STARA PROCHOWNIA

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego 1944 roku.

spisał 

chorąży / ppor. czasu wojny  Marceli Ciechanowicz

z-ca dowódcy 12 kompanii Batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania ( WSOP ) „Dzik”,

dowódca plutonu 121 ( I - go ), pseudonim „ Antoni Nałęcz”.

 

powrót do strony głównej

 

Tekst i rysunki: Marceli Ciechanowicz

Redakcja i posłowie: Witold Ciechanowicz

Wydawca: FIRMA Michał Ciechanowicz, Jaworzno, Polska

©  Copyright by FIRMA Michał Ciechanowicz, Jaworzno, Poland

 

/ wersja przeznaczona do publikacji w Internecie /

 

 

 

 

 

Spis treści:

 

 Przedmowa

I. Pierwsza krew

II. Prochownia

III. Pierwsze natarcie wroga

IV. Tajemnica murów klasztornych

V. Gniazdo Piatów - śmierć Wernego

 VI. Feeryczny dramat w powietrzu

 VII. Koza i Niemiec na placówce

VIII. Tragiczny finał zdobytego czołgu

 IX. Tajemniczy strzał

 X. Zwiastuny wyzwolenia

XI. Niemcy na Prochowni

 XII. Początek końca

 XIII. Zagłada

 XIV. Kanał

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Posłowie

Batalion WSOP Dzik

Biografia Marcelego Ciechanowicza

                          

 

 

 

powrót do strony głównej

 

 

 

 

PRZEDMOWA

 

                     Przystępując do napisania tych kilku fragmentów z moich wspomnień

 o Powstaniu Warszawskim w sierpniu 1944 r. zastanawiałem się mocno, czy wypada teraz, po przeszło 18 latach, powracać do tych ciężkich i smutnych czasów, skoro nie zrobiłem tego wcześniej - nasunęło się bowiem pytanie: dlaczego właśnie teraz to robię, a dlaczego nie uczyniłem tego znacznie wcześniej, na świeżą pamięć?

            Postaram się uzasadnić to w krótkich słowach. W parę lat po powrocie  z niewoli niemieckiej ujrzałem, wydaną przez Stanisława Podlewskiego książkę pod tytułem  „ Przemarsz przez piekło”, w której autor podaje dużo szczegółów z obrony Starówki.

            Następnie w roku 1957 ukazała się obszerna praca płk. Adama Borkiewicza pod tytułem: „ Powstanie Warszawskie 1944 r.”, zawierająca systematyczny opis w porządku chronologicznym                 / opartym na dokumentach i miarodajnych relacjach / przebiegu całego Powstania Warszawskiego.

            W międzyczasie ukazywało się również sporo opisów poszczególnych epizodów z powstania, bądź w prasie codziennej, bądź w periodykach.

            Pomyślałem więc, że nic do tego nie dodam, a ponieważ nigdy przedtem nie zajmowałem się publicystyką, onieśmielało mnie to tym bardziej i powstrzymywało.

            Co więc spowodowało, że właśnie teraz, w tak opóźnionym czasie zdecydowałem się to uczynić? Odpowiedź w jednym słowie: sentyment.

            W pierwszym dniu po powrocie z niewoli do kraju w październiku 1945 r., gdy nie znalazłem w Warszawie nikogo z rodziny, udałem się natychmiast na Starówkę, przede wszystkim na ulicę Rybaki, pod Prochownię, by odwiedzić i zobaczyć miejsce naszych walk i zmagań z okupantem. Oczywiście, zastałem wówczas całą Starówkę     w gruzach, jak ją pozostawiliśmy odchodząc, ale z biegiem czasu Starówka została odbudowana i pięknie odnowiona. Za każdym prawie razem, kiedy wyjeżdżałem do Warszawy, odwiedzałem Stare Miasto i we wspomnieniach przeżywałem jego tragedię.

            Wreszcie podczas ostatniego mego pobytu, gdy znów tam byłem i widziałem wszystko odbudowane, pięknie pomalowane i odnowione, a „nasza Prochownia”, stała nadal w stanie kompletnego zapomnienia, z zabitymi oknami, martwa i zaniedbana, coś mnie zabolało: dzieje się krzywda starej Prochowni z czasów średniowiecza, która    i teraz w XX wieku odegrała dużą rolę, umożliwiając w ciągu pełnych trzech tygodni  w sierpniu 1944 r. obronę tego odcinka, zamykając dostęp wrogowi na Starówkę od strony Wisły.

            Postanowiłem przypomnieć społeczeństwu o Prochowni. Nie wiem, czy mi się to udało należycie zrobić, zresztą już wspomniałem, że nigdy nie pisałem takich rzeczy, ale wiem, że opisane przeze mnie fragmenty ściśle odpowiadają rzeczywistości, tak jak je widziałem i przeżywałem.

            Wszystkie podane nazwiska i pseudonimy są autentyczne i jeśli przypadkiem kogoś z biorących udział w obronie prochowni pominąłem – bardzo za to przepraszam.

 

 

Marceli Ciechanowicz, 1962 r.

/ pseudonim: Nałęcz Antoni /

 

 

powrót

 

powrót do strony głównej

 

I. PIERWSZA KREW.

 

            Dnia 5 sierpnia 1944 r. po wielokrotnych nalotach bombowców Luftwaffe na Bank Polski przy ul. Bielańskiej, budynki tegoż zostały tak zniszczone, że dalsze pozostawanie w nich i obrona, bez odpowiedniej ilości broni maszynowej było niemożliwe. Ponieważ drugi pluton WSOP  z Baonu por. „Dzika” broni maszynowej w ogóle nie posiadał, został on zluzowany i skierowany na Stare Miasto, gdzie znajdowały się już pozostałe dwa plutony tegoż baonu, aczkolwiek w stanie niekompletnym.

            Zostaliśmy zakwaterowani przy ulicy Zapiecek i parę dni pełniliśmy służbę patrolową. Równocześnie Baon por.” Dzika” został wcielony do zgrupowania AK Majora „Roga”.

            W dniu 8 sierpnia otrzymałem od D-cy Baonu rozkaz obsadzenia moim plutonem barykad przy zbiegu ulic Mostowej, Rybaki, Boleść i Bugaj. Celem zorientowania się w sytuacji, tegoż dnia przed południem udałem się w tow. st. sierżanta „Marka” i podchor. „Sarenki” na wyznaczony mi odcinek. Główna barykada  znajdowała się w poprzek ulicy Boleść, przy zbiegu z ul. Rybaki.

 

Fabryka QUEBRACHO

 

stanowiska niemieckie

 

Stara Prochownia

 

 

barykady powstańcze

 

 

Ulica Boleść jest niejako przedłużeniem ulicy Mostowej i łączy ulicę Rybaki  z Wybrzeżem Gdańskim nad Wisłą. Jest to ostro spadająca ku Wiśle wąska uliczka, na której po obu stronach znajduje się zaledwie parę domów, z tym, że szczególnie południowa strona tej ulicy jest prawie całkowicie niezabudowana i otwarta w stronę mostu Kierbedzia.

            Właśnie jeden z tych domów, stojący przy zbiegu ulic Rybaki i Boleść był tą Starą Prochownią** z XVI wieku.

           

   PRZYPISY:

   * szkic przedstawia ówczesny układ ulic – obecnie ul. Rybaki nie jest przedłużeniem

       ul. Bugaj, lecz  przebiega bardziej na wschód .

      / WARSZAWA plan centrum - P.P.W.Kartograficznych -   Warszawa 1797 /

* * STARA PROCHOWNIA- Dawna Brama Mostowa strzegąca pierwszego stałego

     mostu na Wiśle, zbudowana ok. 1573 r., w XVII w. przebudowana na prochownię,

     w XVIII w. na  więzienie    - ul. Rybaki 2 / j.w. /

 

Wszystkie trzy barykady znajdujące się w obrębie Prochowni były nie obsadzone i nie spotkałem tam nikogo z oddziałów powstańczych. Przy wstępnym obejrzeniu barykad stwierdziliśmy, że konieczna jest niezwłoczna naprawa dwóch barykad znajdujących się tuż przy Prochowni, aby mogły one skutecznie bronić dostępu od wschodu i południa. Trzecia barykada, położona znacznie niżej, w połowie ul. Boleść ku Wiśle, była w obecnym stanie zupełnie bezużyteczna. W pewnym momencie zauważyliśmy nieco niżej tej barykady, na otwartej przestrzeni od strony południowej, niewielki okrągły bunkier niemiecki. Poszliśmy więc go obejrzeć, czy nie mógłby być przez nas wykorzystany.

            Stwierdziliśmy jednak, że strzelnica wychodziła właśnie na Prochownię, a wejście do niego znajdowało się od strony Wisły, czyli wszystko akurat w odwrotnym kierunku, niż to nam było potrzebne. Nie dawaliśmy jednak za wygraną, bo taki bunkier mógłby nam oddać wielką przysługę, gdyby można było przerobić na odwrót te otwory. Poprosiliśmy więc jednego z mieszkańców sąsiedniego domu, czy nie podjąłby się, oczywiście za zapłatą, wykonania tej przeróbki. Po obejrzeniu jeszcze raz bunkra, człowiek ten wyraził swą zgodę i miał wieczorem przystąpić do pracy.

            W drodze powrotnej od bunkra zatrzymaliśmy się jeszcze przy tej niższej barykadzie, rozważając możliwości jej naprawy, gdy nagle rozległ się krótki, suchy trzask i stojący tuż przy moim ramieniu podchor. „Sarenka” padł trupem na ziemię bez jęku. Zaskoczeni tym, padliśmy z sierżantem „Markiem” na ziemię. Strzały się nie powtórzyły. Wzięliśmy więc ciało „Sarenki” i szybko, schyleni odciągnęliśmy pod mur najbliższej kamienicy. Tu stwierdziliśmy, że otrzymał on równocześnie dwie kule - jedną w skroń, drugą w serce. Strzały zostały oddane ze stanowisk niemieckich, znad Wisły.

powrót do strony głównej

 

powrót

 

II. PROCHOWNIA

 

            Po stwierdzeniu  - okupionym śmiercią „Sarenki”, że niemieckie stanowiska znajdują się zaledwie w odległości 200 - 250 metrów od wyznaczonej dla II plutonu placówki, sprawa jak najszybszego obsadzenia barykad nabrała specjalnej wagi, toteż w niespełna dwie godziny cały II pluton / w ilości około 30 żołnierzy / znajdował się już na miejscu i z zachowaniem niezbędnych środków ostrożności przystąpiliśmy natychmiast do badania najbliższego otoczenia  i wyboru miejsc dla rozlokowania pierwszych, nieco wysuniętych czujek.

            Zasadniczymi punktami obronnymi naszej placówki miały być:

1. Narożny, murowany budynek / dawna Prochownia /, stojący frontem do  ul. Rybaki

    z bocznym skrzydłem wychodzącym na ul. Boleść,

2. Barykada w poprzek ul. Boleść , ciągnąca się spod murów Prochowni do kamienicy czynszowej na przeciwległej stronie tejże ulicy,

3. Barykada połączona rowem z poprzednią i położona w stosunku do niej pod kątem prostym, a przecinająca ul. Bugaj.

            Pierwsza barykada miała zabezpieczać dostęp wrogowi od strony Wisły wzdłuż ul. Boleść i znajdowała się przynajmniej o 10 - 12 metrów wyżej od powierzchni wybrzeża, druga zaś barykada miała zabezpieczać dostęp od strony Podzamcza wzdłuż ul. Bugaj.

            Prochownia – zasadniczy punkt oporu naszej placówki, przedstawiała sobą mocno zbudowany, o grubych murach piętrowy budynek / w.g posiadanych danych   z XVI w. /, z bardzo rozległymi, również o grubych murach, piwnicami. Mury tego budynku, czyli front i skrzydło znajdują się pod kątem prostym do siebie i kształtują się w formie litery „L”, tworząc w środku niewielkie podwórko.

 

Objaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: WISŁAObjaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: Ulica
Boleść
Objaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: Fabryka Barwników 
Garbarskich
„QUEBRACHO „
Objaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: Stara
Prochownia

 

 

 

 

Takie określenie lokalizacji Prochowni może byłoby wystarczające w innych okolicznościach, lecz w danym wypadku, niestety, musi być znacznie szczegółowiej opisane, inaczej bowiem zupełnie niezrozumiałym, a nawet wręcz nie do wiary byłoby, że nasza placówka przez pełne trzy tygodnie w miesiącu sierpniu 1944 r. potrafiła właśnie w „Prochowni” utrzymać się i zamknąć dostęp wrogowi od strony Wisły, nie zważając na codzienne bombardowania i ataki, podczas których jeden raz udało się mu wedrzeć nawet na podwórko naszego „bastionu”. Więc jeżeli chodzi o dokładniejszą lokalizację, to Prochownia z dwóch stron wychodzi na Rybaki i Boleść, a z dwóch pozostałych stron otoczona jest posesją fabryki barwników garbarskich szwedzkiej firmy Quebracho.

        Sąsiedztwo to stanowiło dla naszej placówki bardzo ważną osłonę, ponieważ posiadając ogromne rozmiary i duże fabryczne zabudowania osłaniało ją od strony Wisły, częściowo od strony ul. Boleść i wreszcie od tyłu, na przestrzeni między Wisłostradą, a ul. Rybaki.

            Główny, kilkupiętrowy duży budynek fabryki, konstrukcji żelbetonowej, ciągnął się wzdłuż wybrzeża 60 - 70 metrów. Do niego przylegały z dwóch stron pomocnicze budynki fabryczne i gospodarcze z tym, że główna brama wjazdowa i budynek biurowy znajdowały się od strony ul. Rybaki, tuż w bezpośrednim sąsiedztwie z budynkiem Prochowni i tworzyły w środku duży, pod kątem prostym załamany podwórzec. Takie wzajemne usytuowanie umożliwiało nam poruszanie się po całym zapleczu głównego budynku fabrycznego, a tym samym doprowadzanie drogą okólną naszych czujek  i gniazd oporu również do najdalej wysuniętych punktów w głównym budynku fabrycznym.

            W momencie obsadzenia przez nas placówki, główny budynek fabryczny od strony Wisły i Podzamcza był przez pociski niemieckich dział już tak zniszczony, że nie posiadał większości murów, pozbawiony był też okien i drzwi, a nawet częściowo  i stropów. Tym niemniej żelbetonowy jego szkielet i resztki pozostałych gdzieniegdzie murów dawały jeszcze jaka taką osłonę i umożliwiały nam rozmieszczanie jak najdalej wysuniętych czujek.

