalając resztę stojących jeszcze domów oraz szpitale i kościoły. Pociski z
ciężkich haubic, z wyrzutni rakiet
burzących i zapalających, akcje „Goliatów” i innych czołgów dopełniały miarę
grozy i zniszczenia. Ludzie przemykali między domami jak obłąkani. Nieraz
widziało się biegnące żywe pochodnie - byli to nieszczęśliwcy, na których
płonęła odzież zbryzgana płynem zapalającym z wyrzutni rakietowych. Niewielu z
nich zdołano uratować - szpitale były przepełnione poparzonymi. Mnie osobiście
cudem udało się uniknąć takiego losu dosłownie w ostatniej chwili, schroniłem
się przed rozpryskiem pocisku za wystający narożnik jakiegoś domu przy ul.
Freta.
W tych warunkach trzymaliśmy się
jeszcze resztką sił na swojej placówce, ale wydarzenia w dniach 26 i 27
sierpnia przesądziły dalsze możliwości obrony Prochowni. W tych bowiem dniach
nieprzyjaciel przypuścił generalny szturm na pozostałe powstańcze główne punkty
obronne. W dniu 27 sierpnia padła reduta w Państw. Wytw. Papierów Wartościowych
przy ul. Zakroczymskiej, a przed tym jeszcze szkoła znajdująca się w pobliżu -
w końcu ul. Rybaki. W ten sposób ul. Rybaki została otwarta dla wroga od strony
północnej, a nasza Prochownia znalazła się niżej nowo zdobytej przez Niemców
reduty P.W.Pap.Wartościowych. Również i od strony południowej sytuacja
przedstawiała się nie mniej groźnie, ponieważ leżąca wyżej od naszej placówki –
ul. Brzozowa była prawie całkowicie w rękach nieprzyjaciela. Dzięki temu
Prochownia znalazła się jakby na dnie worka i jedynym wolnym kierunkiem było
wyjście w stronę ul. Mostowej i na Nowe Miasto.
W związku z tym, z rozkazu D-wa
Baonu musieliśmy opuścić Prochownię - pozostawiając jedynie kilkuosobowe czujki
przy zbiegu ulic Rybaki i Mostowej oraz nieco wyżej, mniej więcej w połowie
tejże ul. Mostowej. Z dniem 28 sierpnia 1944 r. Prochownia przestała być
bastionem obronnym Starówki od strony Wisły - jak i wiele innych podobnych jej
placówek. Zadanie to skutecznie spełniała bez przerwy od dnia 8 sierpnia, tj. w
ciągu pełnych 20 dni.
Pisząc tu o obronie Prochowni, nie
wolno pominąć milczeniem zachowania się ludności cywilnej tego odcinka podczas
stałych, nękających akcji przeciwnika w postaci ciągłego bombardowania z
powietrza i ziemi oraz jego bezpośrednich ataków na naszą placówkę, a z drugiej
strony trudności i niewygód wynikających z naszych akcji obronnych. Jak
wiadomo, dzielnica ta była zamieszkała
w ogromnej większości przez ludność ubogą, przeważnie pracowników
fizycznych z fabryk, warsztatów, przedsiębiorstw usługowych lub wręcz
niewykwalifikowanych fizycznych wyrobników, częściowo też przez drobnych
rzemieślników warsztatowych lub drobnych handlarzy. Wszyscy oni w tym okresie
bez wyjątku byli oczywiście bez pracy i nie posiadali prawie żadnych środków
materialnych, a więc znajdowali się w niesamowitej nędzy i strasznych warunkach życiowych. Gnieździli
się - z bardzo nielicznymi wyjątkami -
w piwnicach starych domów masowo, całymi rodzinami w nie do opisania
antysanitarnych warunkach, żywiąc się byle czym, aby tylko nie umrzeć z głodu.
My w czasie naszych akcji stale
musieliśmy przedzierać się przez połączone piwnice sąsiadujących domów, nie
zważając na porę dnia i nocy. Piwnice te były tak zatłoczone ludźmi i ich
ubogim sprzętem domowym, jak sienniki, materace, poduszki, naczynia kuchenne
itp., że im samym brakowało miejsca i często ci ludzie siedzieli pokotem na
rozłożonych na posadzce betach, a chorzy jęczeli i płakały dzieci.
