„ STARA PROCHOWNIA”

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego 1944 roku.

spisał 

pchorąży / ppor. czasu wojny  Marceli Ciechanowicz

z-ca dowódcy 12 kompanii Batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania ( WSOP ) „Dzik”,

dowódca plutonu 122, pseudonimy:  „ Antoni Nałęcz”, „Nałęcz Antoni”, „Nałęcz”, „Antoni”.

 

powrót do strony głównej

Rękopis i rysunki: Marceli Ciechanowicz

Redakcja i posłowie: Witold Ciechanowicz

©  Copyright by FIRMA Michał Ciechanowicz, Sosnowiec, Poland. 2016

 

 

 

Wydanie III poprawione i rozszerzone

 

ISBN 83-919-9176-8      EAN 978-83-91991-76-3

 

 

 

 

 

 

Marceli Ciechanowicz

 

 

STARA PROCHOWNIA

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego 1944 roku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

/ wersja przeznaczona do publikacji w Internecie /

 

 

Spis treści:

 

 Przedmowa

I. Pierwsza krew

II. Prochownia

III. Pierwsze natarcie wroga

IV. Tajemnica murów klasztornych

V. Gniazdo Piatów - śmierć Wernego

 VI. Feeryczny dramat w powietrzu

 VII. Koza i Niemiec na placówce

VIII. Tragiczny finał zdobytego czołgu

 IX. Tajemniczy strzał

 X. Zwiastuny wyzwolenia

XI. Niemcy na Prochowni

 XII. Początek końca

 XIII. Zagłada

 XIV. Kanał

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

POSTSCRIPTUM - Witold Antoni Ciechanowicz:

 

 

Posłowie

Nieudany zamach

Marceli Ciechanowicz w książkach

Kontrowersje

Batalion WSOP Dzik

Biografia Marcelego Ciechanowicza

 

 

                          

 

powrót do strony głównej

 

 

 

 

STARA PROCHOWNIA

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego 1944 roku.

 

spisał 

podchorąży / ppor. czasu wojny

 Marceli Ciechanowicz

 

z-ca dowódcy 12 kompanii Batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania (WSOP) „Dzik”,

dowódca plutonu 122,

pseudonimy: „ Antoni Nałęcz” „Nałęcz Antoni”, „Nałęcz”, „Antoni”.

 

 

 

ISBN 83-919-9176-8      EAN 978-83-91991-76-3

 

 

www.ciechanowicz.republika.pl/stara_prochownia.htm

 

STARA PROCHOWNIA

 

 

 

 

Wydanie III poprawione i rozszerzone

 

ISBN 83-919-9176-8      EAN 978-83-91991-76-3

 

Rękopis i rysunki: Marceli Ciechanowicz

Redakcja i posłowie: Witold Ciechanowicz

©  Copyright by FIRMA Michał Ciechanowicz, Sosnowiec, Poland. 2016

 

 

Druk: Drukarnia „KOLUMB” Katowice/Siemianowice Śląskie

www.drukarniakolumb.pl

 

Druk cyfrowy, okładka półtwarda, stron 68, nakład 32 sztuk.

 

 

 

           

Spis treści:                                                                        str.

 

STARA PROCHOWNIA - Marceli Ciechanowicz:

Przedmowa........................................................................4

I.     Pierwsza krew ..........................................................5

II.   Prochownia................................................................6

III.  Pierwsze natarcie wroga  .................................….9

IV.  Tajemnica murów klasztornych  .......................10

V.   Gniazdo „Piatów” – śmierć „Wernego” .............12

VI.  Feeryczny dramat w powietrzu .........................14

VII. Koza i Niemiec na placówce ...............................15

VIII.Tragiczny finał zdobytego czołgu ...................16

IX. Tajemniczy strzał .................................................18

X. Zwiastuny wyzwolenia ............................................18

XI. Niemcy na Prochowni ...........................................19

XII. Początek końca   ....................................................22

XIII. Zagłada  ................................................................23

XIV. Kanał ......................................................................25

 

                        * * * * *

 

POSTSCRIPTUM - Witold Antoni Ciechanowicz:

Posłowie .............................................................……........29

Nieudany zamach ………………………………………....33

Marceli Ciechanowicz w książkach ……………………......36

Kontrowersje ……………………………………………..61

Batalion WSOP „DZIK” ....................................………......66

Biografia Marcelego Ciechanowicza ............………….........67

 

       

 

 

PRZEDMOWA

                     Przystępując w sierpniu 1944 r. do napisania tych kilku fragmentów z moich wspomnień o Powstaniu Warszawskim zastanawiałem się mocno, czy wypada teraz, po przeszło 18 latach, powracać do tych ciężkich i smutnych czasów, skoro nie zrobiłem tego wcześniej - nasunęło się bowiem pytanie: dlaczego właśnie teraz to robię, a dlaczego nie uczyniłem tego znacznie wcześniej, na świeżą pamięć?