            Co się tyczy zabezpieczenia Prochowni przed obstrzałem  od strony południowej, od podzamcza, to zasłaniała ją jedynie znajdująca się po przeciwległej stronie ul. Boleść kamienica czynszowa, wyższa od Prochowni o parę pięter. Reszta terenu wzdłuż prawej, południowej strony ul. Boleść, aż do Wisły i w stronę Podzamcza była zupełnie otwarta.

Na tej przestrzeni, w odległości około 300 metrów znajdowały się dwa murowane budynki z czerwonej cegły. tzw. „Dom Polaków Za Granicą” - potocznie „Czerwony Dom”. Obszar od tych budynków aż do fabryki Quebracho stanowił bardzo wygodny teren dla akcji czołgów i obstrzału, przede wszystkim tej fabryki, a częściowo i naszej placówki, o czym zresztą przekonaliśmy się już na drugi dzień.

            Po niezbędnym zabezpieczeniu placówki przez umieszczenie paru wysuniętych czujek: jednej na ul. Bugaj, a drugiej w narożniku fabryki Quebracho, przystąpiliśmy do naprawy i umocnienia naszych barykad. Niestety, do barykady dolnej na ul. Boleść, która leżała niżej od głównej w odległości około 50 metrów, już nie mieliśmy dostępu, gdyż natychmiast ostrzeliwali nas Niemcy ze swych stanowisk na wybrzeżu. Również   i górna, główna barykada znalazła się pod obstrzałem. W związku z tym, po przygotowaniu materiału, naprawiliśmy i umocniliśmy ją dopiero w nocy. Główna praca polegała na rozszerzeniu  i podniesieniu ochronnego wału z zewnętrznej strony, więc w dzień bylibyśmy cały czas na muszce karabinów nieprzyjacielskich.

            Naprawa drugiej barykady – przy ul. Bugaj, poszła znacznie łatwiej, ponieważ

z tej strony nie było jeszcze obstrzału.

 Traf chciał, że w budynku „Prochownia” na parterze zamieszkiwał mój kolega z czasów studenckich, śp. Włodzimierz Michalski. Dzięki temu od razu bez trudu uzyskaliśmy pomieszczenie na rozlokowanie plutonu. Dodać należy, że zarówno kol. Michalski, jak i jego małżonka – w charakterze łączniczki znajdowali się już przedtem w szeregach mego plutonu. Poza tym należy wspomnieć, że wszystkie piwnice Prochowni ze względu na swoje mury i rozmiary pełne były chroniących się rodzin        z dziećmi i starcami.

 

 

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

III.PIERWSZE NATARCIE WROGA

 

Po naprawieniu barykad i rozmieszczeniu plutonu oraz minimalnym ubezpieczeniu przez wysunięte  3 czujki, placówka nasza na ranek 9 sierpnia była gotowa do obrony.

      Główną nasza troską, poza małym stanem liczebnym plutonu i jego niedostatecznym wyszkoleniu, był brak uzbrojenia. W tym dniu posiadaliśmy zaledwie 5- 6 zwykłych karabinów / i to różnych kalibrów /, około 10 pistoletów różnych systemów oraz dostateczną ilość granatów ręcznych i butelek zapalających. Natomiast nie posiadaliśmy ani jednego karabinu maszynowego ani peemu, ale na szczęście wróg o tym nie wiedział.

            Niemcy, przekonawszy się o obsadzeniu przez nas placówki, przystąpili natychmiast do akcji. Już rano 9 sierpnia podjechały dwa czołgi od strony Podzamcza i z odległości poniżej 200 metrów zaczęły ostrzeliwanie fabryki Quebracho,  a stwierdziwszy, że nie jest ona obsadzona, posunęły się prawie pod samą fabrykę, kierując swój ogień na naszą placówkę. Ogień ten nie wyrządził nam większych szkód, ponieważ czołgi nie zaryzykowały jeszcze zajęcia dogodniejszej pozycji w linii prostej, naprzeciwko naszej barykady i strzelały z ukosa, więc strzały nie były dla nas groźne.

            Po akcji czołgów rozpoczęła swój ogień piechota wysuwająca się ze swych stanowisk znad Wisłostrady i podchodząc aż poza fabrykę Quebracho. Jednakże tego rodzaju natarcie nie mogło dać tak łatwo wyników, ponieważ w wąskiej uliczce każdy ich żołnierz znajdował się na muszce naszych karabinów, nie mając żadnej osłony, co też spowodowało, że po krótkiej wymianie strzałów Niemcy się wycofali, ale natychmiast po wycofaniu się piechoty nadleciało parę samolotów zrzucając bomby burzące i zapalające, które na szczęście nie trafiły w naszą placówkę, spadając nieco wyżej.

            Podnieceni tą walką sądziliśmy, że nastąpi chyba teraz przerwa, gdy nagle usłyszeliśmy charakterystyczny zgrzyt naciąganych wyrzutni min i za parę sekund  w okolicy naszej placówki rozległy się wybuchy pocisków podmuchowych, tzw. „szaf’” względnie „krów”. Wyrządziły one szkody zrywając dachy  i wyrywając okna i drzwi     w bezpośrednim otoczeniu naszej placówki, także i w samej Prochowni zostały wyrwane futryny okienne i jedne drzwi, raniąc lekko 2-ch żołnierzy i kontuzjując łączniczkę p. Michalską w nogę. Przed zmrokiem pojawiły się ponownie dwa czołgi penetrując teren i ostrzeliwując budynki.

            Tego rodzaju kolejne akcje, a zwłaszcza czołgów i „krów” powtarzały się codziennie, przeważnie od samego rana z niewielkimi przerwami, poza tym piechota stale penetrując teren czyniła swoje wypady starając się jak najbliżej podejść do naszej placówki. Wszystkie te próby były jednak likwidowane zarówno przez nasze wysunięte gniazda, jak też i obie barykady. Przyzwyczajeni do sposobu ich działania wykorzystywaliśmy wolne chwile do uzupełnienia naszych czujek, wyboru lepszych punktów dla gniazd obstrzału.

            W pierwszym rzędzie zależało nam na jak najwygodniejszym usadowieniu się    w głównym budynku fabryki; drogą okólną przez różne zabudowania pomocnicze dotarliśmy do budynku głównego, a raczej jego szkieletu i tu przesuwając się z wielkim trudem po resztkach stropów i po żelaznych belkach, dostaliśmy się na pierwsze piętro aż do narożnika fabryki przy zbiegu ulicy Boleść i  Wybrzeża, tj. do miejsca, do którego codziennie dochodziły czołgi niemieckie. Oczywista rzecz, że tak wysunięta i tak ryzykownie ulokowana czujka miał za główne zadanie obserwację ruchów nieprzyjaciela  i natychmiastowe meldowanie o nich. Zadanie to było o tyle łatwe, że czujka miała przed sobą jak na dłoni wszystkie punkty wypadowe niemieckich czołgów i piechoty oraz ich gniazda karabinów maszynowych.

 Nie wolno jej było oddawać żadnego strzału, aby się nie zdradzić, wolno było jednak w wypadku zbliżenia się czołgu niemieckiego na bezpośrednio bliski dystans obrzucić go zapalającymi butelkami z benzyną.

            Po paru dniach próbnych przygotowawczych ataków na naszą placówkę, operujące na tym odcinku dwa niemieckie czołgi zaczęły coraz bliżej podchodzić

 i pewnego dnia jeden z nich podjechał tuż pod mury fabryki, skręcając w uliczkę Boleść, widocznie z zamiarem obstrzeliwania naszej barykady z dogodniejszej pozycji. Nasi chłopcy ze swego gniazda natychmiast obrzucili go zapalającymi butelkami. Czołg stanął, aczkolwiek nie eksplodował, załoga chyłkiem zmykała ku Wisłostradzie. Nasi - z gniazda - również pospiesznie opuścili swoje stanowiska. Oczywiście, natychmiast nastąpiła reakcja i szkielet fabrycznego budynku został ostrzelany z działa drugiego czołgu oraz karabinów maszynowych. jednak nie wyrządziło to nikomu żadnej szkody - tyle tylko, że straciliśmy już najlepszy dla nas punkt obserwacyjny i musieliśmy go umieścić nieco bliżej naszej placówki, w innym gospodarczym budynku tejże fabryki.

            Na drugi dzień znów jeden, ale tym razem większy czołg podjechał pod fabrykę, skręcił w ul. Boleść i jak wydawało się z jego ruchów, miał zamiar przełamać i tak już mocno nadwerężoną żelazną bramę i wjechać na dziedziniec fabryczny. I tu nagle znów seria butelek zapalających, parę wybuchów i...czołg stoi. Załoga przebiegła na drugą stronę ulicy w kierunku „Czerwonego domu”.

            Z naszej barykady nie padł ani jeden strzał, aczkolwiek uciekający z czołgu byli przez minutę przynajmniej w odległości najwyżej 120-140 metrów - widoczni jak na dłoni. Zdumieni widocznie strzelcy na barykadzie opamiętali się, dopiero gdy uciekinierzy skryli się za rogiem kamienicy, po drugiej stronie ul. Boleść.

            Przyznam się, że sam byłem tym wszystkim mocno zaskoczony, ponieważ w tym miejscu nie było naszej stałej czujki. Tłumaczy się to jednak tym, że nasi chłopcy często sami na ochotnika, nie mając a tym czasie wyznaczonej służby, chodzili i czaili się z granatami i butelkami zapalającymi na „grubszą zwierzynę”, tzn. czołgi. I tu właśnie, ukryci za jakąś szopą przy wjeździe do fabryki, unieruchomili tego kolosa. Zaznaczyć muszę, że już prawie od tygodnia, gdy ataki Niemców stawały się z dnia na dzień coraz częstsze i silniejsze, obrona placówki przez nasz pluton – nie posiadający ani jednego karabinu maszynowego, stawała się coraz trudniejsza i nie wróżyła pomyślnego wyniku.

            W międzyczasie nawiązaliśmy kontakt z oddziałami AL stojącymi nieco wyżej od nas przy ul. Mostowej i Freta i od tego czasu współpracowaliśmy razem z plutonem AL porucznika „Gustawa” i plutonem Czwartaków por. ”Trocha”, Plutony te były znacznie lepiej od nas uzbrojone, szczególnie pluton por. ”Gustawa’ i oddawały nam większą pomoc przy obronie naszej placówki, a nawet i przy niewielkich wypadach. Również z wydatną pomocą przychodził nam w groźniejszych sytuacjach półpluton z oddziału „Wigrów”, też b. dobrze uzbrojony. W ten sposób teraz zawsze mogliśmy liczyć na kilkanaście dodatkowych karabinów zwykłych i na 2, a nawet 3 karabiny maszynowe. Poza tym i nasze uzbrojenie wzrosło o kilka karabinów zwykłych i 2 „peemy”.

            Wracając teraz do unieszkodliwionych czołgów: wtedy gdy pierwszy z nich został prawie natychmiast odciągnięty przez inny czołg - drugi pozostał przy bramie fabryki. Późno wieczorem tego dnia podchorąży „Orlikowski”, który już po objęciu przeze mnie placówki został przydzielonym przez D-wo Baonu jeszcze z innym podchor. „Zawadzkim” do mego plutonu - przydźwigał do „Prochowni”  z innym strzelcem ciężki karabin maszynowy.

      Okazuje się, że przy zapadnięciu zmroku dostał się on do unieszkodliwionego czołgu i przez parę godzin wymontowywał ten ciężki karabin maszynowy.

powrót do strony głównej

 

 

powrót

 

IV. TAJEMNICA MURÓW KLASZTORNYCH.

 

Już prawie tydzień bronimy naszej placówki, nie mamy ani chwili spokoju, prażą nas czołgi ze swych dział, piechota obstrzeliwuje i nęka natarciami, a z powietrza lecą bomby burzące oraz pociski z wyrzutni - tzw. „szafy” albo „krowy”.

            Tylko późnym wieczorem i w nocy mamy od czasu do czasu chwilę spokoju i wypoczynku.                 I właśnie w tych chwilach obserwujemy niewytłumaczalne dla nas zjawisko.

            Otóż w odległości 200-400 metrów na ukos od naszej Prochowni, a wyżej przynajmniej o jakieś 50-60 metrów na samym szczycie ostro spadającej skarpy stoi długi dwu czy trzypiętrowy budynek klasztorny - Zakon ss Sakramentek, a pod nim, na stokach skarpy, rozpościera się ogród owocowy.

            Gdy tylko zapada mrok, budynek ten dosłownie co wieczór jest oświetlany widocznie zespołem reflektorów z przeciwległego brzegu Wisły i to tak jaskrawo, że widać na jego murach najdrobniejsze szczegóły, a figurki świętych zdobiące krawędź ostatniego piętra są dokładnie widoczne ze wszystkimi szczerbami spowodowanymi obstrzałem artylerii. To rzęsiste oświetlenie trwa przez kilka godzin - noc w noc.

            W nocy rzadko kiedy padają strzały  z baterii z przeciwległego brzegu Wisły, natomiast we dnie – szczególnie w początkach sierpnia budynek ten był mocno ostrzeliwany ze wspomnianych baterii i był już nieco zrujnowany - szczególnie ucierpiały jego górne piętra, gdzie znajdowały się figury świętych, z których większość była częściowo lub nawet całkowicie zniszczona. Żołnierze dowcipkowali nawet, że jeden z nich musiał być jakimś wielki świętym, bo stał sobie na samym narożniku - zupełnie samiuteńki i drwił z ognia dział niemieckich. Dziwiło nas to codzienne zjawisko - tym bardziej, że nie następowało ani w czasie takiego oświetlenia, ani potem żadne natarcie ani ostrzeliwanie tego odcinka.

 

 

 

 

            Nie mogliśmy zrozumieć, co to miało znaczyć i jaki był tego cel. Aż tu nagle

w początku drugiej dekady sierpnia, pewnego wieczoru budynek klasztorny pozostał ciemny i od tej pory naświetlanie jego murów już się nie powtórzyło.

     Zaraz potem, późnym wieczorem, przypuszczalnie gdzieś około godziny 22-giej, gdy obchodziłem sam - jak każdego dnia - barykady i posterunki, usłyszałem nagle tuż nad sobą i zdawało mi się, że b. nisko cichy szum lecącego samolotu i tuż zaraz ujrzałem opadający na linii budynku klasztornego biały spadochron, za chwilę drugi i trzeci   i wtedy dopiero rozległ się głos pracujących motorów.