I tu naraz kilku z nas w pośpiechu,
z bronią w ręku przedziera się przez tę ciżbę ludzką i dalej do następnej
piwnicy, by dostać się na czas na wyznaczone miejsce.
Patrzyli na nas, a ich wymęczone
pytające oczy zdawały się błagać o odpowiedź: czy wytrzymamy? Co dalej z nami
będzie? Czy nie zostawimy ich na pastwę hitlerowców?
Usuwali się z drogi robiąc nam
przejście – niekiedy nawet pomagali nam
w miarę swych sił i możliwości. Ale nigdy nie spotkałem się z ich strony
z najmniejsza przeszkodą lub niechęcią do nas - a byli oni w znacznie gorszej
sytuacji niż my. Toteż należą się im słowa uznania, podziwu i współczucia.
Trudno znaleźć odpowiednie
określenie, które by odzwierciedlało to, co się działo w ostatnich 4 - ch dniach sierpnia 1944r. na krwawiącej i dogorywającej Starówce.
Nieprzyjacielskie niszczące akcje ze
wszelkiego rodzaju broni trwały bez przerwy od rana do późnego wieczora.
Piechota nieprzyjacielska, wzmocniona znacznie przez wprowadzenie do akcji
oddziałów SS-manów, Grenadierów i Wehrmachtu przeprowadzała pod osłoną ognia z
dział czołgowych i wozów pancernych ataki na resztę placówek powstańczych
równocześnie z kilku stron. Waliły się ostatnie domy, padały główne punkty
oporu. Żołnierze - powstańcy - walczyli ostatkiem sił z jakąś nadludzką
wytrzymałością i samozaparciem. Ludność, wyczerpana do ostatnich granic -
zdziesiątkowana, schorzała i głodna -
zaczynała się burzyć i domagać zaprzestania walki. Dowództwo Naczelne Starówki
dokonywało wszelkiego rodzaju akcji zabezpieczających. Przerzucając zdolne
jeszcze do walki oddziały z miejsca na miejsce - wzmacniając najbardziej
zagrożone odcinki, aby utrzymać i tak już zwężony do minimum skrawek terenu
znajdujący się jeszcze w rękach powstańców. Poszczególne oddziały i ich dowódcy
dokonywali niewiarygodnych czynów - nie tylko utrzymując się na gruzach
rozbitych placówek - lecz również odbierając wrogowi w szaleńczych kontratakach
zajęte przezeń ważniejsze punkty obrony i wypierając go poza obręb terenu
powstańczego.
Do największych akcji tego rodzaju należą niewątpliwie: dwukrotne
odbicie zajętego przez wroga Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29, tzw. „Reduty
Matki Boskiej” i całkowite wyparcie go
poza obręb tej ulicy, utrzymanie ciągle atakowanych barykad na ul. Miodowej, wielokrotne kontrataki w
okolicy katedry św. Jana i utrzymanie placówek zabezpieczających Stary Rynek od
strony ul. Świętojańskiej, Jezuickiej
i Kapucyńskiej, utrzymanie placu Krasińskich i części ogrodu Krasińskich
od strony ul. Barokowej, przez którą Niemcy już raz się wdarli na ul. Długą –
wreszcie utrzymanie Nowego Miasta, kościoła
św. Jacka, klasztoru ss. Sakramentek i odbitego kościoła N.M.Panny.
Niestety, nie zważając na wszystkie
te heroiczne wysiłki i poświęcenia , jasne już było, że zdziesiątkowane szeregi
wyczerpanych do ostatecznych granic żołnierzy powstańczych nie posiadających do
tego dostatecznych ilości broni, jak i
odpowiednich jej rodzajów – nie będą w stanie bronić dłużej zajmowanego terenu
i Starówka będzie musiała skapitulować.
W związku z tym Dowództwo Naczelne
zarządziło przebicie się oddziałów ze Starówki przez ul. Hipoteczną i Bielańską
do Śródmieścia Warszawy.
Po zabezpieczeniu pasa przejścia przez
oddziały szturmowe - również ranni
i ludność cywilna mieli być przeprowadzeni tą drogą - pod osłoną
oddziałów odwodowych. Wykonanie tej operacji miało być przeprowadzone w nocy z
dnia 30 sierpnia - niestety, przedsięwzięcie to nie udało się i większość
oddziałów, a w tej liczbie i nasz pluton - z większymi lub mniejszymi stratami
powróciła rankiem 31 sierpnia na swe dawne stanowiska.