            Postaram się uzasadnić to w krótkich słowach. W parę lat po powrocie z niewoli niemieckiej ujrzałem, wydaną przez Stanisława Podlewskiego książkę pod tytułem „Przemarsz przez piekło”,   w której autor podaje dużo szczegółów z obrony Starówki.

            Następnie w roku 1957 ukazała się obszerna praca płk. Adama Borkiewicza pod tytułem:  „ Powstanie Warszawskie 1944 r.”, zawierająca systematyczny opis w porządku chronologicznym [opartym na dokumentach i miarodajnych relacjach] przebiegu całego Powstania Warszawskiego.

            W międzyczasie ukazywało się również sporo opisów poszczególnych epizodów  z powstania, bądź w prasie codziennej, bądź w periodykach.

Pomyślałem więc, że nic do tego nie dodam, a ponieważ nigdy przedtem nie zajmowałem się publicystyką, onieśmielało mnie to tym bardziej i powstrzymywało.

            Co więc spowodowało, że właśnie teraz, w tak opóźnionym czasie zdecydowałem się to uczynić? Odpowiedź w jednym słowie: sentyment.

W pierwszym dniu po powrocie z niewoli do kraju w październiku 1945 r., gdy nie znalazłem w Warszawie nikogo z rodziny, udałem się natychmiast na Starówkę, przede wszystkim na ulicę Rybaki, pod Prochownię, by odwiedzić i zobaczyć miejsce naszych walk i zmagań    z okupantem. Oczywiście, zastałem wówczas całą Starówkę w gruzach, jak ją pozostawiliśmy odchodząc, ale z biegiem czasu Starówka została odbudowana i pięknie odnowiona. Za każdym prawie razem, kiedy wyjeżdżałem do Warszawy, odwiedzałem Stare Miasto i we wspomnieniach przeżywałem jego tragedię.

            Wreszcie podczas ostatniego mego pobytu, gdy znów tam byłem i widziałem wszystko odbudowane, pięknie pomalowane i odnowione, a „nasza Prochownia”, stała nadal w stanie kompletnego zapomnienia, z zabitymi oknami, martwa i zaniedbana, coś mnie zabolało: dzieje się krzywda starej Prochowni z czasów średniowiecza, która i teraz w XX wieku odegrała dużą rolę, umożliwiając w ciągu pełnych trzech tygodni w sierpniu 1944 r. obronę tego odcinka, zamykając dostęp wrogowi na Starówkę od strony Wisły.

      Postanowiłem przypomnieć społeczeństwu o Prochowni. Nie wiem, czy mi się to udało należycie zrobić, zresztą już wspomniałem, że nigdy nie pisałem takich rzeczy, ale wiem, że opisane przeze mnie fragmenty ściśle odpowiadają rzeczywistości, tak jak je widziałem i przeżywałem.

            Wszystkie podane nazwiska i pseudonimy są autentyczne i jeśli przypadkiem kogoś   z biorących udział  w obronie prochowni pominąłem - bardzo za to przepraszam.

 

Marceli Ciechanowicz, 1962 r.

[pseudonim: Antoni Nałęcz ]

 

 

 
                                   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I. PIERWSZA KREW.

 

            Dnia 5 sierpnia 1944 r. po wielokrotnych nalotach bombowców Luftwaffe na Bank Polski przy ul. Bielańskiej, budynki tegoż zostały tak zniszczone, że dalsze pozostawanie w nich i obrona, bez odpowiedniej ilości broni maszynowej było niemożliwe. Ponieważ pierwszy pluton WSOP  z Baonu por. „Dzika” broni maszynowej  w ogóle nie posiadał, został on zluzowany i skierowany na Stare Miasto, gdzie znajdowały się już pozostałe dwa plutony tegoż baonu, aczkolwiek w stanie niekompletnym.

            Zostaliśmy zakwaterowani przy ulicy Zapiecek i parę dni pełniliśmy służbę patrolową. Równocześnie Baon por. ” Dzika” został wcielony do zgrupowania AK majora „Roga”.

            W dniu 8 sierpnia otrzymałem od D-cy Baonu rozkaz obsadzenia moim plutonem barykad przy zbiegu ulic Mostowej, Rybaki, Boleść i Bugaj. Celem zorientowania się  w sytuacji, tegoż dnia przed południem udałem się w tow. st. sierżanta „Marka” i podchor. „Sarenki” na wyznaczony mi odcinek. Główna barykada  znajdowała się w poprzek ulicy Boleść, przy zbiegu z ul. Rybaki.

barykada AL

 

stanowiska niemieckie

 
 

 


Stara Prochownia

 

 

Fabryka QUEBRACHO

 

barykady plutonu 121 AK

 

 

Ulica Boleść jest niejako przedłużeniem ulicy Mostowej i łączy ulicę Rybaki* z Wybrzeżem Gdańskim nad Wisłą. Jest to ostro spadająca ku Wiśle wąska uliczka, na której po obu stronach znajduje się zaledwie parę domów, z tym, że szczególnie południowa strona tej ulicy jest prawie całkowicie niezabudowana i otwarta w stronę mostu Kierbedzia.