            Według mego obliczenia wszystkie trzy spadochrony spadły w ogrodzie pod murami klasztoru. Nie namyślając się ani chwili, podniecony tym, że pierwszy zobaczyłem zrzuty przeznaczone przecież dla powstańców, pobiegłem w stronę ogrodu  i w kompletnych ciemnościach, z trudem przedzierając się przez jakieś nieznane mi zabudowania i podwórka dotarłem do połowy wzgórza pod klasztorem, gdzie ujrzałem w ciemności dużą białą plamę - był to właśnie spadochron. Po omacku stwierdziłem, że tuż obok niego leży metalowy pojemnik, dość wąski, ale bardzo długi. Próbowałem go podnieść w samym końcu, ale był tak ciężki, że nie mogłem go nawet poruszyć. Prędko więc, jak się tylko dało, w ciemnościach zbiegłem do Prochowni i natychmiast wróciłem z kilkoma żołnierzami, aby przenieść zrzut do naszej placówki. Wkoło na naszym odcinku panowała wprost zadziwiająca cisza. Była już północ, gdy przystąpiliśmy do otwierania pojemnika, który w kształcie długiego żelaznego cygara o średnicy około 1/4 metra i długości około 2,5 metrów leżał na podłodze w jednym z pokoi na Prochowni.

            Byliśmy wszyscy niezmiernie podnieceni: może nareszcie będziemy mieli należytą broń i amunicję, przecież sam ciężar pojemnika wskazywał na to, że zawiera on przedmioty ciężkie, a więc może karabiny maszynowe, peemy itp. Wreszcie pojemnik otwieramy - tak jak otwiera się futerał cygara – na dwie strony wzdłuż osi podłużnej.

            Oczy wszystkim wyłażą z orbit, ręce macają coś owiniętego w koce i stare frencze angielskie. Rozwijamy to prędko...niestety, nie widzimy karabinu maszynowego ani peemów ani nawet pistoletów, widzimy jakieś części żelazne nieznanych nam przedmiotów, kilkanaście, może więcej jakichś pocisków i wreszcie stare frencze, spodnie i  koce, którymi wszystko było poprzekładane i pozawijane.

            Patrzyliśmy na siebie zdumieni... i mocno rozczarowani – padło nawet parę cierpkich uwag, ale trudno. Trzeba przecież zorientować się, co to właściwie za sprzęt został nam zrzucony, przecież na pewno tylko dla celów obrony.

            Z opisu, który znaleźliśmy - o ile pamiętam w języku włoskim i francuskim - dowiedzieliśmy się, że są to małe wyrzutnie do pocisków przeciwczołgowych o nazwie: „Piat”. Jasne, że to się nam przyda, więc mając pod ręką te opisy przystąpiliśmy natychmiast do zmontowania takiej wyrzutni, co się nam po niedługim czasie udało zrobić, przy czym stwierdziliśmy, że mamy dwa komplety „Piatów” i po kilkanaście pocisków do każdego z nich.

            Nad ranem zjawił się u nas oficer z oddziału, który specjalnie nadzorował zrzuty i polecił nam oddać jeden „Piat”, pozostawiając drugi na naszej placówce. Co się tyczy pozostałych dwóch widzianych przeze mnie spadochronów, to zostały one również podjęte w tym samym ogrodzie nieco później  przez inne oddziały powstańcze.

powrót do strony głównej

powrót

 

 

V.GNIAZDO PIATÓW - SMIERĆ WERNEGO

 

            W związku z tym, że natarcia oddziałów niemieckich stawały się coraz częstsze  i groźniejsze, współpraca naszego plutonu z plutonem AL por. „Gustawa’ oraz plutonem Czwartaków por. ”Trocha” nabrała stałego charakteru i oddziały te codziennie przybywały na naszą placówkę, aby wzmocnić obronność naszych barykad, samej Prochowni i jej zaplecza. I trzeba podkreślić, że współpraca nasza ułożyła się nadzwyczaj dobrze, stanowiliśmy jedną zwartą grupę, celem której była jedynie obrona placówki i niedopuszczenie Niemców na Starówkę od strony Wisły.

Jedynym, niewielkim zgrzytem był incydent, gdy dowództwo AL zjawiło się na naszej placówce i zażądało wydania ich oddziałowi wymontowanego przez podchor. „Orlikowskiego” ciężkiego karabinu maszynowego ze spalonego czołgu, twierdząc, że to jeden z ich żołnierzy obrzucił butelkami i unieruchomił ten czołg.

      Trudno mi było przeciwstawiać się, ponieważ w tym punkcie rzeczywiście nie mieliśmy stałej czujki, natomiast w ruchomych wypadach brali udział nasi żołnierze wspólnie z żołnierzami AL i Czwartaków, a który z nich akurat był rzeczywistym sprawcą unieruchomienia tego czołgu – moim zdaniem trudno było dokładnie ustalić. Ważne było to przynajmniej, że karabin ten i tak stale prawie znajdował się na naszej placówce i służył dla jej obrony, chociaż obsługiwany był przez żołnierzy AL.

             W międzyczasie osobowy stan mego plutonu również nieco się powiększył. Prócz dwóch podchorążych: „Orlikowskiego” i „Zawadzkiego”, o których już wspomniałem, że byli przydzieleni z D-wa Baonu już w czasie naszej akcji na Prochowni, zgłosiło się do nas jeszcze około 8 ochotników. Element oczywiście był bardzo nierówny, tak pod względem znajomości rzemiosła wojennego, jak też i oblicza moralnego.

            Na szczególne wyróżnienie zasługuje w pierwszym rzędzie podchor. „Orlikowski” z Warszawskiej Podchorążówki, który będąc synem - o ile się nie mylę - dyplomowanego pułkownika, zdaje się odziedziczył po ojcu zdolności

i specjalne zamiłowanie do wiedzy i służby wojskowej i gdyby nie tragiczna jego śmierć na barykadzie naszej placówki, mógłby może zajść daleko na polu wiedzy i pracy wojskowej. Niestety, nie mógł on jakoś dostosować się do warunków walki partyzanckiej, opierając się widocznie ma wyuczonych zasadach normalnej taktyki wojskowej i dlatego też zginął, narażając się zupełnie niepotrzebnie,  w sytuacji, gdzie każdy inny z łatwością by tego uniknął.

            Następnym z nowoprzyjętych do plutonu był tej samej miary co do odwagi   i moralności, jedynie bez specjalnego przygotowania teoretycznego - strzelec „Werny”, również tragicznie poległy przy obronie naszej placówki, o czym wspomnę nieco dalej.

            Wreszcie wymienić należy z nowo przybyłych jako bardzo wartościowych żołnierzy: podchor. „Zawadzkiego” i Francuza / który zbiegł Niemcom / - strzelca „Chambux”. Zgłosił się on do nas razem z „Wernym” i pokazał się z najlepszej strony.  Nie brakło również w tej nowej grupie mało wartościowych jednostek, do których zaliczyć należy dwóch wspaniale zbudowanych fizycznie dawnych policjantów oraz dwóch typowych łazików – obie te pary nic z siebie nie dały, natomiast prawie zawsze starały się wykręcić wszelkimi sposobami od poważniejszych i niebezpiecznych zadań służbowych.

            Z dawnego, pierwotnego składu plutonu, poza zabitym w pierwszym dniu podchor. „Sarenką”, niewątpliwie najlepszym i bardzo wartościowym pod każdym względem żołnierzem był st. sierżant „Marek”, który niestety również poległ później, po przejściu kanałami do Śródmieścia, przy ul. Wspólnej 10.

            Teraz, po otrzymaniu wyrzutni „Piat”, zabezpieczenie naszej placówki od coraz bliżej podchodzących czołgów mogło znacznie się poprawić. Toteż natychmiast wpro -wadziliśmy tę broń do naszej akcji obronnej. W tym celu ustawiliśmy „Piata” w rogu pewnej szopy, czy też przyfabrycznej wartowni – tuż zaraz przy bramie wjazdowej do fabryki od strony ul. Boleść, dobrze go maskując za krzakami rosnącymi przed tą szopą.

     Obsługę „Piata” powierzyłem strzelcowi „Wernemu” i Francuzowi „Chambux”, którzy byli dostatecznie inteligentni, by należycie obchodzić się z tym, bądź co bądź skomplikowanym, i nieznanym u nas jeszcze przyrządem oraz byli dość silni, a szczególnie strz. „Werne” do naciągania sprężyny. Dodałem jeszcze do pomocy strzelca „Wichra”, który miał być jednocześnie łącznikiem z placówką.

Niedługo czekali nasi chłopcy na wroga. Tegoż dnia w południe zbliżył się do bramy fabrycznej czołg. Niewątpliwie zostałby unieruchomiony, ale niestety brak wyszkolenia, dyscypliny wojskowej, a w pierwszym rzędzie podniecenie i napięcie nerwowe strzelca „Wichra” wszystko pokrzyżowało.

Trzeba stwierdzić, że pocisk z „Piata” działa skutecznie najwyżej na odległość 80-100 metrów i trzeba przy tym wybrać dogodną pozycję, by się nie ześlizgnął – najlepiej więc trafić w bok, a nie z przodu czołgu. „Werny” i „Chambux” dobrze o tym wiedzieli i widocznie wyczekiwali na tę odległość i dogodną pozycję, natomiast „Wicher”, bardzo skądinąd dzielny i subordynowany żołnierz, nie wytrzymał widocznie nerwowo i gdy czołg zbliżył się na odległość 60-70 metrów - dał strzał z karabinu.

               To wystarczyło. Strzał z armaty, seria z CKMu czołgu i po wszystkim. „Wernego” z odłamkiem pocisku   w piersi z trudem doprowadził do Prochowni Francuz „Chombux”, „Wicher” z odłamkiem w brzuchu został przyniesiony na noszach. Straciliśmy bardzo dzielnych żołnierzy i bardzo ważny dla nas punkt oporu. Czołg nieuszkodzony wrócił do swej bazy. Rama „Piata” ze sprężyną na szczęście ocalała i po niewielkiej naprawie mogła być używana.

 

Objaśnienie prostokątne: czołg niemiecki

 

            Rannych natychmiast trzeba było odnieść do szpitala polowego, który znajdował się w końcu ulicy Długiej. Był to jednak od nas kawał drogi, a poruszanie się wówczas po ulicach Starówki było bardzo utrudnione i niebezpieczne, ponieważ w wielu miejscach ulice znajdowały się stale pod obstrzałem karabinowym wroga, a wyrzutnie min zapalających i burzących zasypywały nas żelazem i ogniem. Poruszaliśmy się więc przeważnie piwnicami od domu do domu przez otwory wybite w murach tych piwnic.

Jednak z ciężko rannym było to niemożliwe, trzeba było więc,  ryzykując,   w wielu miejscach przechodzić ulicami. Niestety, strzelec „Wicher’ nie wytrzymał tej drogi i zmarł, zanim go doniesiono do szpitala. Natomiast „Werny”, atletycznej budowy mężczyzna w sile wieku, około 30 lat, szczęśliwie przetrzymał tę drogę. Byłem osobiście u lekarzy operatorów, prosiłem o przyspieszenie badania i ratowanie tego mężnego i ze wszech miar wartościowego żołnierza i człowieka. Zrobili wszystko, co było możliwe w tych warunkach, lecz oświadczyli mi, że jedynie siła jego organizmu może go uratować, bo odłamek znajduje się blisko serca, czy arterii sercowych, już nie pamiętam, i że absolutnie nie można dokonać w obecnych warunkach operacji. Czekaliśmy. Był cały czas przytomny, pogodny, jednak w końcu drugiego dnia skonał.

            Z całej obsługi „Piata” uratował się tylko jeden - strzelec „Chambux”  - Francuz, odnosząc tylko lekkie obrażenia.

powrót do strony głównej

 

 

powrót

 

VI. FEERYCZNY DRAMAT W POWIETRZU

 

Ponieważ tak nagle straciliśmy i to w dobrym miejscu i dobrze zamaskowane gniazdo „Piata”, trzeba było koniecznie stworzyć nową czujkę, chociażby tylko do obserwacji ruchów nieprzyjaciela, którego natarcia stale wzbierały na sile. Toteż na drugi dzień rano po tym tragicznym wypadku zabrałem dwóch żołnierzy i udałem się na teren fabryki od strony ul. Rybaki, aby ulokować w którymś z budynków nową czujkę.

            Trzeba wyjaśnić, że aczkolwiek podwórzec fabryczny był ze wszystkich stron otoczony zabudowaniami, to w jednym miejscu, od strony południowej, gdzie znajdowały się stanowiska niemieckie, właśnie z tej strony między dwoma niewysokimi budynkami była kilkumetrowa wąska przestrzeń. Niemcy tak nas pilnowali i osaczyli, gdzie tylko się dało, że i na tę wolną przestrzeń ustawili swoje punkty obstrzału z karabinów. My o tym dobrze wiedzieliśmy, ponieważ jak tylko ktoś ukazał się w tym polu widzenia, natychmiast następował obstrzał. Można było tylko czołgać się po ziemi lub szybko przeskoczyć tę przestrzeń. Ponieważ w danym wypadku prowadziłem ze sobą jednego z nowo przyjętych ochotników - strzelca „Sowę’, wytłumaczyłem mu jak tylko weszliśmy na podwórzec i byliśmy jeszcze osłonięci budynkami, że przy przebyciu tych 3-4 metrów od miejsca, gdzie staliśmy, do budynku, do którego zmierzaliśmy - należy wykonać kilka szybkich skoków, aby nie narazić się na strzał. Sam pierwszy wykonałem te skoki i stałem już przy drugim budynku obserwując nowicjusza „Sowę”. Był to dość tęgi mężczyzna lat około 32-35. Wolniutkim truchtem podążał do mnie, lecz naraz padło parę strzałów i ”Sowa” runął na ziemię. Znów ciężka sprawa. Podczołgaliśmy się do niego - ja z jednej strony, a drugi strzelec   z ich punktu wyjścia. Żył jeszcze, więc czołgając się ciągnęliśmy go po ziemi do miejsca, z którego wyszedł. Był przytomny. Nie jęczał, krwi jakoś nie było widać. Przynieśliśmy mu łyk wody. Wstał i opierając się na naszych ramionach doszedł do Prochowni / mniej więcej 40-50 metrów /, usiadł na ławce i momentalnie skonał.