W międzyczasie - to znaczy od dnia
28 sierpnia - resztki naszego plutonu w sile około 20 żołnierzy zajmowały czujki
o charakterze placówek zabezpieczających
po kilku żołnierzy w każdej: przy ul. Rybaki i w środku ul. Mostowej.
Ponieważ w tych ostatnich dniach wydarzenia i sytuacja na poszczególnych
odcinkach zmieniały się z niebywałą
szybkością - meldunki z tych czujek były b. częste i nieraz wręcz alarmujące.
Pewnego popołudnia szedłem z D-wa
Baonu na placówkę znajdującą się w
środku ul. Mostowej. Najkrótszą i najniebezpieczniejszą drogę miałem przez ul.
Freta, następnie przeszedłem przez główną nawę kościoła św. Jacka ( w którego
bocznych nawach było sporo lżej rannych oraz modlących się ), a dalej, w
kapitularzu przylegającym do kościoła - leżało dużo ciężej rannych . Leżał tam
również postrzelony w nogę na naszej placówce podchor. „Zawadzki” z mego
plutonu.
Podczas
rozmowy ze mną błagał, by nie zostawiać go tutaj, lecz wziąć ze sobą w razie
wymarszu kanałami. Nie mogłem mu tego obiecać, ponieważ nie wiedziałem, czy
będzie można w tych warunkach przenosić rannych kanałami. Przypadkowo spotkałem
w tym kapitularzu znajomą z Żoliborza, która pomagała tutaj przy rannych.
Zapoznałem ją z podchor. „Zawadzkim” i poleciłem go jej opiece. Kościół św.
Jacka stoi znacznie wyżej nad ul. Mostową, więc aby dojść do placówki -
musiałem zejść ze skarpy między drzewami ogrodu i od tyłu, przez parkany i
podwórko dostałem się do sklepionej bramy, gdzie ulokowana była nasza czujka.
Wszyscy czterej żołnierze byli na
miejscu, w dobrym i wesołym nastroju - jak na owe czasy. Okazało się, że jeden
z nich zupełnie niespodziewanie spotkał się tu ze swoją żoną, z którą od
początku powstania byli rozdzieleni i nic o sobie wzajemnie nie wiedzieli.
Radość była ogromna i oboje niezmiernie się cieszyli. Ponieważ na czujce było
wszystko w porządku, a od ostatniego meldunku nie zaszły żadne zmiany,
pożegnałem się z nimi i wyszedłem tą samą drogą - przez podwórko - spiesząc na
drugą placówkę przy ul. Rybaki. Zaledwie uszedłem 100 kroków - pnąc się w górę
ogrodu- gdy nagle zawarczały motory i kilka kluczy samolotów zakrążyło nad
terenem Nowego Miasta, a za chwilę rozległy się, jeden po drugim, wybuchy bomb
tuż w najbliższym sąsiedztwie. Ilość
jak i częstotliwość tych wybuchów była wprost zastraszająca - wszystko naokoło
drżało i waliło się w gruzy. Przypadłem na ziemię pod jednym z drzew ogrodu.
Naokoło wznosiły się słupy dymu i kurzu. Przeraźliwie warczały motory
nurkujących samolotów - wokoło rozlegały się potężne eksplozje i straszliwy huk walących się murów.
Trwało to dobre 15-20 minut. Gdy
wreszcie samoloty odleciały i nastąpiła cisza, podniosłem się z ziemi. Ogród
pełen był kurzu i wapna. Obróciłem się w stronę ul. Mostowej, skąd przed chwilą
wyszedłem i osłupiałem - dom, w którym znajdowała się czujka leżał w gruzach.
Prędko zbiegłem na dół - może ocalała ta sklepiona brama - jak to często bywało.
Natychmiast dostałem się do bramy - wszystko było zasypane gruzami. Chwilę
stałem nadsłuchując. Nic nie usłyszałem - cisza była prawdziwie grobowa.
Tak poległo 4 - ch żołnierzy z mego
plutonu wraz z ta nieszczęśliwą parą, która zaledwie pół godziny przypadkowo
spotkała się ze sobą i była szczęśliwa i uradowana tą chwilą.