            Właśnie jeden z tych domów, stojący przy zbiegu ulic Rybaki i Boleść był tą Starą Prochownią** z XVI wieku.

           

 PRZYPISY:

   * szkic przedstawia ówczesny układ ulic – obecnie ul. Rybaki nie jest przedłużeniem ul. Bugaj, lecz  przebiega bardziej na wschód.

 

* * STARA PROCHOWNIA - Dawna Brama Mostowa strzegąca pierwszego stałego mostu na Wiśle, zbudowana ok. 1573 r., w XVII w. przebudowana na prochownię,  w XVIII w. na  więzienie - ul. Rybaki 2 

 

 

 

Wszystkie trzy barykady znajdujące się w obrębie Prochowni były nie obsadzone i nie spotkałem tam nikogo z oddziałów powstańczych. Przy wstępnym obejrzeniu barykad stwierdziliśmy, że konieczna jest niezwłoczna naprawa dwóch barykad znajdujących się tuż przy Prochowni, aby mogły one skutecznie bronić dostępu od wschodu i południa. Trzecia barykada, położona znacznie niżej, w połowie ul. Boleść ku Wiśle, była w obecnym stanie zupełnie bezużyteczna. W pewnym momencie zauważyliśmy nieco niżej tej barykady, na otwartej przestrzeni od strony południowej, niewielki okrągły bunkier niemiecki. Poszliśmy więc go obejrzeć, czy nie mógłby być przez nas wykorzystany.

            Stwierdziliśmy jednak, że jego otwór strzelniczy wychodził właśnie na Prochownię,  a wejście do niego znajdowało się od strony Wisły, czyli wszystko akurat w odwrotnym kierunku, niż to nam było potrzebne. Nie dawaliśmy jednak za wygraną, bo taki bunkier mógłby nam oddać wielką przysługę, gdyby można było przerobić na odwrót te otwory. Poprosiliśmy więc jednego z mieszkańców sąsiedniego domu, czy nie podjąłby się, oczywiście za zapłatą, wykonania tej przeróbki. Po obejrzeniu jeszcze raz bunkra, człowiek ten wyraził swą zgodę i miał wieczorem przystąpić do pracy.

            W drodze powrotnej od bunkra zatrzymaliśmy się jeszcze przy tej niższej barykadzie, rozważając możliwości jej naprawy, gdy nagle rozległ się krótki, suchy trzask i stojący tuż przy moim ramieniu podchor. „Sarenka” padł trupem na ziemię bez jęku. Zaskoczeni tym, padliśmy   z sierżantem „Markiem”  na ziemię. Strzały się nie powtórzyły. Wzięliśmy więc ciało „Sarenki”  i szybko, schyleni odciągnęliśmy pod mur najbliższej kamienicy. Tu stwierdziliśmy, że otrzymał on równocześnie dwie kule - jedną w skroń, drugą w serce. Strzały zostały oddane ze stanowisk niemieckich, znad Wisły.

 

 

II. PROCHOWNIA

 

            Po stwierdzeniu  - okupionym śmiercią „Sarenki”, że niemieckie stanowiska znajdują się zaledwie w odległości 200 - 250 metrów od wyznaczonej dla I plutonu placówki, sprawa jak najszybszego obsadzenia barykad nabrała specjalnej wagi, toteż w niespełna dwie godziny cały   I pluton (w ilości około 30 żołnierzy) znajdował się już na miejscu i z zachowaniem niezbędnych środków ostrożności przystąpiliśmy natychmiast do badania najbliższego otoczenia  i wyboru miejsc dla rozlokowania pierwszych, nieco wysuniętych czujek [wart].

            Zasadniczymi punktami obronnymi naszej placówki miały być:

1. Narożny, murowany budynek (dawna Prochownia), stojący frontem do  ul. Rybaki,  z bocznym skrzydłem wychodzącym na ul. Boleść,

2. Barykada w poprzek ul. Boleść , ciągnąca się spod murów Prochowni do kamienicy czynszowej na przeciwległej stronie tejże ulicy,

3. Barykada połączona rowem z poprzednią i położona w stosunku do niej pod kątem prostym,   a przecinająca ul. Bugaj.

            Pierwsza barykada miała zabezpieczać dostęp wrogowi od strony Wisły wzdłuż ul. Boleść i znajdowała się przy-najmniej o 10 - 12 metrów wyżej od powierzchni wybrzeża, druga zaś barykada miała zabezpieczać dostęp od strony Podzamcza wzdłuż ul. Bugaj.

            Prochownia – zasadniczy punkt oporu naszej placówki, przedstawiała sobą mocno zbudowany, o grubych murach piętrowy budynek (wg posiadanych danych z XVI w.), z bardzo rozległymi, również o grubych murach, piwnicami. Mury tego budynku, czyli front i skrzydło znajdują się pod kątem prostym do siebie i kształtują się w formie litery „L”, tworząc w środku niewielkie podwórko.

Objaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: Fabryka Barwników 
Garbarskich
„QUEBRACHO „
Objaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: Stara
Prochownia
 

 

 


Objaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: WisłaObjaśnienie prostokątne z zaokrąglonymi narożnikami: Ulica
Boleść

 

Takie określenie lokalizacji Prochowni może byłoby wystarczające w innych okolicznościach, lecz w danym wypadku, niestety, musi być znacznie szczegółowiej opisane, inaczej bowiem zupełnie niezrozumiałym, a nawet wręcz nie do wiary byłoby, że nasza placówka przez pełne trzy tygodnie w miesiącu sierpniu 1944 r. potrafiła właśnie w „Prochowni” utrzymać się i zamknąć dostęp wrogowi od strony Wisły, nie zważając na codzienne bombardowania i ataki, podczas których jeden raz udało się Niemcom wedrzeć nawet na podwórko naszego „bastionu”. Więc jeżeli chodzi   o dok-ładniejszą lokalizację, to Prochownia z dwóch stron wychodzi na Rybaki  i Boleść, a z dwóch pozostałych stron otoczona jest posesją fabryki barwników garbarskich szwedzkiej firmy Quebracho.

        Sąsiedztwo to stanowiło dla naszej placówki bardzo ważną osłonę, ponieważ posiadając ogromne rozmiary i duże fabryczne zabudowania osłaniało ją od strony Wisły, częściowo od strony ul. Boleść i wreszcie od tyłu, na przestrzeni między Wisłostradą, a ul. Rybaki.

            Główny, kilkupiętrowy duży budynek fabryki, konstrukcji żelbetonowej, ciągnął się wzdłuż wybrzeża 60 - 70 metrów. Do niego przylegały z dwóch stron pomocnicze budynki fabryczne  gospodarcze z tym, że główna brama wjazdowa i budynek biurowy znajdowały się od strony ul. Rybaki, tuż w bezpośrednim sąsiedztwie z budynkiem Prochowni i tworzyły w środku duży, pod kątem prostym załamany podwórzec. Takie wzajemne usytuowanie umożliwiało nam poruszanie się po całym zapleczu głównego budynku fabrycznego, a tym samym doprowadzanie drogą okólną naszych czujek i gniazd oporu również do najdalej wysuniętych punktów w głównym budynku fabrycznym.

            W momencie obsadzenia przez nas placówki, główny budynek fabryczny od strony Wisły i Podzamcza był przez pociski niemieckich dział już tak zniszczony, że nie posiadał większości murów, pozbawiony był też okien i drzwi, a nawet częściowo i stropów. Tym niemniej żelbetonowy jego szkielet   i resztki pozostałych gdzieniegdzie murów dawały jeszcze jaką taką osłonę i umożliwiały nam rozmieszczanie jak najdalej wysuniętych czujek.

            Co się tyczy zabezpieczenia Prochowni przed obstrzałem od strony południowej, od podzamcza, to zasłaniała ją jedynie znajdująca się po przeciwległej stronie ul. Boleść kamienica czynszowa, wyższa od Prochowni o parę pięter. Reszta terenu wzdłuż prawej, południowej strony ul. Boleść, aż do Wisły i w stronę Podzamcza była zupełnie otwarta.

Na tej przestrzeni, w odległości około 300 metrów znajdowały się dwa murowane budynki  z czerwonej cegły. tzw. „Dom Polaków Za Granicą” - potocznie „Czerwonym Domem”. Obszar od tych budynków aż do fabryki Quebracho stanowił bardzo wygodny teren dla akcji czołgów   i obstrzału, przede wszystkim tej fabryki, a częściowo i naszej placówki, o czym zresztą przekonaliśmy się już na drugi dzień.

            Po niezbędnym zabezpieczeniu placówki przez umieszczenie paru wysuniętych czujek: jednej na ul. Bugaj, a drugiej w narożniku fabryki Quebracho, przystąpiliśmy do naprawy  i umocnienia naszych barykad. Niestety, do barykady dolnej na ul. Boleść, która leżała niżej od głównej w odległości około 50 metrów, już nie mieliśmy dostępu, gdyż natychmiast ostrzeliwali nas Niemcy ze swych stanowisk na wybrzeżu. Również i górna, główna barykada znalazła się pod obstrzałem. W związku z tym, po przygotowaniu materiału, naprawiliśmy  i umocniliśmy ją dopiero w nocy. Główna praca polegała na rozszerzeniu i podniesieniu ochronnego wału z zewnętrznej strony, więc w dzień bylibyśmy cały czas na muszce karabinów nieprzyjacielskich.

            Naprawa drugiej barykady – przy ul. Bugaj, poszła znacznie łatwiej, ponieważ z tej strony nie było jeszcze ostrzału.