            Tak niefortunnie zaczął się ten dzień, a wieczorem zdarzyła się nam naszym odcinku jeszcze większa tragedia, aczkolwiek nie dotyczyła bezpośrednio naszego plutonu. Otóż jak zwykle w godzinach wieczornych obchodziłem nasze barykady  i najbliższe otoczenie Prochowni - gdy znów – jak to było przed paru dniami - usłyszałem nad sobą cichy szum lecącego bez motorów samolotu po tej samej linii co poprzednio, tj. od strony Wisły w kierunku klasztoru na skarpie.

I w tej samej chwili cała powietrzna przestrzeń od naszej placówki aż do klasztoru kompletnie zapełniła się setkami czy nawet tysiącami świetlnych różnokolorowych pocisków z dział przeciwlotniczych. Ogarnęło nas zdumienie. Zdawało się, że pociski te lecą nie tylko zza Wisły, lecz także ze wszystkich czterech stron i zapełniają całą przestrzeń - taka była ich masa i wyglądało to niezwykle pięknie, jakby na jakimś galowym święcie wyrzucano różnokolorowe ognie sztuczne     w czerń nieba... Tymczasem rozgrywała się tuż nad naszymi głowami wielka tragedia. Trzy samoloty z zrzutami z Anglii zostały tego wieczora strącone i runęły gdzieś   w okolicy ul. Miodowej, a załogi ich zginęły. Taki był tragiczny ciąg dalszy tajemnicy oświetlania murów klasztornych.

            Ale nie było to jeszcze ostatnie wydarzenie w tym dniu, aczkolwiek była już godzina 23 w nocy. Otóż zameldowało się u mnie dwóch młodych ludzi b. lekko ubranych, legitymujących się rozkazem jednostki wojskowej, że mają przepłynąć Wisłę poniżej naszej placówki i dostać się na prawy jej brzeg. Prosili, aby im wskazać bezpieczne dojście do brzegu, aby mogli zanurzyć się i popłynąć. Na moją uwagę, że właśnie tam znajdują się baterie artylerii i dział przeciwlotniczych - oświadczyli, że wiedzą o tym i dlatego popłyną. Oczywiście poleciłem odprowadzić tych śmiałków poniżej fabryki „Quebracho” do brzegu Wisły. Popłynęli. Więcej o nich nie słyszałem - do nas nie wrócili. Zadanie ich było mi nieznane; przypuszczam, że dotyczyło ono właśnie unieszkodliwienia tych baterii na przeciwległym brzegu Wisły.

 

powrót do strony głównej

powrót

 

VII. KOZA I NIEMIEC NA PLACÓWCE

 

Z rozkazu Dowództwa Baonu - pluton nasz był przeniesiony na 2 dni na inna placówkę. Właśnie zmieniliśmy się z 3-cim plutonem, który zajmował dotąd na tej samej ulicy Rybaki stanowisko w Szkole Powszechnej przy zbiegu tejże ulicy                 i Wisłostrady, tuż w pobliżu Wytwórni Papierów Wartościowych bronionej przez inne, silne oddziały  AK.

            Sytuacyjnie obsada całego odcinka bronionego przez plutony Baonu por.   „Dzika” przedstawiała się w ten sposób, że Prochownia zajmowała pierwszą pozycję kluczową, zagradzając wrogowi drogę od strony Podzamcza i Wisłostrady - gdy zajmowana obecnie przez nasz pluton Szkoła Powszechna była końcowym punktem  i stykała się z odcinkiem zajętym przez inne oddziały powstańcze. Między tymi dwoma krańcowymi punktami znajdowała się trzecia placówka, obsadzona również przez 3 pluton naszego Baonu i mieściła się w dwóch dużych niewykończonych blokach, znanych wówczas pod nazwą „Pekin”.

Ponieważ nie znaliśmy dokładnie nowo obsadzonego terenu - zaraz na początku,

 z samego rana wyznaczyłem miejsce w ogródku przed szkołą od strony Wisłostrady na umieszczenie tam czujki obserwacyjnej  na Wisłostradę, skąd w tym okresie jedynie  mogli nas zaatakować Niemcy. Obsadę tej czujki w godzinach rannych, do południa, mieli pełnić dwaj strzelcy z grupy nowo przyjętych ochotników - już w czasie akcji na Prochownię. Byli nimi akurat ci sami „łazicy” nieskorzy do żadnej poważniejszej  i niebezpieczniejszej służby. Sądziłem jednak, że obserwowanie niewielkiego odcinka    i siedzenie cicho z karabinem w ręku nie będzie dla nich zbyt trudnym zadaniem.

                   Jak się wkrótce okazało - nie potrafili wykonać nawet i tak łatwego zadania.

 Przed samym południem obchodząc stanowiska wewnątrz budynku z przerażeniem, a raczej zdziwieniem zobaczyłem z pierwszego piętra, że tuż przed naszą placówka i to już pod linią naszej wysuniętej czujki maszeruje sobie najspokojniej umundurowany żołnierz  Wehrmachtu.

Prędko zbiegłem na parter i przez salę gimnastyczną zmierzałem ku wyjściu od strony Wisły i tuż - prawie w drzwiach natknąłem się na tego żołnierza niemieckiego.

Oczywiście na mój rozkaz podniósł ręce do góry i stał spokojnie nie okazując zdziwienia ani zakłopotania. W międzyczasie nadbiegł sierżant „Marek” z żołnierzami i dokładnie go zrewidował. Oprócz pistoletu i jakiegoś scyzoryka nic przy sobie nie miał. Po odebraniu tych przedmiotów i paska zapytałem go, co to wszystko ma znaczyć, w jakim celu on tu przyszedł? Odpowiedział, że nie mógł dłużej wytrzymać w tej ciągłej i beznadziejnej walce i postanowił dobrowolnie oddać się w ręce powstańców. Był to mężczyzna w średnim wieku, lat 34-35, zmizerowany, apatyczny  i na wygląd zrezygnowany.

            Nie pozostawało mi nic innego, jak odesłać go do dowództwa, toteż poleciłem plutonowemu „Młotowi” aby wziął dwóch strzelców i odprowadził go do przy moim raporcie do D-wa Baonu. Gdy eskortując jeńca przechodzili koło naszej placówki „P...”, według meldunku plutonowego „Młota”. Podskoczył do nich ppor. „N...” i w bardzo ostrej formie zażądał wydania mu jeńca celem rozstrzelania go, jednocześnie krytykując moje zarządzenie i tolerancję. Żołnierze mego plutonu jednak kategorycznie sprzeciwili się temu tłumacząc się, że muszą wykonać dany im rozkaz    i jeńca doprowadzili do D-wa Baonu. W międzyczasie badałem, jak to mogło się stać, że obsada czujki nie widziała i przepuściła wspomnianego jeńca niemieckiego. Czujkę znalazłem nie obsadzoną – „łazików” nie było. Zjawili się dopiero przed obiadem przynosząc skądś upieczoną kozę. Okazało się, że obserwując z czujki teren - zobaczyli gdzieś w pobliżu nie wroga, lecz uwiązaną kozę. To im wystarczyło - złapali i zabili kozę, a następnie po zdarciu  z niej skóry i wypatroszeniu - gdzieś w końcu ogródka upiekli ją częściami na rożnie. Co prawda w tym czasie głód nam często dawał się we znaki, mięsa w ogóle już dawno nie widzieliśmy, a z Baonu otrzymywaliśmy minimalne porcje skąpej i mało wartościowej żywności, a i to bardzo nieregularnie. Nie mogło to jednak usprawiedliwić postępku tych dwóch „wojaków” - ale cóż mogłem zrobić w naszych ówczesnych warunkach poza ostrą naganą i ostrzeżeniem przed frontem plutonu.

            Następnego dnia wróciliśmy na naszą stała placówkę - Prochownię, gdzie pozostawaliśmy aż do wycofania się oddziałów powstańczych ze Starówki. 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

VIII. TRAGICZNY FINAŁ ZDOBYTEGO CZOŁGU

 

W dniu 13- go sierpnia po odparciu ataków przeciwnika na Prochownię - udałem się po południu z meldunkiem do D-wa Baonu. Drogą okólną, via ul. Brzozowa, częściowo połączonymi piwnicami sąsiednich kamienic doszedłem na Stary Rynek. Ulicą Mostową już w tym czasie było bardzo niebezpiecznie chodzić, ponieważ znajdowała się ona pod obstrzałem z pozycji nieprzyjaciela. Stary Rynek już wówczas przedstawiał tragiczny obraz zgrozy i zniszczenia. Wszystkie bez wyjątku domy były mniej lub więcej zniszczone, niektóre zupełnie rujnowane, większość bez dachów,                          z podziurawionymi murami, bez okien i drzwi. Na jezdni Rynku w kilku miejscach leżały niewypały, tzw. "grube Berty " o średnicy 60 cm i przeszło 1m długości. Poza tym cały Rynek był w gruzach i pełen lejów.

            Po omówieniu z D-cą Baonu, por. "Dzikiem"  dalszego planu działania na moim odcinku, udałem się razem z D-cą Kompanii - por. „Openhajmem” i komendantką naszej grupy sanitariuszek okólnymi uliczkami w kierunku ul. Kilińskiego, gdzie był upatrzony lokal dla D-wa baonu, ponieważ obecny - na Starym Rynku - był tak zniszczony, że dalsze pozostawanie w nim było niemożliwe. Znów traf chciał, że lokal znajdował się w domu nr 3 przy ul. Kilińskiego, gdzie w czasie okupacji mieszkał mój przyjaciel - kapitan Stan. Dłużniakiewicz ( o ile sobie przypominam - pseudonimOrlicz” ), który właśnie wciągnął mnie do pracy konspiracyjnej w roku 1942. Zginął on przed wybuchem Powstania - zdaje się schwytany przez Niemców na Pradze z bibułą konspiracyjną. Mieszkanie, które było upatrzone dla D-wa, doskonale znałem    z tamtych czasów i uważałem, że poza tym, iż znajdowało się ono na ostatnim -  3-m piętrze - doskonale nadawało się co do wielkości i rozkładu do tego celu.

            Po obejrzeniu rozkładu usiedliśmy na kanapie w rogu olbrzymiego pokoju jadalnego aby się naradzić. Zaledwie zdążyliśmy usiąść, jak rozległy się na ulicy niezwykle głośne masowe okrzyki i wiwatowania. Zainteresowało to nas, więc poszliśmy do sąsiedniego pokoju frontowego i wyszliśmy na balkon. Ujrzeliśmy niezapomniany widok: nieco na ukos od nas w odległości 25-30 metrów przed barykadą przecinającą ulicę Podwale, przy zbiegu z ul. Kilińskiego stał niewielki czołg niemiecki dosłownie oblepiony naszymi rozradowanymi i wiwatującymi żołnierzami powstańczymi. Wokół niego i dalej na ul. Kilińskiego tłumy wiwatujących podnieconych ludzi cywilnych i wojskowych. Wrzawa i objawy radości nie do opisania! Postaliśmy tam parę minut - zrozumieliśmy, że ten zdobyty na Niemcach czołg czy tankietka ma być przeprowadzony przez barykadę – nad czym pracowało paru żołnierzy i cywilów – zasypując i wyrównując w jednym końcu głęboki rów przed barykadą.

            Coś mnie jednak nieprzyjemnie tknęło - przypomniały mi się podobne obrazki     z innych czasów i okoliczności - i zaproponowałem, abyśmy wrócili do pokoju: wziąłem pod rękę moją sąsiadkę i wszyscy troje opuściliśmy balkon. Ledwie usiedliśmy na tej samej kanapie w jadalnym pokoju i mieliśmy otworzyć butelkę wina - gdy nagle rozległ się straszliwy huk, w pokoju pociemniało, na lewo od nas z pokoju frontowego, w którym byliśmy przed chwilą, wyleciały z futryną drzwi, górna pokrywa fortepianu stojącego w przeciwległym rogu przy oknie podniosła się i z hukiem opadła: w ogóle naokoło w tych paru chwilach działo się coś niesamowitego i niezrozumiałego - wszystko się trzęsło, sypało, leciało.

Siedzieliśmy w rogu jak skamieniali - nie wyrzekliśmy jednego słowa. W tych ułamkach sekund usilnie pracował mózg, tłoczyły się pytania: co się stało? Nie było przecież nalotu Luftwaffe, nie słyszeliśmy ani gwizdu lecących bomb czy pocisków, czy wreszcie naciąganych wyrzutni min, do rozpoznania których byliśmy doskonale wprawieni. Ale to nasze osłupienie szybko zostało przerwane. Z sąsiednich dwóch pokoi frontowych usłyszeliśmy rozpaczliwe krzyki i wołania o ratunek - znajdujących się tam rannych sanitariuszek. Prędko tam pobiegliśmy i ujrzeliśmy - najpierw jedną sanitariuszkę, która stała z wyciągniętymi przed siebie rękami, a twarz jej przedstawiała jedną krwawą maskę – jak się później okazało - twarz ta była pełna odłamków szkła z wybitych podmuchem powietrza szyb okiennych. Drugie dwie poważnie poranione odłamkami cegieł i żelaza leżały na podłodze w drugim pokoju jęcząc i wijąc się z bólu.

            Trzeba było natychmiast znieść je na dół, aby opatrzyć ich rany w znajdującym się na szczęście prawie tuż naprzeciwko szpitalu - w końcu ul. Długiej.

Podczas gdy będąca z nami ich przełożona udzielała im pierwszej, jakiej mogła pomocy - pobiegłem do drzwi wejściowych, aby sprowadzić kogoś do pomocy  i zniesienia rannych na dół. Niestety, frontowa klatka schodowa była tak zniszczona  i zatarasowana  wyłamanymi drzwiami, futrynami i gruzem, że nie mogłem tam przejść. Prędko więc skierowałem się do kuchni i ta drugą klatką schodową zbiegłem na dół i na ulicę.