Zawróciłem z powrotem i zacząłem się
pośpiesznie wspinać w górę ogrodu, aby znów przez kościół św. Jacka i ul. Freta
dotrzeć do Dowództwa i zameldować o
sytuacji.
Już z daleka zobaczyłem, że górna
część kościoła była zrujnowana, kapitularz natomiast stał cały. Jeszcze raz
zagadnąłem podchor. „Zawadzkiego” i
zamieniłem z nim parę słów. Wszyscy
ranni leżeli jak przed tym, lecz byli ogromnie podnieceni i przerażenie
malowało się na ich obliczach. Poszedłem dalej, aby przez zakrystię dostać się
do głównej nawy kościoła i tu dopiero zobaczyłem skutki poprzedniego ataku -
nalotu: sklepienie kościoła nie istniało, kolumny bocznych naw - częściowo lub
całkowicie były rozbite - całe wnętrze kościoła zawalone było gruzami,
kawałkami cegieł, drewna i żelaza - przynajmniej na 3 metry grubości. Po tych
gruzach - na wysokości mniej
więcej 1 piętra przebrnąłem przez cała
długość kościoła do głównego wejścia. A przecież niespełna godzinę temu szedłem
tędy jeszcze po posadzce - kościół stał cały i tulił w swych murach rannych i
modlących się. Wszyscy oni co do jednego zginęli pod zwałami gruzów.
Jak się dowiedziałem później - w czasie tego nalotu został
doszczętnie zrujnowany klasztor ss. Sakramentek będący w bliskim sąsiedztwie
kościoła św. Jacka. Znajdujący się w podziemiach klasztornych ranni, lekarze i
siostry zakonne i księża zginęli - z małymi wyjątkami.
W nocy z dnia 1 na 2 września -
zgodnie z ustalonym przez Nacz. Dowództwo planem - IV Baon por. „Dzika”,
wchodzący w skład zgrupowania majora
„Roga” - miał przejść kanałami do Śródmieścia. Na parę dni przed tym, w
nocy z 29 na 30 sierpnia otrzymałem
polecenie od D-cy Kompanii - aby podać listę z nazwiskami żołnierzy nie
posiadających broni. Na tej liście znalazło się około 10 nazwisk, a wśród nich
ppor., który był przydzielony do mego plutonu jako obserwator i kronikarz - st.
strzelec Michalski W., jego małżonka - łączniczka, strzelcy „Krymek” i
„Cyklina” i jeszcze paru innych żołnierzy. Jak się dowiedziałem, wszyscy oni
mieli odejść kanałami łącznie z takimi żołnierzami bez broni z innych oddziałów
- jeszcze przed nami w nocy 30
sierpnia, a tymczasem byli zgrupowani w jednym z rozbitych domów przy ul.
Długiej tuż niedaleko włazu. Niestety, cała ta grupa - jak się później okazało
- pozostała na Starówce i prawdopodobnie została wymordowana przez własowców,
lub inne oddziały okupanta, które zajmowały Starówkę.
Około godziny 1- j w nocy z 1- o na
2- i września ja i pozostali żołnierze z mego plutonu w liczbie około 10 - 12
ludzi podeszliśmy do włazu znajdującego się przy ul. Długiej między wylotem ul.
Miodowej, a ulicą Barokową. Przy włazie komenderował kpt. „Bary” legitymując i
odliczając ilość zgłoszonych przez poszczególne D-wa oraz odrzucając zbędne
bagaże i pakunki mogące przeszkadzać i tarasować przejścia w kanale.
Jak się później przekonałem, było to bardzo słuszne, gdyż w wąskich
przejściach wszelkie zbędne pakunki nie tylko przeszkadzają niosącemu, ale
utrudniają innym poruszanie się i często bywają porzucane w kanale, co nie
ułatwia przejścia następnym przechodzącym grupom.