 Traf chciał, że w budynku „Prochownia” na parterze zamieszkiwał mój kolega z czasów studenckich, śp. Włodzimierz Michalski. Dzięki temu od razu bez trudu uzyskaliśmy pomieszczenie na rozlokowanie plutonu. Dodać należy, że zarówno kol. Michalski, jak i jego małżonka –   w charakterze łączniczki znajdowali się już przedtem w szeregach mego plutonu. Poza tym należy wspomnieć, że wszystkie piwnice Prochowni ze względu na swoje mury i rozmiary pełne były chroniących się rodzin  z dziećmi i starcami.

 

Stara Prochownia - widok od frontu.

 

 

 

III.PIERWSZE NATARCIE WROGA

 

            Po naprawieniu barykad i rozmieszczeniu plutonu oraz minimalnym ubezpieczeniu przez wysunięte 3 czujki, placówka nasza na ranek 9 sierpnia była gotowa do obrony.

      Główną nasza troską, poza małym stanem liczebnym plutonu i jego niedostatecznym wyszkoleniu, był brak uzbrojenia. W tym dniu posiadaliśmy zaledwie 5- 6 zwykłych karabinów (i to różnych kalibrów), około 10 pistoletów różnych systemów oraz dostateczną ilość granatów ręcznych i butelek zapalających. Natomiast nie posiadaliśmy ani jednego karabinu maszynowego ani peemu, ale na szczęście wróg  o tym nie wiedział.

            Niemcy, przekonawszy się o obsadzeniu przez nas placówki, przystąpili natychmiast do akcji. Już rano 9 sierpnia podjechały dwa czołgi od strony Podzamcza i z odległości poniżej 200 metrów zaczęły ostrzeliwanie fabryki Quebracho, a stwierdziwszy, że nie jest ona obsadzona, posunęły się prawie pod samą fabrykę, kierując swój ogień na naszą placówkę. Ogień ten nie wyrządził nam większych szkód, ponieważ czołgi nie zaryzykowały jeszcze zajęcia dogodniejszej pozycji w linii prostej, naprzeciwko naszej barykady i strzelały z ukosa, więc strzały nie były dla nas groźne.

            Po akcji czołgów rozpoczęła swój ogień piechota wysuwająca się ze swych stanowisk znad Wisłostrady i podchodząc aż poza fabrykę „Quebracho”. Jednakże tego rodzaju natarcie nie mogło dać tak łatwo wyników, ponieważ w wąskiej uliczce każdy ich żołnierz znajdował się na muszce naszych karabinów, nie mając żadnej osłony, co też spowodowało, że po krótkiej wymianie strzałów Niemcy się wycofali, ale natychmiast po wycofaniu się piechoty nadleciało parę samolotów zrzucając bomby burzące i zapalające, które na szczęście nie trafiły w naszą placówkę, spadając nieco wyżej.

            Podnieceni tą walką sądziliśmy, że nastąpi chyba teraz przerwa, gdy nagle usłyszeliśmy charakterystyczny zgrzyt naciąganych wyrzutni min i za parę sekund  w okolicy naszej placówki rozległy się wybuchy pocisków podmuchowych, tzw. „szaf’” względnie „krów”. Wyrządziły one szkody zrywając dachy i wyrywając okna i drzwi w bezpośrednim otoczeniu naszej placówki, także i w samej Prochowni zostały wyrwane futryny okienne i jedne drzwi, raniąc lekko 2-ch żołnierzy   i kontuzjując łączniczkę p. Michalską w nogę. Przed zmrokiem pojawiły się ponownie dwa czołgi penetrując teren  i ostrzeliwując budynki.

            Tego rodzaju kolejne akcje, a zwłaszcza czołgów i „krów” powtarzały się codziennie, przeważnie od samego rana z niewielkimi przerwami, poza tym piechota stale penetrując teren czyniła swoje wypady starając się jak najbliżej podejść do naszej placówki. Wszystkie te próby były jednak likwidowane zarówno przez nasze wysunięte gniazda, jak też i obie barykady. Przyzwyczajeni do sposobu ich działania wykorzystywaliśmy wolne chwile do uzupełnienia naszych czujek, wyboru lepszych punktów dla gniazd obstrzału.

            W pierwszym rzędzie zależało nam na jak najwygodniejszym usadowieniu się  w głównym budynku fabryki; drogą okólną przez różne zabudowania pomocnicze dotarliśmy do budynku głównego, a raczej jego szkieletu i tu przesuwając się z wielkim trudem po resztkach stropów i po żelaznych belkach, dostaliśmy się na pierwsze piętro aż do narożnika fabryki przy zbiegu ulicy Boleść i  Wybrzeża, tj. do miejsca, do którego codziennie dochodziły czołgi niemieckie. Oczywista rzecz, że tak wysunięta i tak ryzykownie ulokowana czujka miał za główne zadanie obserwację ruchów nieprzyjaciela  i natychmiastowe meldowanie o nich. Zadanie to było o tyle łatwe, że czujka miała przed sobą jak na dłoni wszystkie punkty wypadowe niemieckich czołgów i piechoty oraz ich gniazda karabinów maszynowych.