            Tu dopiero zobaczyłem mrożące krew w żyłach piekielne skutki wybuchu tego czołgu, który jeszcze przed paru minutami widzieliśmy przed barykadą. Ten podstęp niemiecki przypłacili życiem dosłownie wszyscy znajdujący się na otwartej przestrzeni w obrębie paruset metrów kwadratowych wokół czołgu, a poza tym masa ludzi mieszkających w okolicznych domach odniosła większe lub mniejsze rany. Sam placyk przy zbiegu ulic Podwale i Kilińskiego oraz frontony otaczających go domów wyglądały bez przesady - makabrycznie. Nie widziałem tam trupów - całych ciał ludzkich, nie słyszałem ani jednego jęku- natomiast wszędzie pełno było ludzkich szczątków na jezdni, na parapetach okiennych, balkonach, gzymsach dachów, nawet na przewodach elektrycznych - wszędzie leżały i zwisały strzępy ludzkich ciał i poszarpanych wnętrzności. Tu noga, tam  nów ręka, dłoń czy palce, a najczęściej jakieś nie do rozpoznania strzępy mięsa i wnętrzności. Wszystko to bez śladów jakiegokolwiek ubrania, które widocznie siłą podmuchu zdarte zostało z ciał ludzkich i w drobnych strzępach rozrzucone po okolicy.

        W jednym miejscu z wielkim zdziwieniem zobaczyłem górną połowę korpusu kobiety mniej więcej od pasa w górę, która zupełnie naga z głową o rozpuszczonych blond włosach stała oparta o mur jednego nieco dalej stojącego domu. Zgrozę i wprost piekielny ten obraz dopełniały jeszcze lamenty i łzy ludzi, którzy szukali wśród tych ludzkich strzępów - czegoś, po czym mogliby poznać swoich bliskich, którzy tu zostali rozszarpani oraz przeraźliwy swąd, widocznie od spalonych ciał ludzkich.

            Takie były makabryczne skutki podstępu wroga, który udając zaskoczenie oddał w  ręce powstańców czołg, w którym znajdował się widocznie ogromny ładunek materiału wybuchowego z nastawionym mechanizmem zegarowym. Trudno mi określić dokładnie, ilu powstańców i ludności cywilnej straciło w ciągu tych paru sekund życie, lecz z tego co widziałem na 1-2 minuty przed wybuchem z balkonu domu przy ul. Kilińskiego 3 - można wnioskować, że było tam około 200-250 osób, a przecież nikt z nich nie został przy życiu. Gdybyśmy pozostali te parę minut dłużej na balkonie - spotkałby nas troje taki sam los.

powrót do strony głównej

 

powrót

 

IX. TAJEMNICZY STRZAŁ

 

 Z początkiem trzeciej dekady sierpnia akcje ofensywne Niemców i zaciśnięcie ze wszystkich stron pierścienia otaczającego stanowiska powstańców na Starówce przybrały  tak na sile, że stwarzało to poważna groźbę dla dalszego utrzymania naszych stanowisk.

            W tym właśnie okresie został przydzielony przez D-wo Baonu do mego plutonu młody podporucznik, którego nazwiska ani pseudonimu niestety sobie nie przypominam, a to skutkiem tego, że wydarzenia na naszym odcinku rozwijały się z taką szybkością, iż nie miałem czasu bliżej się z nim zapoznać. Ponieważ ppor. ten przybył razem z niewiastą - oddałem im do dyspozycji mały pokoik na parterze   z oknem wychodzącym na podwórko. Niedługo po tym zostałem zaproszony do nich, gdzie ku memu zdumieniu zastałem ppor. „N...” z sąsiedniego odcinka oraz dwóch młodych jego współtowarzyszy.

Ze mną przybył mój podchorąży „Zawadzki”. Zaraz na wstępie po przywitaniu się zostałem poczęstowany kieliszkiem wódki. Równocześnie jeden z towarzyszących ppor. „N...” młodych ludzi zwrócił się do mnie z prośbą o pozwolenie wypróbowania zdobytego pistoletu. Muszę obecnie przyznać, że dość nieoględnie zezwoliłem mu na to, zastrzegając, aby oddał najwyżej dwa strzały na podwórku

z zachowaniem niezbędnych ostrożności. Ponieważ się spieszyłem, nawet nie siadałem i rozmawiałem z nimi stojąc opodal okna, a tuż przy mnie stał podchorąży „Zawadzki”.

            Nagle padł ostry strzał i poczułem gwizd kuli przelatującej tuż poniżej mojej twarzy. Równocześnie poch. „Zawadzki” zwalił się na podłogę. Byłem tym tak zaskoczony, że w pierwszej chwili odruchowo wyrwałem pistolet drugiemu ze współtowarzyszy „Napoleona” i powąchałem jego lufę czy nie czuć zapachu po świeżym wystrzale. Charakterystycznego zapachu nie stwierdziłem. Z czego wynikało niezbicie, że strzał padł z zewnątrz przez otwarte okno z podwórza. Skoczywszy do „Zawadzkiego” stwierdziłem, że został trafiony kulą w podudzie.

   Z tego wynikało, że kula szła pod kątem przynajmniej 40 stopni, a strzał musiał być oddany z dachu szopy znajdującej się naprzeciwko okna w końcu podwórza. Pierwszą moją czynnością było zajęcie się rannym i podczas prowizorycznego bandażowania stwierdziłem, że kula nie wyszła, z czego wynikało, że strzał był oddany z dalszej odległości. To również potwierdzało moje przypuszczenie, że strzelano z dachu wspomnianej szopy, a więc z odległości około 40-50 metrów.

            Rannego „Zawadzkiego” zabraliśmy z tego pokoju i natychmiast został on przeniesiony do budynku klasztornego,  gdzie znajdował się pomocniczy punkt opatrunkowy i leżeli lżej ranni. Kiedy wróciłem na placówkę, nikogo z obcych przybyszów już nie było. Szybkość rozwijających się wydarzeń nie pozwoliła mi bliżej zająć się wyjaśnieniem tej przykrej sprawy, tym niemniej zdaje się nie ulegać najmniejszej wątpliwości, że kula ta przeznaczona była dla mnie, a wystrzelona została przez owego młodzieńca, który prosił mnie o wypróbowanie swego pistoletu. Właściwym zaś organizatorem całej tej brzydkiej akcji był „ktoś”, kto chciał się zemścić za nie wydanie mu jeńca - Niemca na rozstrzelanie.

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

X. ZWIASTUNY WYZWOLENIA

 

            Nareszcie! Chwała Bogu!- doczekaliśmy się - takie mniej więcej wypowiedzi słyszało się tego przedpołudnia na naszych barykadach. Widzieliśmy bowiem wysoko, wysoko ogromną ilość opadających nad Warszawą spadochronów. Nareszcie więc nadchodziła pomoc w postaci większej ilości zrzutów z bronią i amunicją, których powstańcom tak brakowało.

Ale był jeszcze i drugi, bodaj ważniejszy powód do radosnego nastroju i optymizmu. Otóż prawie równocześnie usłyszeliśmy dalekie, od północnego wschodu dochodzące, początkowo pojedyncze - strzały armatnie, a niedługo po tym prawdziwą, aczkolwiek jeszcze daleką kanonadę. Wiedzieliśmy, że to wojska radzieckie zbliżają się do Warszawy i nie wątpiliśmy, że nadchodzą ostatnie dni niemieckiego panowania, że Wyzwolenie jest tuż przed nami.

            Jak wyżej wspomniałem, sytuacja na Starówce stawała się wówczas z godziny na godzinę groźniejsza. Dosłownie prawie bez przerwy zasypywani byliśmy pociskami z dział wszelkiego rodzaju zarówno z ziemi, jak i z powietrza, a pierścień otaczający Starówkę stale się zacieśniał.

Nic więc dziwnego, że w tym momencie we wszystkich wstąpiła otucha - nowa dawka zapału do nierównej i morderczej walki - byle tylko wytrwać do końca na swych powstańczych posterunkach.

            Niestety - to wszystko nie poszło tak pomyślnie i gładko, jak przypuszczaliśmy. Jeżeli chodzi o zrzuty - to jak dowiedzieliśmy się - większość  z nich trafiła w ręce niemieckie, a wojska radzieckie jakoś nie nadchodziły.

Tak więc znów pozostaliśmy w tych samych ciężkich warunkach, w których byliśmy dotąd, a wróg z jeszcze większą energią nacierał na nasze placówki obronne   i dziesiątkował szeregi powstańcze. powrót do strony głównej

 

 

 

powrót

 

XI. NIEMCY NA PROCHOWNI

 

            Dzień 23 sierpnia śmiało można nazwać sądnym dniem Prochowni i jej obrońców. Zaczęło się prawie tak samo jak co dzień, lecz nieco wcześniej, bo już od godziny 5 rano rozpoczęło się bombardowanie placówki, kolejno przez samoloty oraz czołgi i wyrzutnie min, tzw. „krowy” względnie „szafy”. I tak z króciutkimi  przerwami w kółko. Na długo przed południem zauważyliśmy wzmożony ruch oddziałów piechoty od Podzamcza i większą niż zwykle ilość czołgów. Jasne było, że przygotowuje się jakaś na większą skalę zakrojona akcja, toteż nie zwlekając zawiadomiliśmy współpracujące z nami plutony AL i Czwartaków, że sytuacja zapowiada się groźnie i prosimy o przybycie nam z pomocą. Niedługo po tym pluton AL por. „Gustawa” i pluton Czwartaków  ppor. ”Trocha” były już na naszej placówce.

            Przewidywania nasze okazały się jak najbardziej słuszne. Ledwie zdążyliśmy ustalić plan działania, gdy czołgi rozpoczęły natarcie od strony Wisłostrady, ostrzeliwując naszą placówkę ze swoich dział - na ukos od ul. Boleść, a za nimi posuwały się grupki piechoty. Równocześnie otrzymaliśmy meldunek z nieco wysuniętej czujki - znajdującej się w jednym z domów przy ul. Bugaj, że oddziały niemieckie i z tej strony posuwają się - kryjąc się za domami tej ulicy w kierunku naszej barykady przecinającej ul. Bugaj. Wyglądało więc na to, że mieliśmy być wzięci jakby w kleszcze z dwu stron, tj. od ul. Boleść i od ul. Bugaj równocześnie. Obie nasze barykady już od samego rana znajdowały się oczywiście w pełnej gotowości bojowej, a obecnie obsada ich została poważnie wzmocniona zarówno liczebnie, jak też przez umieszczenie na nich karabinu maszynowego z plutonu AL.

            Ale ja wiedziałem, że to jeszcze nie wystarcza. Z codziennych obserwacji przebiegu natarć wroga i możliwości obronnych naszej placówki wiedziałem, że sforsowanie obu naszych barykad nie jest łatwe dla wroga i musi pociągnąć większe straty. Natomiast słabszym naszym punktem może okazać się nasze zaplecze od strony wschodniej, gdzie wróg się może przedostać niepostrzeżenie z terenu fabryki „Quebracho” i gdzie nie posiadamy dostatecznego zabezpieczenia ani żadnego wysuniętego punktu obronnego. Przypuszczałem, że główne natarcie piechoty nastąpi właśnie z tej strony i wtedy bylibyśmy osaczeni z trzech stron.

            Jak już wspomniałem, budynek Prochowni ma kształt odwróconej litery „L”, przy czym fronton głównego budynku wychodzi na ul. Rybaki i stanowi dolną podstawę tej litery, a wydłużona jej linia górna tworzy węższe skrzydło budynku głównego, leżące wzdłuż ul. Boleść. W tym prostokącie między budynkiem głównym, a jego bocznym skrzydłem mieściło się podwórko z obu stron otoczone zabudowaniami lub częściowo murem fabryki „Quebracho”. I tu właśnie - od węższej strony podwórka przylegającej do zabudowań fabrycznych wychodzących w stronę Wisły - moim zdaniem był najsłabszy nasz punkt.

            Wróg po dokładnym i systematycznym zniszczeniu głównego budynku fabryki     ( stojącego przy Wisłostradzie ), doskonale wiedział, że nie ma tam żadnej obronnej placówki, że tam mu nic nie grozi i na pewno zechce wykorzystać tę drogę do wdarcia się na Prochownię od tyłu.

            Toteż powierzywszy obronę barykad podchorążemu „Orlikowskiemu” ze st. sierż. „Markiem” , wspólnie z por. A.L. „Gustawem” - sam natychmiast zabrałem się do zorganizowania obrony na tym, moim zdaniem niebezpiecznym odcinku.

 W tym celu ustawiłem jeden CKM z obsługą na podeście półpiętra klatki schodowej - odpowiednio go osłaniając czym się dało od strony okna wychodzącego na podwórko. W ten sposób całe, zresztą niewielkie podwórko znajdowało się  w całkowitym zasięgu i władaniu tej broni maszynowej i strzelec nawet średniej miary mógł przez dłuższy czas bronić dostępu z tej strony. Poza tym do pomocy tej zasadniczej obrony ustawiłem wyżej, tzn. na podeście 1-go piętra tuż nad  CKM-mem dwóch lepszych strzelców z karabinami i dwóch z granatami.

            W oknie parterowego pokoju wychodzącego na podwórko również było dwóch strzelców z karabinami.

            Dochodziło już południe i strzelanina szczególnie wzdłuż ul. Boleść, stale wzbierała na sile. Nieosłonięta część skrzydła bocznego Prochowni, która już przed tym w paru miejscach była podziurawiona przez czołgi - obecnie była mocno ostrzeliwana i powstawały w niej nowe duże wyrwy. Natomiast obie barykady były prawie zupełnie nie uszkodzone, a załoga ich dzielnie stawiała opór nie dopuszczając nieprzyjaciela na bliższy dystans i uniemożliwiała wdarcie się wroga na Prochownię od strony ul. Boleść.

            Od strony ul. Bugaj natarcia większego właściwie jeszcze nie było, tylko sporadyczne wypady i strzały dawały znać, że i z tej strony nieprzyjaciel jest blisko. Po raz pierwszy nieprzyjaciel wprowadził do akcji granatniki, które stale dawały znać  o sobie pękającymi granatami, raniąc paru naszych żołnierzy.

            W międzyczasie, zaalarmowany widać tak silną strzelaniną - przybył nam  z pomocą również silny półpluton  „Wigrów”, który już nieraz pomagał nam   w trudnych sytuacjach. Zyskaliśmy przez to jeszcze jeden karabin maszynowy i kilkanaście karabinów, a przede wszystkim bardzo dzielnych i miłych towarzyszy broni.

            Taki stan trwał jeszcze przez parę godzin – ogień z obu stron nie ustawał, z tym oczywiście, że od strony nieprzyjaciela był znacznie silniejszy i skuteczniejszy, bo   w akcji brały udział również czołgi.