Po ześlizgnięciu się po kilku
klamrach stawaliśmy jeden za drugim w mrocznej otchłani kanału, zanurzeni
powyżej kolan w na szczęście niezbyt gęstej
i cuchnącej cieczy. Trzymając się jeden drugiego, posuwaliśmy się nieco
naprzód, ponieważ za nami schodzili do kanału inni. Wreszcie - gdy już wszyscy
z grupy byli na dole - przewodnicy pouczyli nas o konieczności zachowania
ciszy, nawet niezbyt energicznego przesuwania nóg, aby szczególnie pod
włazami na terenach zajętych przez
Niemców - nie powodować charakterystycznego chlupania tej cieczy. Następnie
połączono nas linką, którą każdy trzymał w wolnej ręce. Sygnały latarką
elektryczną dawane przez przewodnika miały wskazywać nam czy należy się
zatrzymać, czy iść dalej.
Wyruszyliśmy wolno i ostrożnie w
kompletnej ciszy i ciemnościach, a że kanał był wysoki, schylać się nie było
potrzeby. Początkowo wszystko szło jakoś gładko i zdawało się, że to wcale nie takie straszne i uciążliwe, jednak
nie trwało to długo. Przede wszystkim doznaje się okropnego wrażenia, stąpając
kilka kroków po czymś miękkim, nierównym, poddającym się stopom - może to tylko
porzucone pakunki, a może... ciało
któregoś z poległych właśnie tu, w kanale?
Bardzo to nieprzyjemne i
denerwujące wrażenie. Idziemy ostrożnie, spokojnie, z mimo to rozlega się stale
chlupot od przesuwania kilkuset nóg, zapełniając kanał i stwarzając w tych
ciemnościach jakiś niesamowity, niemal makabryczny nastrój.
Raptem ktoś się poślizgnął - pada,
koledzy go podnoszą - ciężko sapiąc, staje na nogach. Naraz histeryczny kobiecy
krzyk, spazm - „Nie wytrzymam!”, „Nie mogę!”
i głośne szlochanie, a następnie uspokajające ciche perswazje sąsiadów.
Wszystko to w ruchu – przecież
stanowimy jedną całość, więc zatrzymywać się nie można, aby nie rozerwać
ciągłości sznura żywych istot. Idziemy tak godzinę, może więcej. Wciąż to
chlu-u-u-p, chlu-u-u-p., a przed nami i za nami ciemność. Wreszcie pierwszy
sygnał latarką: „Zatrzymać się!”. Z ust do ust podaje się polecenie
przewodnika: „Schylić się!”
Wchodzimy w niższy kanał, idziemy dalej mocno schyleni, co
znacznie utrudnia poruszanie się i jest bardzo męczące.
Znów
umówiony sygnał latarką przewodnika: „Stać! Cicho!’ Jesteśmy przed włazami na
terenie zajętym przez Niemców. Zatrzymujemy się; stoimy schyleni w kompletnej
ciszy. Co będzie? Czy właz otwarty? Czy Niemcy czyhają nad włazem? Czy obleją
nas benzyną, czy obsypią palącym się karbidem?
Przewodnik - by zbadać sytuację -
poszedł naprzód, pod właz. Czekamy schyleni, niepewni i podnieceni. Słychać
szept modlitwy. Wokół ciemność i szum spływającej i rozbijającej się o nasze nogi cieczy. Nareszcie upragniony
sygnał latarką: „Ruszamy dalej!” Właz był zamknięty - wszystko w porządku, na
razie nie grozi nam niebezpieczeństwo. Przewodnik, by szybciej minąć właz,
przyspieszył kroku. Zaczynam się męczyć. Iść schylonym jest bardzo niewygodnie,
a tu jeszcze trzeba stawiać stopy bardzo uważnie, bo płaskie dno kanału jest
wąziutkie- zaledwie kilkanaście centymetrów - więc łatwo się poślizgnąć na
zaokrąglonych krawędziach i obślizgłych bokach, które ostrymi łukami podnoszą
się ku górze. Moje ubranie - krotki barani kożuszek, zdobyty w poniemieckich
magazynach, utrudniał mi poruszanie się
w pozycji schylonej i dawał zbyt dużo ciepła. W jednej ręce trzymałem
niewielki pakunek z bielizną i podtrzymywałem jednocześnie wiszącego na sznurku
„Stena”, a drugą mocno chwyciłem się
pasa idącego przede mną żołnierza. Przypomniałem sobie teraz ostrzeżenie kpt.
„Barego”, który nie chciał mnie wpuścić do kanału w tym kożuszku.
Po pewnym czasie znów ujrzeliśmy
sygnał latarki i komendę: „Wyprostować się!” - wchodziliśmy w wysoki kanał.