 Nie wolno jej było oddawać żadnego strzału, aby się nie zdradzić, wolno było jednak   w wypadku zbliżenia się czołgu niemieckiego na bezpośrednio bliski dystans obrzucić go zapalającymi butelkami z benzyną.

            Po paru dniach próbnych przygotowawczych ataków na naszą placówkę, operujące na tym odcinku dwa niemieckie czołgi zaczęły coraz bliżej podchodzić i pewnego dnia jeden z nich podjechał tuż pod mury fabryki, skręcając w uliczkę Boleść, widocznie z zamiarem obstrzeliwania naszej barykady z dogodniejszej pozycji. Nasi chłopcy ze swego gniazda natychmiast obrzucili go zapalającymi butelkami. Czołg stanął, aczkolwiek nie eksplodował, załoga chyłkiem zmykała ku Wisłostradzie. Nasi - z gniazda - również pospiesznie opuścili swoje stanowiska. Oczywiście, natychmiast nastąpiła reakcja i szkielet fabrycznego budynku został ostrzelany z działa drugiego czołgu oraz karabinów maszynowych. Jednak nie wyrządziło to nikomu żadnej szkody - tyle tylko, że straciliśmy już najlepszy dla nas punkt obserwacyjny i musieliśmy go umieścić nieco bliżej naszej placówki, w innym gospodarczym budynku tejże fabryki.

            Na drugi dzień znów jeden, ale tym razem większy czołg podjechał pod fabrykę, skręcił       w ul. Boleść i jak wydawało się z jego ruchów, miał zamiar przełamać i tak już mocno nadwerężoną żelazną bramę i wjechać na dziedziniec fabryczny. I tu nagle znów seria butelek zapalających, parę wybuchów i...czołg stoi. Załoga przebiegła na drugą stronę ulicy w kierunku „Czerwonego Domu”.

            Z naszej barykady nie padł ani jeden strzał, aczkolwiek uciekający z czołgu byli przez minutę przynajmniej w odległości najwyżej 120-140 metrów - widoczni jak na dłoni. Zdumieni widocznie strzelcy na barykadzie opamiętali się, dopiero gdy uciekinierzy skryli się za rogiem kamienicy, po drugiej stronie ul. Boleść.

            Przyznam się, że sam byłem tym wszystkim mocno zaskoczony, ponieważ w tym miejscu nie było naszej stałej czujki. Tłumaczy się to jednak tym, że nasi chłopcy często sami na ochotnika, nie mając a tym czasie wyznaczonej służby, chodzili i czaili się z granatami i butelkami zapalającymi na „grubszą zwierzynę”, tzn. czołgi. I tu właśnie, ukryci za jakąś szopą przy wjeździe do fabryki, unieruchomili tego kolosa. Zaznaczyć muszę, że już prawie od tygodnia, gdy ataki Niemców stawały się z dnia na dzień coraz częstsze i silniejsze, obrona placówki przez nasz pluton – nie posiadający ani jednego karabinu maszynowego, stawała się coraz trudniejsza i nie wróżyła pomyślnego wyniku.

            W międzyczasie nawiązaliśmy kontakt z oddziałami AL stojącymi nieco wyżej od nas przy ul. Mostowej i Freta i od tego czasu współpracowaliśmy razem z plutonem AL porucznika „Gustawa” i plutonem Czwartaków por. ”Trocha”, Plutony te były znacznie lepiej od nas uzbrojone, szczególnie pluton por. „Gustawa” i oddawały nam większą pomoc przy obronie naszej placówki, a nawet i przy niewielkich wypadach. Również z wydatną pomocą przychodził nam   w groźniejszych sytuacjach pół-pluton z oddziału „Wigrów”, też b. dobrze uzbrojony. W ten sposób teraz zawsze mogliśmy liczyć na kilkanaście dodatkowych karabinów zwykłych i na 2, a nawet  3 karabiny maszynowe. Poza tym i nasze uzbrojenie wzrosło o kilka karabinów zwykłych  i   2 „peemy”.Wracając teraz do unieszkodliwionych czołgów: wtedy gdy pierwszy z nich został prawie natychmiast odciągnięty przez inny czołg - drugi pozostał przy bramie fabryki. Późno wieczorem tego dnia podchorąży „Orlikowski”, który już po objęciu przeze mnie placówki został przydzielonym przez Dowództwo Baonu jeszcze z innym podchor. „Zawadzkim” do mego plutonu - przydźwigał do „Prochowni” z innym strzelcem ciężki karabin maszynowy.

      Okazuje się, że przy zapadnięciu zmroku dostał się on do unieszkodliwionego czołgu i przez parę godzin wymontowywał ten ciężki karabin maszynowy.

 

 

IV. TAJEMNICA MURÓW KLASZTORNYCH.

 

Już prawie tydzień bronimy naszej placówki, nie mamy ani chwili spokoju, prażą nas czołgi ze swych dział, piechota obstrzeliwuje i nęka natarciami, a z powietrza lecą bomby burzące oraz pociski z wyrzutni - tzw. „szafy” albo „krowy”.