            Budynek Prochowni, a raczej jego boczne skrzydło, dalej ulegał zniszczeniu, ale wąska uliczka i znacznie wyżej znajdująca się nad atakującym nieprzyjacielem barykada - dawały nam pewną przewagę i widocznie onieśmielały nacierających piechurów, którzy stale musieli być pod obstrzałem z naszej barykady - nie mając żadnej osłony na ostro spadającej pod barykadą uliczce. Czołgi stojące niżej - w odległości około 200 metrów od barykady - na ukos - jakoś nie odważyły się jeszcze wjechać w samą uliczkę. Ja jednak osobiście ciągle z obawą oczekiwałem natarcia z innej strony i przeważnie przebywałem na odcinku podwórka  i klatki schodowej - bacznie obserwując, co się tam dzieje.

            I stało się. Gdzieś około godziny 16-17-tej, stojąc przy CKM-ie na półpiętrze klatki schodowej wraz z załogą - ujrzeliśmy, jak  z za rogu bocznego skrzydła Prochowni wysuwa się w stronę podwórka bardzo, bardzo powoli jakaś ciemna osłona, coś w rodzaju wyjętego z zawiasów dużego skrzydła bramy.

Stoimy przyczajeni - zabroniłem oddania strzału bez mego rozkazu. Zasłona wysuwa się dalej. Jest już jakieś półtora metra w stronę podwórka. Widzimy pod nią jakby cienie stóp. Opuszczam rękę. Jedna i druga seria z CKMu i zasłona momentalnie zostaje cofnięta. Ale jeden Niemiec leży na ziemi. Zaraz jednak zostaje wciągnięty za róg domu.

            Nie strzelamy. Czekamy - co będzie dalej? Jasne jest, że Niemcy weszli od strony fabryki i teraz próbują wedrzeć się i osaczyć nas od strony podwórka, bo   z drugiej strony skrzydła naszego budynku, tj. od strony ul. Boleść nie puszczają ich nasi chłopcy z barykady. Za parę minut powtarza się ta sama historia z osłoną i z tym samym skutkiem. Jednak wyjść bez osłony i rzucić się do natarcia na nas - jakoś nie mają odwagi. Aż raptem słyszymy jakiś szum, syczenie i nagle całe nasze podwórko tonie w kłębach dymu. Robi się zupełnie ciemno. Widać zastosowali dymne świece, by pod ich osłoną wedrzeć się do nas. Ale nie zdążą!             Rozkaz- „Ognia!”- bez przerwy, wprost na posadzkę podwórka i z CKMu i z wszystkich 4 karabinów. Gdy rozwiała się dymna zasłona- żywych Niemców na podwórku nie było - natomiast paru wiło się    i czołgało do rogu budynku, a paru leżało bez ruchu. Czekamy dłuższą chwilę - robi się już zmrok, ciemnieje. I nagle z okien piwnicznych tegoż bocznego skrzydła ( zza którego wysuwała się na początku ich drewniana „tarcza” ) - lecą w naszą stronę granaty ręczne i znów świece dymne.

            Oczywiście trafić w okna piwnicznego budynku stojącego do nas pod kątem prostym jest prawie niemożliwe, ale strzelamy bez przerwy, aby uniemożliwić im wydostanie się z okien piwnicy i wdarcie się do naszych drzwi wejściowych.         Początkowo przeraziłem się widząc Niemców w piwnicy naszej „twierdzy”, ale prędko ochłonąłem. Trzeba wiedzieć, że piwnice tego skrzydła nie miały połączenia       z piwnicami budynku głównego. Przypisać to należy temu, że prawdopodobnie w czasach średniowiecznych, gdy Prochownia była wybudowana, istniał tylko jeden korpus główny, który wychodzi frontem na ul. Rybaki, a to skrzydło zostało dopiero znacznie później dobudowane.

            Niemcy jeszcze kilka razy wrzucili z okien piwnicy granaty ręczne, które jednak nie mogły wyrządzić nam żadnej krzywdy. Mrok już zapadał na dobre. Paru naszych chłopców chyłkiem prześlizgnęło się przez drzwi wejściowe na podwórko i czając się, przylepieni po prostu do muru budynku, w piwnicach którego byli Niemcy - wrzucili kilka granatów przez okna do piwnicy. Odpowiedzi nie było. Żaden posterunek z klatki schodowej nie został zdjęty do późnego wieczora. Wreszcie zaryzykowaliśmy wyjście na podwórko z granatami w ręku. Niemców nie było już nigdzie. Tak skończył się ich krótki pobyt na podwórku naszej Prochowni.

            A na barykadach? Jednak czołg niemiecki, ustawiwszy się na wprost ul. Boleść, trafił paru pociskami w barykadę górną i poważnie zranił odłamkami kilku jej obrońców - zarówno z mego plutonu, jak też plutonu Czwartaków ppor. „Trocha”.

            Ściemniało się już zupełnie. Strzelanina ustała. Niemcy się wycofali. Prochownia broniła nadal dostępu na Starówkę od strony Wisły. Pozmienialiśmy warty w budynkach i od strony podwórka, a wspomagające plutony wróciły na swoje placówki. Było zupełnie ciemno. Wokół panowała rzadko w naszych warunkach spotykana złowroga cisza. Przemęczone załoga odpoczywała i posilała się, czym mogła.

            W pewnym momencie - gdy stałem tuż przed głównym frontem Prochowni - od strony ul. Rybaki usłyszałem gwizd i poczułem na lewym policzku tak silne uderzenie - jakby deską. Zwaliłem się jak długi na ziemię i pierwszy raz mi się to zdarzyło - krzyknąłem. Natychmiast jednak wstałem, dotknąłem ręką twarzy była lepka - tak samo ubranie na piersi.

Było ciemno, więc nic nie widziałem i zdziwiłem się, skąd może być tyle krwi - czułem tę ciepła lepką ciecz wszędzie na sobie. Zaraz nadbiegły do mnie sanitariuszki, zaprowadziły do budynku i tam przy świecy wyjęły mi z policzka kawałek żelaza  i obandażowały  głowę - ale tak, że oczy i usta miałem wolne. Oczywiście był to odłamek pocisku granatnika, którym poczęstowali mnie Niemcy na dobranoc. Wielkiego bólu nie odczuwałem i mogłem nadal pełnić swą służbę.

            Zaraz niedługo po tym do Prochowni zeszli się wyżsi dowódcy części odcinka wschodniego, zarówno z AK jak i AL. Przy świetle ogarka świeczki w małym, nie zrujnowanym jeszcze pokoiku odbywała się narada nad dalszym planem działania na tym odcinku. Brali w niej udział: dowódca naszego Baonu por. „Dzik”, jego zastępca, por. „Leliwa” oraz dwóch nieznanych mi z nazwiska oficerów w randze kapitana

i porucznika - prawdopodobnie ze zgrupowania kapitana „Trzaski” oraz gł. Dowódca Oddziałów AL na Starówce – jeśli się nie mylę - kpt. „Szwed”.

            Po wstępnych wyjaśnieniach sytuacji forsowany był projekt natychmiastowego przeciwnatarcia, aby opanować tzw. Czerwony Dom / Dom Polaków Za Granicą / - gdzie znajdował się główny punkt wypadowy oddziałów niemieckich na tym odcinku. Jednak po dokładnym zapoznaniu się przez dowództwo z danymi o rozlokowaniu wokół tego domu stanowiskami nieprzyjaciela, a w szczególności ze względu na szeroką otwartą przestrzeń przed tym domem, z której jedynie moglibyśmy przeprowadzić natarcie nie mając żadnej osłony – plan ten został zaniechany.

 powrót do strony głównej

 

 

powrót

 

XII. POCZĄTEK KOŃCA

 

            Aczkolwiek wytrzymaliśmy w ciągu całego dnia 23 sierpnia największe ze wszystkich dotychczasowych natarcie wroga - odrzuciliśmy oddziały piechoty nawet     z terenu podwórka naszej Prochowni - to jednak sytuacja nasza znacznie się pogorszyła.

            Przede wszystkim całkowicie utraciliśmy kontrolę nad przylegającymi do naszej placówki głównymi  zabudowaniami  ( a raczej szkieletami tych zabudowań ) fabryki Quebracho, które wychodziły frontem na Wisłostradę, a bocznym skrzydłem na ul. Boleść. Jedynie zabudowania gospodarcze wychodzące na ul. Rybaki były jeszcze pod naszą kontrolą. Taka sytuacja znacznie pogorszyła możliwości naszej obrony i każdej chwili groziło niebezpieczeństwo wdarcia się wroga   z tego niekontrolowanego przez nas odcinka fabryki – czyli z odległości zaledwie kilkunastu metrów.

            Poza tym liczebny stan plutonu poważnie się zmniejszył na skutek utraty   w zabitych i rannych     ( od 8 sierpnia: 5 zabitych i 8 rannych ), a pozostała garstka była przemęczona i znacznie utraciła początkowy zapał i bojowość. Wśród poległych znajdowało się większość właśnie najdzielniejszych żołnierzy: podchor. „Orlikowski”, podchor. „Sarenka”, strzelcy: „Werny”, „Wicher” oraz „Sowa”. Pozostało przy życiu jeszcze kilku bardzo dzielnych żołnierzy, jak st. sierżant „Marek”, ranny podchor. „Zawadzki”  ( w szpitalu ), strzelcy: „Niewiadomski”, „Michalski”, „Sęp”, „Młot” i jeszcze może paru innych – natomiast reszta w ilości 15 już nie przedstawiała większej wartości bojowej, bądź z powodu przemęczenia, bądź z powodu załamania się psychicznego i determinacji   ( wśród nich znajdowało się 4 - ch wspomnianych już poprzednio „łazików” ).

            Tymczasem ofensywa niszczycielska nieprzyjaciela doszła do niebywałych rozmiarów. Nad całą Starówką, a raczej jej częścią, znajdującą się jeszcze  w rękach powstańców, krążyły od świtu do późnego wieczora samoloty wroga, burząc i zapalając resztę stojących jeszcze domów oraz szpitale i kościoły. Pociski z ciężkich haubic,  z wyrzutni rakiet burzących i zapalających, akcje „Goliatów” i innych czołgów dopełniały miarę grozy i zniszczenia. Ludzie przemykali między domami jak obłąkani. Nieraz widziało się biegnące żywe pochodnie - byli to nieszczęśliwcy, na których płonęła odzież zbryzgana płynem zapalającym z wyrzutni rakietowych. Niewielu z nich zdołano uratować - szpitale były przepełnione poparzonymi. Mnie osobiście cudem udało się uniknąć takiego losu dosłownie w ostatniej chwili, schroniłem się przed rozpryskiem pocisku za wystający narożnik jakiegoś domu przy ul. Freta.

            W tych warunkach trzymaliśmy się jeszcze resztką sił na swojej placówce, ale wydarzenia w dniach 26 i 27 sierpnia przesądziły dalsze możliwości obrony Prochowni. W tych bowiem dniach nieprzyjaciel przypuścił generalny szturm na pozostałe powstańcze główne punkty obronne. W dniu 27 sierpnia padła reduta w Państw. Wytw. Papierów Wartościowych przy ul. Zakroczymskiej, a przed tym jeszcze szkoła znajdująca się w pobliżu - w końcu ul. Rybaki. W ten sposób ul. Rybaki została otwarta dla wroga od strony północnej, a nasza Prochownia znalazła się niżej nowo zdobytej przez Niemców reduty P.W.Pap.Wartościowych. Również i od strony południowej sytuacja przedstawiała się nie mniej groźnie, ponieważ leżąca wyżej od naszej placówki – ul. Brzozowa była prawie całkowicie w rękach nieprzyjaciela. Dzięki temu Prochownia znalazła się jakby na dnie worka i jedynym wolnym kierunkiem było wyjście w stronę ul. Mostowej i na Nowe Miasto.

            W związku z tym, z rozkazu D-wa Baonu musieliśmy opuścić Prochownię - pozostawiając jedynie kilkuosobowe czujki przy zbiegu ulic Rybaki i Mostowej oraz nieco wyżej, mniej więcej w połowie tejże ul. Mostowej. Z dniem 28 sierpnia 1944 r. Prochownia przestała być bastionem obronnym Starówki od strony Wisły - jak i wiele innych podobnych jej placówek. Zadanie to skutecznie spełniała bez przerwy od dnia 8 sierpnia, tj. w ciągu pełnych 20 dni.

            Pisząc tu o obronie Prochowni, nie wolno pominąć milczeniem zachowania się ludności cywilnej tego odcinka podczas stałych, nękających akcji przeciwnika w postaci ciągłego bombardowania z powietrza i ziemi oraz jego bezpośrednich ataków na naszą placówkę, a z drugiej strony trudności i niewygód wynikających z naszych akcji obronnych. Jak wiadomo, dzielnica ta była zamieszkała  w ogromnej większości przez ludność ubogą, przeważnie pracowników fizycznych z fabryk, warsztatów, przedsiębiorstw usługowych lub wręcz niewykwalifikowanych fizycznych wyrobników, częściowo też przez drobnych rzemieślników warsztatowych lub drobnych handlarzy. Wszyscy oni w tym okresie bez wyjątku byli oczywiście bez pracy i nie posiadali prawie żadnych środków materialnych, a więc znajdowali się w niesamowitej nędzy  i strasznych warunkach życiowych. Gnieździli się -  z bardzo nielicznymi wyjątkami - w piwnicach starych domów masowo, całymi rodzinami w nie do opisania antysanitarnych warunkach, żywiąc się byle czym, aby tylko nie umrzeć z głodu.

            My w czasie naszych akcji stale musieliśmy przedzierać się przez połączone piwnice sąsiadujących domów, nie zważając na porę dnia i nocy. Piwnice te były tak zatłoczone ludźmi i ich ubogim sprzętem domowym, jak sienniki, materace, poduszki, naczynia kuchenne itp., że im samym brakowało miejsca i często ci ludzie siedzieli pokotem na rozłożonych na posadzce betach, a chorzy jęczeli  i płakały dzieci.

I tu naraz kilku z nas w pośpiechu, z bronią w ręku przedziera się przez tę ciżbę ludzką i dalej do następnej piwnicy, by dostać się na czas na wyznaczone miejsce.

            Patrzyli na nas, a ich wymęczone pytające oczy zdawały się błagać o odpowiedź: czy wytrzymamy? Co dalej z nami będzie? Czy nie zostawimy ich na pastwę hitlerowców?

            Usuwali się z drogi robiąc nam przejście – niekiedy nawet pomagali nam  w miarę swych sił i możliwości. Ale nigdy nie spotkałem się z ich strony z najmniejsza przeszkodą lub niechęcią do nas - a byli oni w znacznie gorszej sytuacji niż my. Toteż należą się im słowa uznania, podziwu i współczucia.