Odetchnęliśmy z ulgą - iść było teraz znacznie lżej, ale znów sygnał, znów:
„Stać!”. Okazuje się, że właz, pod którym zatrzymaliśmy się, miał być otwarty.
Przewodnik długo bada sytuację. Staliśmy dobre 20-30 minut w zupełnej ciszy. Słychać było tylko ciche
szepty modlących się w najbliższym sąsiedztwie. Wreszcie z zachowaniem
największych ostrożności ruszyliśmy naprzód i szczęśliwie przeszliśmy pod
włazem, a przewodnik znów przyspieszył kroku. Zdawało się nam, że idziemy już
wiele godzin - zmęczenie i duszność dawał się we znaki. Nie wiedzieliśmy, ani
która to godzina, ani też, gdzie się znajdujemy.
W tej kompletnej ciemności szliśmy i
szliśmy pokonując opór płynącej nam na spotkanie cieczy - na szczęście już bez
żadnych przygód. Przeszliśmy jeszcze jeden zamknięty właz na terenie
nieprzyjaciela z zachowaniem największych ostrożności i wreszcie przewodnik oznajmił, że jesteśmy już na terenie
należącym do powstańców. Niebezpieczeństwo minęło - niedługo wyjdziemy z tych
mroków! Wiadomość ta przyniosła nam wielką ulgę i dodała sił. Rzeczywiście -
wkrótce nas zatrzymano, oświadczając, że jesteśmy już przy włazie wyjściowym.
Kolejno posuwaliśmy się do upragnionego otworu, aby wyjść na powierzchnię z
tych mroków i brudu.
Gdy podnosiłem się na klamrach, u
wylotu włazu podchwyciły mnie dwie pary silnych rąk i pomogły stanąć na jezdni.
Zrazu byłem po prostu oszołomiony tą jasnością jaka panowała wokół, tak
kontrastowała z mrokami, z których wyszliśmy - oraz świadomością, że znów
jestem na powierzchni ziemi.
Byliśmy na ul. Nowy Świat przy rogu
ul. Wareckiej. Przyznam się, że chyba nigdy jeszcze nie byłem tak zaskoczony i
zdziwiony jak teraz. To, co wokół
zobaczyłem jakoś nie chciało mieścić
się w mojej głowie - tak bardzo odbiegało od otoczenia, w którym przebywałem przez ostatnie 3
tygodnie na Starówce.
Czysta i cała nawierzchnia i
chodniki - bez gruzów i lejów. Szyby w oknach na ul. Wareckiej, a z kilku domów
rozbrzmiewała muzyka fortepianu, czy też radia. Idziemy tą Warecką, rozglądamy
się i nie możemy uwierzyć, że jesteśmy w tej samej Warszawie- tylko w innej jej
dzielnicy. Ja osobiście doznawałem wrażenia, że przybywam skądś bardzo, bardzo
daleka.
Była godzina 5 rano – 2 września
1944 roku. Drogę z ulicy Długiej na ulicę Warecką przebyliśmy w ciągu około 4 i
pół godziny.
Marceli Ciechanowicz,, 1962 rok
/ pseudonim: „ Antoni Nałęcz” /
W tym miejscu kończą się wspomnienia dziadka Marcelego z Powstania Warszawskiego.
Ale nie wszystko tu opisał:
# pamiętam jak opowiadał, że na dom, w którym znajdowali się powstańcy spadła bomba typu „szafa” - spadła na dach, przebiła wszystkie piętra aż do piwnic, ale ponieważ był to na szczęście „niewybuch”- nie eksplodowała- tylko wybiła w podłogach dziurę od dachu po piwnice i częściowo zburzyła dom. Gruz przysypał ludzi, w tym dziadka, którego odkopano dopiero po 4 godzinach / uważano go już za zmarłego ! /.
# „za wybitne dowodzenie na polu walki”
dziadek został rozkazem nr 6/1/a D-cy
Grupy „Północ” A.K. -
T. Dzika z dn. 24.VIII. 1944 r. awansowany
na podporucznika, oraz rozkazem nr 8/2 tegoż samego
D-cy z d. 26.VIII.1944r. / L.519/I.
został odznaczony Krzyżem Walecznych
po raz I
„za odwagę i męstwo”.
Oryginały w/w dokumentów są w posiadaniu rodziny.