            Tylko późnym wieczorem i w nocy mamy od czasu do czasu chwilę spokoju i wypoczynku. I właśnie w tych chwilach obserwujemy niewytłumaczalne dla nas zjawisko.

            Otóż w odległości 200-400 metrów na ukos od naszej Prochowni, a wyżej przynajmniej  o jakieś 50-60 metrów na samym szczycie ostro spadającej skarpy stoi długi dwu czy trzypiętrowy budynek klasztorny - Zakon Sióstr Sakramentek,  a pod nim, na stokach skarpy, rozpościera się ogród owocowy.

            Gdy tylko zapada mrok, budynek ten dosłownie co wieczór jest oświetlany widocznie zespołem reflektorów z przeciwległego brzegu Wisły i to tak jaskrawo, że widać na jego murach najdrobniejsze szczegóły, a figurki świętych zdobiące krawędź ostatniego piętra są dokładnie widoczne ze wszystkimi szczerbami spowodowanymi obstrzałem artylerii. To rzęsiste oświetlenie trwa przez kilka godzin - noc w noc.

            W nocy rzadko kiedy padają strzały z baterii  z przeciwległego brzegu Wisły, natomiast we dnie – szczególnie w początkach sierpnia budynek ten był mocno ostrzeliwany ze wspomnianych baterii i był już nieco zrujnowany - szczególnie ucierpiały jego górne piętra, gdzie znajdowały się figury świętych, z których większość była częściowo lub nawet całkowicie zniszczona. Żołnierze dowcipkowali nawet, że jeden z nich musiał być jakimś wielki świętym, bo stał sobie na samym narożniku - zupełnie samiuteńki i drwił z ognia dział niemieckich. Dziwiło nas to codzienne zjawisko - tym bardziej, że nie następowało ani w czasie takiego oświetlenia, ani potem żadne natarcie ani ostrzeliwanie tego odcinka.

 

 

 

Nie mogliśmy zrozumieć, co to miało znaczyć i jaki był tego cel. Aż tu nagle w początku drugiej dekady sierpnia, pewnego wieczoru budynek klasztorny pozostał ciemny i od tej pory naświetlanie jego murów już się nie powtórzyło.

     Zaraz potem, późnym wieczorem, przypuszczalnie gdzieś około godziny 22-giej, gdy obchodziłem sam - jak każdego dnia - barykady i posterunki, usłyszałem nagle tuż nad sobą  i zdawało mi się, że b. nisko cichy szum lecącego samolotu  i tuż zaraz ujrzałem opadający na linii budynku klasztornego biały spadochron, za chwilę drugi i trzeci  i wtedy dopiero rozległ się głos pracujących motorów.

            Według mego obliczenia wszystkie trzy spadochrony spadły w ogrodzie pod murami klasztoru. Nie namyślając się ani chwili, podniecony tym, że pierwszy zobaczyłem zrzuty przeznaczone przecież dla powstańców, pobiegłem w stronę ogrodu i w kompletnych ciemnościach, z trudem przedzierając się przez jakieś nieznane mi zabudowania i podwórka dotarłem do połowy wzgórza pod klasztorem, gdzie ujrzałem w ciemności dużą białą plamę - był to właśnie spadochron.      Po omacku stwierdziłem, że tuż obok niego leży metalowy pojemnik, dość wąski, ale bardzo długi. Próbowałem go podnieść w samym końcu, ale był tak ciężki, że nie mogłem go nawet poruszyć. Prędko więc, jak się tylko dało,  w ciemnościach zbiegłem do Prochowni i natychmiast wróciłem  z kilkoma żołnierzami, aby przenieść zrzut do naszej placówki. Wkoło na naszym odcinku panowała wprost zadziwiająca cisza. Była już północ, gdy przystąpiliśmy do otwierania pojemnika, który w kształcie długiego żelaznego cygara o średnicy około 1/4 metra i długości około 2,5 metrów leżał na podłodze w jednym z pokoi na Prochowni.

Byliśmy wszyscy niezmiernie podnieceni: może nareszcie będziemy mieli należytą broń   i amunicję, przecież sam ciężar pojemnika wskazywał na to, że zawiera on przedmioty ciężkie, a więc może karabiny maszynowe, peemy itp. Wreszcie pojemnik otwieramy - tak jak otwiera się futerał cygara – na dwie strony wzdłuż osi podłużnej.

            Oczy wszystkim wyłażą z orbit, ręce macają coś owiniętego w koce i stare trencze angielskie. Rozwijamy to prędko...niestety, nie widzimy karabinu maszynowego ani peemów ani nawet pistoletów, widzimy jakieś części żelazne nieznanych nam przedmiotów, kilkanaście, może więcej jakichś pocisków i wreszcie stare trencze, spodnie i koce, którymi wszystko było poprzekładane i pozawijane.