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

XIII. ZAGŁADA

 

            Trudno znaleźć odpowiednie określenie, które by odzwierciedlało to, co się działo w ostatnich         4 - ch dniach sierpnia 1944r.  na krwawiącej i dogorywającej Starówce.

            Nieprzyjacielskie niszczące akcje ze wszelkiego rodzaju broni trwały bez przerwy od rana do późnego wieczora. Piechota nieprzyjacielska, wzmocniona znacznie przez wprowadzenie do akcji oddziałów SS-manów, Grenadierów i Wehrmachtu przeprowadzała pod osłoną ognia z dział czołgowych i wozów pancernych ataki na resztę placówek powstańczych równocześnie z kilku stron. Waliły się ostatnie domy, padały główne punkty oporu. Żołnierze - powstańcy - walczyli ostatkiem sił z jakąś nadludzką wytrzymałością i samozaparciem. Ludność, wyczerpana do ostatnich granic - zdziesiątkowana, schorzała i głodna  - zaczynała się burzyć i domagać zaprzestania walki. Dowództwo Naczelne Starówki dokonywało wszelkiego rodzaju akcji zabezpieczających. Przerzucając zdolne jeszcze do walki oddziały z miejsca na miejsce - wzmacniając najbardziej zagrożone odcinki, aby utrzymać i tak już zwężony do minimum skrawek terenu znajdujący się jeszcze w rękach powstańców. Poszczególne oddziały i ich dowódcy dokonywali niewiarygodnych czynów - nie tylko utrzymując się na gruzach rozbitych placówek - lecz również odbierając wrogowi w szaleńczych kontratakach zajęte przezeń ważniejsze punkty obrony i wypierając go poza obręb terenu powstańczego.

             Do największych akcji tego rodzaju należą niewątpliwie: dwukrotne odbicie zajętego przez wroga Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29, tzw. „Reduty Matki Boskiej”  i całkowite wyparcie go poza obręb tej ulicy, utrzymanie ciągle atakowanych barykad na  ul. Miodowej, wielokrotne kontrataki w okolicy katedry św. Jana i utrzymanie placówek zabezpieczających Stary Rynek od strony ul. Świętojańskiej, Jezuickiej          i Kapucyńskiej, utrzymanie placu Krasińskich i części ogrodu Krasińskich od strony ul. Barokowej, przez którą Niemcy już raz się wdarli na ul. Długą – wreszcie utrzymanie Nowego Miasta, kościoła  św. Jacka, klasztoru ss. Sakramentek i odbitego kościoła N.M.Panny.

            Niestety, nie zważając na wszystkie te heroiczne wysiłki i poświęcenia , jasne już było, że zdziesiątkowane szeregi wyczerpanych do ostatecznych granic żołnierzy powstańczych nie posiadających do tego dostatecznych ilości broni,  jak i odpowiednich jej rodzajów – nie będą w stanie bronić dłużej zajmowanego terenu i Starówka będzie musiała skapitulować.

            W związku z tym Dowództwo Naczelne zarządziło przebicie się oddziałów ze Starówki przez ul. Hipoteczną i Bielańską do Śródmieścia Warszawy.

            Po zabezpieczeniu pasa przejścia przez oddziały szturmowe - również ranni        i ludność cywilna mieli być przeprowadzeni tą drogą - pod osłoną oddziałów odwodowych. Wykonanie tej operacji miało być przeprowadzone w nocy z dnia 30 sierpnia - niestety, przedsięwzięcie to nie udało się i większość oddziałów, a w tej liczbie i nasz pluton - z większymi lub mniejszymi stratami powróciła rankiem 31 sierpnia na swe dawne stanowiska.

            W międzyczasie - to znaczy od dnia 28 sierpnia - resztki naszego plutonu w sile około 20 żołnierzy zajmowały czujki o charakterze placówek zabezpieczających  po kilku żołnierzy w każdej: przy ul. Rybaki i w środku ul. Mostowej. Ponieważ w tych ostatnich dniach wydarzenia i sytuacja na poszczególnych odcinkach zmieniały się   z niebywałą szybkością - meldunki z tych czujek były b. częste i nieraz wręcz alarmujące.

            Pewnego popołudnia szedłem z D-wa Baonu na placówkę znajdującą się  w środku ul. Mostowej. Najkrótszą i najniebezpieczniejszą drogę miałem przez ul. Freta, następnie przeszedłem przez główną nawę kościoła św. Jacka ( w którego bocznych nawach było sporo lżej rannych oraz modlących się ), a dalej, w kapitularzu przylegającym do kościoła - leżało dużo ciężej rannych . Leżał tam również postrzelony w nogę na naszej placówce podchor. „Zawadzki” z mego plutonu.

Podczas rozmowy ze mną błagał, by nie zostawiać go tutaj, lecz wziąć ze sobą w razie wymarszu kanałami. Nie mogłem mu tego obiecać, ponieważ nie wiedziałem, czy będzie można w tych warunkach przenosić rannych kanałami. Przypadkowo spotkałem w tym kapitularzu znajomą z Żoliborza, która pomagała tutaj przy rannych. Zapoznałem ją z podchor. „Zawadzkim” i poleciłem go jej opiece. Kościół św. Jacka stoi znacznie wyżej nad ul. Mostową, więc aby dojść do placówki - musiałem zejść ze skarpy między drzewami ogrodu i od tyłu, przez parkany i podwórko dostałem się do sklepionej bramy, gdzie ulokowana była nasza czujka.

            Wszyscy czterej żołnierze byli na miejscu, w dobrym i wesołym nastroju - jak na owe czasy. Okazało się, że jeden z nich zupełnie niespodziewanie spotkał się tu ze swoją żoną, z którą od początku powstania byli rozdzieleni i nic o sobie wzajemnie nie wiedzieli. Radość była ogromna i oboje niezmiernie się cieszyli. Ponieważ na czujce było wszystko w porządku, a od ostatniego meldunku nie zaszły żadne zmiany, pożegnałem się z nimi i wyszedłem tą samą drogą - przez podwórko - spiesząc na drugą placówkę przy ul. Rybaki. Zaledwie uszedłem 100 kroków - pnąc się w górę ogrodu- gdy nagle zawarczały motory i kilka kluczy samolotów zakrążyło nad terenem Nowego Miasta, a za chwilę rozległy się, jeden po drugim, wybuchy bomb tuż  w najbliższym sąsiedztwie. Ilość jak i częstotliwość tych wybuchów była wprost zastraszająca - wszystko naokoło drżało i waliło się w gruzy. Przypadłem na ziemię pod jednym z drzew ogrodu. Naokoło wznosiły się słupy dymu i kurzu. Przeraźliwie warczały motory nurkujących samolotów - wokoło rozlegały się potężne eksplozje  i straszliwy huk walących się murów.

            Trwało to dobre 15-20 minut. Gdy wreszcie samoloty odleciały i nastąpiła cisza, podniosłem się z ziemi. Ogród pełen był kurzu i wapna. Obróciłem się w stronę ul. Mostowej, skąd przed chwilą wyszedłem i osłupiałem - dom, w którym znajdowała się czujka leżał w gruzach. Prędko zbiegłem na dół - może ocalała ta sklepiona brama - jak to często bywało. Natychmiast dostałem się do bramy - wszystko było zasypane gruzami. Chwilę stałem nadsłuchując. Nic nie usłyszałem - cisza była prawdziwie grobowa.

            Tak poległo 4 - ch żołnierzy z mego plutonu wraz z ta nieszczęśliwą parą, która zaledwie pół godziny przypadkowo spotkała się ze sobą i była szczęśliwa i uradowana tą chwilą.

            Zawróciłem z powrotem i zacząłem się pośpiesznie wspinać w górę ogrodu, aby znów przez kościół św. Jacka i ul. Freta dotrzeć do Dowództwa i zameldować   o sytuacji.

            Już z daleka zobaczyłem, że górna część kościoła była zrujnowana, kapitularz natomiast stał cały. Jeszcze raz zagadnąłem podchor. „Zawadzkiego”  i zamieniłem  z nim parę słów. Wszyscy ranni leżeli jak przed tym, lecz byli ogromnie podnieceni i przerażenie malowało się na ich obliczach. Poszedłem dalej, aby przez zakrystię dostać się do głównej nawy kościoła i tu dopiero zobaczyłem skutki poprzedniego ataku - nalotu: sklepienie kościoła nie istniało, kolumny bocznych naw - częściowo lub całkowicie były rozbite - całe wnętrze kościoła zawalone było gruzami, kawałkami cegieł, drewna i żelaza - przynajmniej na 3 metry grubości. Po tych gruzach -  na wysokości mniej więcej  1 piętra przebrnąłem przez cała długość kościoła do głównego wejścia. A przecież niespełna godzinę temu szedłem tędy jeszcze po posadzce - kościół stał cały i tulił w swych murach rannych i modlących się. Wszyscy oni co do jednego zginęli pod zwałami gruzów.

             Jak się dowiedziałem później - w czasie tego nalotu został doszczętnie zrujnowany klasztor ss. Sakramentek będący w bliskim sąsiedztwie kościoła św. Jacka. Znajdujący się w podziemiach klasztornych ranni, lekarze i siostry zakonne i księża zginęli - z małymi wyjątkami.

powrót do strony głównej

 

 

 

powrót

 

XIV. KANAŁ

 

            W nocy z dnia 1 na 2 września - zgodnie z ustalonym przez Nacz. Dowództwo planem - IV Baon por. „Dzika”, wchodzący w skład zgrupowania majora  „Roga” - miał przejść kanałami do Śródmieścia. Na parę dni przed tym, w nocy z 29 na 30 sierpnia  otrzymałem polecenie od D-cy Kompanii - aby podać listę z nazwiskami żołnierzy nie posiadających broni. Na tej liście znalazło się około 10 nazwisk, a wśród nich ppor., który był przydzielony do mego plutonu jako obserwator i kronikarz - st. strzelec Michalski W., jego małżonka - łączniczka, strzelcy „Krymek” i „Cyklina” i jeszcze paru innych żołnierzy. Jak się dowiedziałem, wszyscy oni mieli odejść kanałami łącznie z takimi żołnierzami bez broni z innych oddziałów - jeszcze przed nami  w nocy 30 sierpnia, a tymczasem byli zgrupowani w jednym z rozbitych domów przy ul. Długiej tuż niedaleko włazu. Niestety, cała ta grupa - jak się później okazało - pozostała na Starówce i prawdopodobnie została wymordowana przez własowców, lub inne oddziały okupanta, które zajmowały Starówkę.

            Około godziny 1- j w nocy z 1- o na 2- i września ja i pozostali żołnierze z mego plutonu w liczbie około 10 - 12 ludzi podeszliśmy do włazu znajdującego się przy ul. Długiej między wylotem ul. Miodowej, a ulicą Barokową. Przy włazie komenderował kpt. „Bary” legitymując i odliczając ilość zgłoszonych przez poszczególne D-wa oraz odrzucając zbędne bagaże i pakunki mogące przeszkadzać i tarasować przejścia  w kanale.  Jak się później przekonałem, było to bardzo słuszne, gdyż w wąskich przejściach wszelkie zbędne pakunki nie tylko przeszkadzają niosącemu, ale utrudniają innym poruszanie się i często bywają porzucane w kanale, co nie ułatwia przejścia następnym przechodzącym grupom.

            Po ześlizgnięciu się po kilku klamrach stawaliśmy jeden za drugim w mrocznej otchłani kanału, zanurzeni powyżej kolan w na szczęście niezbyt gęstej  i cuchnącej cieczy. Trzymając się jeden drugiego, posuwaliśmy się nieco naprzód, ponieważ za nami schodzili do kanału inni. Wreszcie - gdy już wszyscy z grupy byli na dole - przewodnicy pouczyli nas o konieczności zachowania ciszy, nawet niezbyt energicznego przesuwania nóg, aby szczególnie pod włazami  na terenach zajętych przez Niemców - nie powodować charakterystycznego chlupania tej cieczy. Następnie połączono nas linką, którą każdy trzymał w wolnej ręce. Sygnały latarką elektryczną dawane przez przewodnika miały wskazywać nam czy należy się zatrzymać, czy iść dalej.

            Wyruszyliśmy wolno i ostrożnie w kompletnej ciszy i ciemnościach, a że kanał był wysoki, schylać się nie było potrzeby. Początkowo wszystko szło jakoś gładko  i zdawało się, że to wcale nie takie straszne i uciążliwe, jednak nie trwało to długo. Przede wszystkim doznaje się okropnego wrażenia, stąpając kilka kroków po czymś miękkim, nierównym, poddającym się stopom - może to tylko porzucone pakunki,    a może... ciało któregoś z poległych właśnie tu, w kanale?  Bardzo to nieprzyjemne  i denerwujące wrażenie. Idziemy ostrożnie, spokojnie, z mimo to rozlega się stale chlupot od przesuwania kilkuset nóg, zapełniając kanał i stwarzając w tych ciemnościach jakiś niesamowity, niemal makabryczny nastrój.

            Raptem ktoś się poślizgnął - pada, koledzy go podnoszą - ciężko sapiąc, staje na nogach. Naraz histeryczny kobiecy krzyk, spazm - „Nie wytrzymam!”, „Nie mogę!”    i głośne szlochanie, a następnie uspokajające ciche perswazje sąsiadów. Wszystko to    w ruchu – przecież stanowimy jedną całość, więc zatrzymywać się nie można, aby nie rozerwać ciągłości sznura żywych istot. Idziemy tak godzinę, może więcej. Wciąż to chlu-u-u-p, chlu-u-u-p., a przed nami i za nami ciemność. Wreszcie pierwszy sygnał latarką: „Zatrzymać się!”. Z ust do ust podaje się polecenie przewodnika: „Schylić się!”

             Wchodzimy w niższy kanał, idziemy dalej mocno schyleni, co znacznie utrudnia poruszanie się i jest bardzo męczące.

Znów umówiony sygnał latarką przewodnika: „Stać! Cicho!’ Jesteśmy przed włazami na terenie zajętym przez Niemców. Zatrzymujemy się; stoimy schyleni w kompletnej ciszy. Co będzie? Czy właz otwarty? Czy Niemcy czyhają nad włazem? Czy obleją nas benzyną, czy obsypią palącym się karbidem?