# wśród rodzinnych pamiątek jest i Krzyż Walecznych i przestrzelona furażerka dziadka - kiedy
powstała dziura od kuli – nie wiemy.
# po upadku Powstania Warszawskiego – kadra oficerska więc i dziadek - została przez Niemców uwięziona w tzw. Oflagach. Zachował się karton z numerem jenieckim: dziadka: XI A. 47242. Legitymacja nr 41902 b. jeńca wojennego nr 902/c – 0/39 z Obozu Jeńców Wojennych w Lubeck X.C.- B.L.A. Opisane są w niej obrażenia : złamanie kości podudzia i śródstopia / powstałe podczas zasypania pod gruzami – patrz wyżej /. est też przepustka nr 17 z Obozu w Lubece z dn. 12.V.1945 r.
# Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powstania Warszawskiego ( wyd. Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002 ), w tomie 5 na str.105 podaje:
„ Ciechanowicz Marceli, „Antoni”, „Nałęcz”, ur. 23.03.1890 r., podporucznik. Stare Miasto,
zgr. „Róg”, bat. WSOP „Dzik”, komp .XII, plut 1.” , a poniżej [ z błędem w nazwisku ]:
„Ciechanowski Marceli, ur. 23.03.1890 r. Petersburg, podporucznik. Stalag XI-A Altengrabow,
nr jeniecki 47232 ”. [ Błąd ten zgłosiłem w 2004 roku, lecz dotychczas go nie sprostowano - W.A.C.]
# W
chwili wybuchu Powstania dziadek miał 54 lata i może dlatego był odważny
lecz rozważny, spontaniczny lecz doświadczony, szybki lecz
zrównoważony - co
pomogło mu walczyć i dowodzić i
dało mu większe szanse przeżycia niż
innym.
Myślę,
że można podsumować dzieje dziadka Marcelego od 1942 r. / konspiracja /, udział
w Powstaniu Warszawskim i pobyt w Obozie Jenieckim jako bezustanny wyścig ze
śmiercią. Dziadek wyścig ten wygrał! I wygrywał jeszcze przez 30 lat!
Dnia 15. V. 1975 r.,
mając 85 lat zmarł w Domu Zasłużonego Nauczyciela
w Mikuszowicach Śląskich pod Bielskiem /
woj. Śląskie /.
Witold
Ciechanowicz, 3.VII.2000r.
( na podstawie
strony Internetowej
POWSTANIE WARSZAWSKIE www.pw44.pl/index.php
Rozkazem
gen. Władysława Sikorskiego w 1942 roku została sformowana Służba Ochrony
Powstania
[ SOP], przemianowana w 1943 roku na Woskową
Służbę Ochrony Powstania [ WSOP], w skład której wchodził Batalion „Dzik”.
Początkowo formacja ta miała być II rzutem wojsk Armii Krajowej [ AK], jednakże
w czasie Powstania otrzymała ona zadania bojowe i walczyła w pierwszej linii.
Dowódcą Batalionu „Dzik” był por.
rez. piech. Tadeusz Okolski „Dzik”, jego
zastępcą - por. rez. łącz. Stanisław Sienkiewicz „Leliwa”, a por. rez. lot. -
Jerzy Zieliński „Brochwicz” pełnił funkcję adiutanta.
Batalion miał 5 kompanii ( 11, 12,
13, 14 i 15 ) liczących po kilka plutonów. Dowódcą 12 Kompanii był por. rez.
żand. Wacław Kozicki - „Marian Openheim”, a jego zastępcą, a zarazem dowódcą
Plutonu 121 był chor/ ppor. czasu wojny Marceli Ciechanowicz „Antoni Nałęcz”.
Zadaniem
bojowym Batalionu, a szczególnie 121 Plutonu m. inn. było opanowanie szkoły na
ul. Rybaki, gdzie mieścił się magazyn niemiecki, fabryki QVEBRACHO na ul.
Rybaki oraz Starej Prochowni na rogu ul. Rybaki i ul. Boleść.
Obronę tego odcinka Starego Miasta: ulicy
Rybaki - od rogu ul. Boleść do Szkoły na pod numerem 32, Marceli Ciechanowicz „
Antoni Nałęcz” opisał w zamieszczonych powyżej wspomnieniach pod tytułem
Straty
Batalionu wynosiły 67%, żołnierze
otrzymali 68 awansów, a 47 z nich zostało odznaczonych Krzyżem Walecznych.