            Przewodnik - by zbadać sytuację - poszedł naprzód, pod właz. Czekamy schyleni, niepewni i podnieceni. Słychać szept modlitwy. Wokół ciemność i szum spływającej  i rozbijającej się o nasze nogi cieczy. Nareszcie upragniony sygnał latarką: „Ruszamy dalej!” Właz był zamknięty - wszystko w porządku, na razie nie grozi nam niebezpieczeństwo. Przewodnik, by szybciej minąć właz, przyspieszył kroku. Zaczynam się męczyć. Iść schylonym jest bardzo niewygodnie, a tu jeszcze trzeba stawiać stopy bardzo uważnie, bo płaskie dno kanału jest wąziutkie- zaledwie kilkanaście centymetrów - więc łatwo się poślizgnąć na zaokrąglonych krawędziach i obślizgłych bokach, które ostrymi łukami podnoszą się ku górze. Moje ubranie - krotki barani kożuszek, zdobyty w poniemieckich magazynach, utrudniał mi poruszanie się  w pozycji schylonej i dawał zbyt dużo ciepła. W jednej ręce trzymałem niewielki pakunek z bielizną i podtrzymywałem jednocześnie wiszącego na sznurku „Stena”,   a drugą mocno chwyciłem się pasa idącego przede mną żołnierza. Przypomniałem sobie teraz ostrzeżenie kpt. „Barego”, który nie chciał mnie wpuścić do kanału w tym kożuszku.

Po pewnym czasie znów ujrzeliśmy sygnał latarki i komendę: „Wyprostować się!” - wchodziliśmy w wysoki kanał. Odetchnęliśmy z ulgą - iść było teraz znacznie lżej, ale znów sygnał, znów: „Stać!”. Okazuje się, że właz, pod którym zatrzymaliśmy się, miał być otwarty. Przewodnik długo bada sytuację. Staliśmy dobre 20-30 minut  w zupełnej ciszy. Słychać było tylko ciche szepty modlących się w najbliższym sąsiedztwie. Wreszcie z zachowaniem największych ostrożności ruszyliśmy naprzód i szczęśliwie przeszliśmy pod włazem, a przewodnik znów przyspieszył kroku. Zdawało się nam, że idziemy już wiele godzin - zmęczenie i duszność dawał się we znaki. Nie wiedzieliśmy, ani która to godzina, ani też, gdzie się znajdujemy.

            W tej kompletnej ciemności szliśmy i szliśmy pokonując opór płynącej nam na spotkanie cieczy - na szczęście już bez żadnych przygód. Przeszliśmy jeszcze jeden zamknięty właz na terenie nieprzyjaciela z zachowaniem największych ostrożności  i wreszcie przewodnik oznajmił, że jesteśmy już na terenie należącym do powstańców. Niebezpieczeństwo minęło - niedługo wyjdziemy z tych mroków! Wiadomość ta przyniosła nam wielką ulgę i dodała sił. Rzeczywiście - wkrótce nas zatrzymano, oświadczając, że jesteśmy już przy włazie wyjściowym. Kolejno posuwaliśmy się do upragnionego otworu, aby wyjść na powierzchnię z tych mroków  i brudu.

            Gdy podnosiłem się na klamrach, u wylotu włazu podchwyciły mnie dwie pary silnych rąk i pomogły stanąć na jezdni. Zrazu byłem po prostu oszołomiony tą jasnością jaka panowała wokół, tak kontrastowała z mrokami, z których wyszliśmy - oraz świadomością, że znów jestem na powierzchni ziemi.

            Byliśmy na ul. Nowy Świat przy rogu ul. Wareckiej. Przyznam się, że chyba nigdy jeszcze nie byłem tak zaskoczony i zdziwiony  jak teraz. To, co wokół zobaczyłem  jakoś nie chciało mieścić się w mojej głowie - tak bardzo odbiegało od otoczenia,   w którym przebywałem przez ostatnie 3 tygodnie na Starówce.

            Czysta i cała nawierzchnia i chodniki - bez gruzów i lejów. Szyby w oknach na ul. Wareckiej, a z kilku domów rozbrzmiewała muzyka fortepianu, czy też radia. Idziemy tą Warecką, rozglądamy się i nie możemy uwierzyć, że jesteśmy w tej samej Warszawie- tylko w innej jej dzielnicy. Ja osobiście doznawałem wrażenia, że przybywam skądś bardzo, bardzo daleka.

            Była godzina 5 rano – 2 września 1944 roku. Drogę z ulicy Długiej na ulicę Warecką przebyliśmy w ciągu około 4 i pół godziny.

Marceli Ciechanowicz,, 1962 rok

/ pseudonim: „ Antoni Nałęcz” /

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

POSŁOWIE.

 

 

W tym miejscu kończą się wspomnienia dziadka Marcelego z Powstania Warszawskiego.

            Ale nie wszystko tu opisał:

#       pamiętam jak opowiadał, że na dom, w którym znajdowali się powstańcy spadła   bomba typu „szafa” - spadła na dach, przebiła wszystkie piętra aż do piwnic,    ale ponieważ był to na szczęście „niewybuch”- nie eksplodowała- tylko wybiła w podłogach dziurę od dachu po piwnice i częściowo zburzyła dom. Gruz przysypał ludzi, w tym dziadka, którego odkopano dopiero po 4 godzinach / uważano go już za zmarłego ! /.

#     za wybitne dowodzenie na polu walki” dziadek został rozkazem nr 6/1/a  D-cy Grupy „Północ”  A.K. -

         T. Dzika z dn. 24.VIII. 1944 r.  awansowany  na podporucznika, oraz rozkazem nr 8/2 tegoż samego

         D-cy z d. 26.VIII.1944r. / L.519/I. został   odznaczony Krzyżem Walecznych po raz I

        za odwagę i męstwo”. Oryginały  w/w   dokumentów są w posiadaniu rodziny.

#      wśród rodzinnych pamiątek jest i Krzyż Walecznych i przestrzelona furażerka dziadka - kiedy

        powstała dziura od kuli – nie wiemy.

#     po upadku Powstania Warszawskiego – kadra oficerska więc i dziadek - została przez Niemców uwięziona w tzw.  Oflagach. Zachował się karton z numerem    jenieckim: dziadka: XI A. 47242. Legitymacja nr 41902 b. jeńca wojennego nr 902/c – 0/39  z Obozu Jeńców Wojennych w Lubeck X.C.- B.L.A. Opisane są w niej obrażenia : złamanie kości podudzia  i śródstopia / powstałe podczas zasypania pod gruzami –            patrz wyżej /. est też przepustka nr 17 z Obozu w Lubece z dn. 12.V.1945 r.

#   Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powstania Warszawskiego ( wyd. Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002 ), w tomie 5 na str.105 podaje:

        Ciechanowicz Marceli, „Antoni”, „Nałęcz”, ur. 23.03.1890 r., podporucznik. Stare Miasto,

         zgr. „Róg”, bat. WSOP „Dzik”, komp .XII, plut 1.” , a poniżej [ z błędem w nazwisku ]:

        Ciechanowski Marceli, ur. 23.03.1890 r. Petersburg, podporucznik. Stalag XI-A Altengrabow,

        nr jeniecki 47232 ”.  [ Błąd ten zgłosiłem w 2004 roku, lecz dotychczas go nie sprostowano - W.A.C.]

#        W  chwili wybuchu Powstania dziadek miał 54 lata i może dlatego był    odważny

          lecz rozważny,  spontaniczny lecz doświadczony, szybki lecz zrównoważony - co

           pomogło mu walczyć i dowodzić i dało mu większe     szanse przeżycia niż innym.

 

Myślę, że można podsumować dzieje dziadka Marcelego od 1942 r. / konspiracja /, udział w Powstaniu Warszawskim i pobyt w Obozie Jenieckim jako bezustanny wyścig ze śmiercią. Dziadek wyścig ten wygrał! I wygrywał jeszcze przez 30 lat!

           

                        Dnia 15. V. 1975 r., mając 85 lat zmarł w Domu Zasłużonego Nauczyciela

   w Mikuszowicach Śląskich pod Bielskiem / woj. Śląskie /.

 

                                                                      

                                                           Witold Ciechanowicz, 3.VII.2000r.       

powrót do strony głównej

 

powrót

 

Batalion WSOP Dzik

 

( na podstawie strony Internetowej

POWSTANIE WARSZAWSKIE www.pw44.pl/index.php

Rozkazem gen. Władysława Sikorskiego w 1942 roku została sformowana Służba Ochrony Powstania

 [ SOP], przemianowana w 1943 roku na Woskową Służbę Ochrony Powstania [ WSOP], w skład której wchodził Batalion „Dzik”. Początkowo formacja ta miała być II rzutem wojsk Armii Krajowej [ AK], jednakże w czasie Powstania otrzymała ona zadania bojowe i walczyła w pierwszej linii.

            Dowódcą Batalionu „Dzik” był por. rez. piech. Tadeusz Okolski „Dzik”,  jego zastępcą - por. rez. łącz. Stanisław Sienkiewicz „Leliwa”, a por. rez. lot. - Jerzy Zieliński „Brochwicz” pełnił funkcję adiutanta.

            Batalion miał 5 kompanii ( 11, 12, 13, 14 i 15 ) liczących po kilka plutonów. Dowódcą 12 Kompanii był por. rez. żand. Wacław Kozicki - „Marian Openheim”, a jego zastępcą, a zarazem dowódcą Plutonu 121 był chor/ ppor. czasu wojny Marceli Ciechanowicz „Antoni Nałęcz”.

            Zadaniem bojowym Batalionu, a szczególnie 121 Plutonu m. inn. było opanowanie szkoły na ul. Rybaki, gdzie mieścił się magazyn niemiecki, fabryki QVEBRACHO na ul. Rybaki oraz Starej Prochowni na rogu ul. Rybaki  i ul. Boleść.

 Obronę tego odcinka Starego Miasta: ulicy Rybaki - od rogu ul. Boleść do Szkoły na pod numerem 32, Marceli Ciechanowicz „ Antoni Nałęcz” opisał w zamieszczonych powyżej wspomnieniach pod tytułem

STARA PROCHOWNIA.

Straty Batalionu wynosiły 67%,  żołnierze otrzymali 68 awansów, a 47 z nich zostało odznaczonych Krzyżem Walecznych.

            Po przejściu kanałami ze Starego Miasta na Powiśle, dowódca Batalionu z resztek żołnierzy zorganizował tylko 2 kompanie. Dowódcą drugiej - 12 Kompanii był w dalszym ciągu por. rez. żand. Wacław Kozicki - „Marian Openheim”, a jego zastępcą, a zarazem dowódcą Plutonu był chor/ ppor. czasu wojny Marceli Ciechanowicz „Antoni Nałęcz”.

Po upadku Powiśla, Batalion „Dzik” wszedł w skład odcinka „Sarna” w zgrupowaniu ppłka. Jana Szczurka - Cergowskiego,  ps. „Sławbor”. Jednostka walczyła na pododcinku kpt. Tadeusza Klimowskkiego, ps. „Ostoja”.

 

powrót do strony głównej

 

 

powrót

 

 

Biografia MARCELEGO CIECHANOWICZA

 

Marceli Ciechanowicz urodził się 23.III.1890 roku w Sankt – Petersburgu w Rewirze Kołomeńskim. Ojcem Marcelego był  Antoni syn Aurelego Ciechanowicza i Marii z domu Zaczek.

Miał troje rodzeństwa: siostrę Anastazję i braci - Aurelego i Wiktora. Uczył się w Gimnazjum Realnym w Wyborgu, które ukończył w 1910 roku, po czym od 1911 do 1915 roku studiował na Wydziale Ekonomicznym Politechniki w  Petersburgu.

W roku 1915 pracował w Oddziale Petersburskim Banku Kredyt Lioński  ( CERDIT LYONNAIS ).

W 1915 roku, 12 września ożenił się z Leontyną  Piotrowską, córką Józefa Piotrowskiego i Aliny

 z domu Łukaszewicz.

 W 1917 roku, 13 lutego urodził im się syn, Mieczysław. Jeszcze w 1917 roku, w sierpniu, udało mu się wraz z żoną i synem uciec z ogarniętej prze rewolucję Rosji  - ostatnim statkiem odpływającym z Odessy. Natomiast reszta rodziny pozostała w Rosji, a potem żyła w Z.S.R.R.

Po ucieczce do Polski – odzyskuje w 1921 roku obywatelstwo polskie. Od 1920 roku pracował kolejno: w Ministerstwie Skarbu w Warszawie ( był pełnomocnikiem  akcji wymiany banknotów koronnych na całym terenie byłej okupacji austrjackiej tj. w okręgach Lubelskim, Kieleckim, Radomskim i Piotrkowskim ). Potem pracował w Banku Związku  Ziemian w Warszawie,             w Oddziale Wileńskim Banku Mazowieckiego w Warszawie, w Banku Kredytowym w Oddziale Górnośląskim, a potem Krakowskim, w Państwowym Banku Rolnym w Warszawie   i Ministerstwie Reform Rolnych i  firmach prywatnych.

Podczas okupacji brał udział od 1942 roku w konspiracji, w  Powstaniu Warszawskim gdzie został ranny, a potem – od 6.X.1944 roku do 18.X. 1945 roku wywieziony był do niewoli niemieckiej.

 „Za wybitne dowodzenie na polu walki” dziadek został rozkazem D-cy Grupy „Północ”   A.K. z dn. 24.VII. 1944 r. awansowany na podporucznika, oraz rozkazem tegoż samego D-cy z d. 26.VII.1944r. / L.519/I. został odznaczony Krzyżem Walecznych po raz I „za odwagę   i męstwo”.

Po wojnie pracował w Wałbrzychu, potem w Dyrekcji  P.P.Polskie Uzdrowiska, gdzie jako inspektor kontrolował ich działalność, na dłużej osiadł w Szczawnie Zdroju ( Solicach ) i Krynicy.

Tu napisał książkę „Krynica i zdrojowiska karpackie”.

Po śmierci żony, Leontyny i przejściu na emeryturę – przeniósł się na kilka lat do Katowic, do syna Mieczysława, a potem do Domu Zasłużonego Nauczyciela w Mikuszowicach Śląskich pod Bielskiem.

 Tam – niespodziewanie – zaczął malować. Miał nawet kilka wystaw, a obrazy jego miały powodzenie.

Umarł 13. V. 1975 roku – mając 85 lat - po ciężkiej i długiej chorobie.

powrót do strony głównej

 

 

powrót