Po przejściu kanałami ze Starego
Miasta na Powiśle, dowódca Batalionu z resztek żołnierzy zorganizował tylko 2
kompanie. Dowódcą drugiej - 12 Kompanii był w dalszym ciągu por. rez. żand.
Wacław Kozicki - „Marian Openheim”, a jego zastępcą, a zarazem dowódcą Plutonu
był chor/ ppor. czasu wojny Marceli Ciechanowicz „Antoni Nałęcz”.
Po
upadku Powiśla, Batalion „Dzik” wszedł w skład odcinka „Sarna” w zgrupowaniu
ppłka. Jana Szczurka - Cergowskiego,
ps. „Sławbor”. Jednostka walczyła na pododcinku kpt. Tadeusza
Klimowskkiego, ps. „Ostoja”.
Marceli Ciechanowicz urodził się 23.III.1890 roku w Sankt – Petersburgu w Rewirze Kołomeńskim. Ojcem Marcelego był Antoni syn Aurelego Ciechanowicza i Marii z domu Zaczek.
Miał troje rodzeństwa: siostrę Anastazję i braci - Aurelego i Wiktora. Uczył się w Gimnazjum Realnym w Wyborgu, które ukończył w 1910 roku, po czym od 1911 do 1915 roku studiował na Wydziale Ekonomicznym Politechniki w Petersburgu.
W roku 1915 pracował w Oddziale Petersburskim Banku Kredyt Lioński ( CERDIT LYONNAIS ).
W 1915 roku, 12 września ożenił się z Leontyną Piotrowską, córką Józefa Piotrowskiego i Aliny
z domu Łukaszewicz.
W 1917 roku, 13 lutego urodził im się syn, Mieczysław. Jeszcze w 1917 roku, w sierpniu, udało mu się wraz z żoną i synem uciec z ogarniętej prze rewolucję Rosji - ostatnim statkiem odpływającym z Odessy. Natomiast reszta rodziny pozostała w Rosji, a potem żyła w Z.S.R.R.
Po ucieczce do Polski – odzyskuje w 1921 roku obywatelstwo polskie. Od 1920 roku pracował kolejno: w Ministerstwie Skarbu w Warszawie ( był pełnomocnikiem akcji wymiany banknotów koronnych na całym terenie byłej okupacji austrjackiej tj. w okręgach Lubelskim, Kieleckim, Radomskim i Piotrkowskim ). Potem pracował w Banku Związku Ziemian w Warszawie, w Oddziale Wileńskim Banku Mazowieckiego w Warszawie, w Banku Kredytowym w Oddziale Górnośląskim, a potem Krakowskim, w Państwowym Banku Rolnym w Warszawie i Ministerstwie Reform Rolnych i firmach prywatnych.
Podczas okupacji brał udział od 1942 roku w konspiracji, w Powstaniu Warszawskim gdzie został ranny, a potem – od 6.X.1944 roku do 18.X. 1945 roku wywieziony był do niewoli niemieckiej.
„Za wybitne dowodzenie na polu walki” dziadek został rozkazem D-cy Grupy „Północ” A.K. z dn. 24.VII. 1944 r. awansowany na podporucznika, oraz rozkazem tegoż samego D-cy z d. 26.VII.1944r. / L.519/I. został odznaczony Krzyżem Walecznych po raz I „za odwagę i męstwo”.
Po wojnie pracował w Wałbrzychu, potem w Dyrekcji P.P.Polskie Uzdrowiska, gdzie jako inspektor
kontrolował ich działalność, na dłużej osiadł w Szczawnie Zdroju ( Solicach ) i
Krynicy.
Tu napisał książkę „Krynica i zdrojowiska karpackie”.
Po śmierci żony, Leontyny i przejściu na emeryturę – przeniósł się na kilka lat do Katowic, do syna Mieczysława, a potem do Domu Zasłużonego Nauczyciela w Mikuszowicach Śląskich pod Bielskiem.
Tam – niespodziewanie – zaczął malować. Miał nawet kilka wystaw, a obrazy jego miały powodzenie.
Umarł 13. V. 1975 roku – mając 85 lat - po ciężkiej i długiej chorobie.