            Patrzyliśmy na siebie zdumieni... i mocno rozczarowani – padło nawet parę cierpkich uwag, ale trudno. Trzeba przecież zorientować się, co to właściwie za sprzęt został nam zrzucony, przecież na pewno tylko dla celów obrony.

            Z opisu, który znaleźliśmy - o ile pamiętam w języku włoskim i francuskim - dowiedzieliśmy się, że są to małe wyrzutnie do pocisków przeciwczołgowych o nazwie: „Piat”. Jasne, że to się nam przyda, więc mając pod ręką te opisy przystąpiliśmy natychmiast do zmontowania takiej wyrzutni, co się nam po niedługim czasie udało zrobić, przy czym stwierdziliśmy, że mamy dwa komplety „Piatów” i po kilkanaście pocisków do każdego z nich.

            Nad ranem zjawił się u nas oficer z oddziału, który specjalnie nadzorował zrzuty i polecił nam oddać jednego „Piata”, pozostawiając drugi na naszej placówce. Co się tyczy pozostałych dwóch widzianych przeze mnie spadochronów, to zostały one również podjęte w tym samym ogrodzie nieco później  przez inne oddziały powstańcze.

 

V. GNIAZDO

 

„PIATÓW” – ŚMIERĆ „WERNEGO”

 

W związku z tym, że natarcia oddziałów niemieckich stawały się coraz częstsze  i groźniejsze, współpraca naszego plutonu z plutonem AL por. „Gustawa’ oraz plutonem Czwartaków por. ”Trocha” nabrała stałego charakteru i oddziały te codziennie przybywały na naszą placówkę, aby wzmocnić obronność naszych barykad, samej Prochowni i jej zaplecza. I trzeba podkreślić, że współpraca nasza ułożyła się nadzwyczaj dobrze, stanowiliśmy jedną zwartą grupę, celem której była jedynie obrona placówki i niedopuszczenie Niemców na Starówkę od strony Wisły.

Jedynym, niewielkim zgrzytem był incydent, gdy dowództwo AL zjawiło się na naszej placówce i zażądało wydania ich oddziałowi wymontowanego przez podchor. „Orlikowskiego” ciężkiego karabinu maszynowego ze spalonego czołgu, twierdząc, że to jeden z ich żołnierzy obrzucił butelkami  i unieruchomił ten czołg.

      Trudno mi było przeciwstawiać się, ponieważ w tym punkcie rzeczywiście nie mieliśmy stałej czujki, natomiast w ruchomych wypadach brali udział nasi żołnierze wspólnie z żołnierzami AL. i Czwartaków, a który z nich akurat był rzeczywistym sprawcą unieruchomienia tego czołgu – moim zdaniem trudno było dokładnie ustalić. Ważne było to przynajmniej, że karabin ten i tak stale prawie znajdował się na naszej placówce i służył dla jej obrony, chociaż obsługiwany był przez żołnierzy AL.

             W międzyczasie osobowy stan mego plutonu również nieco się powiększył. Prócz dwóch podchorążych: „Orlikowskiego” i „Zawadzkiego”, o których już wspomniałem, że byli przydzieleni z D-twa Baonu już w czasie naszej akcji na Prochowni, zgłosiło się do nas jeszcze około 8 ochotników. Element oczywiście był bardzo nierówny, tak pod względem znajomości rzemiosła wojennego, jak też i oblicza moralnego.

            Na szczególne wyróżnienie zasługuje w pierwszym rzędzie podchor. „Orlikowski”   z Warszawskiej Podchorążówki, który będąc synem – o ile się nie mylę – dyplomowanego pułkownika, zdaje się odziedziczył po ojcu zdolności i specjalne zamiłowanie do wiedzy i służby wojskowej i gdyby nie tragiczna jego śmierć na barykadzie naszej placówki, mógłby może zajść daleko na polu wiedzy i pracy wojskowej. Niestety, nie mógł on jakoś dostosować się do warunków walki partyzanckiej, opierając się widocznie ma wyuczonych zasadach normalnej taktyki  wojskowej i dlatego też zginął, narażając się zupełnie niepotrzebnie,  w sytuacji, gdzie każdy inny  z łatwością by tego uniknął.

            Następnym z nowoprzyjętych do plutonu był tej samej miary co do odwagi i moralności, jedynie bez specjalnego przygotowania teoretycznego - strzelec „Werny”, również tragicznie poległy przy obronie naszej placówki, o czym wspomnę nieco dalej.

            Wreszcie wymienić należy z nowo przybyłych jako bardzo wartościowych żołnierzy: podchor. „Zawadzkiego” i Francuza (który zbiegł Niemcom) - strzelca „Chambux”. Zgłosił się on do nas razem z „Wernym” i pokazał się z najlepszej strony.  Nie brakło również w tej nowej grupie mało wartościowych jednostek, do których zaliczyć należy dwóch wspaniale zbudowanych fizycznie dawnych policjantów oraz dwóch typowych łazików – obie te pary nic z siebie nie dały, natomiast prawie zawsze starały się wykręcić wszelkimi sposobami od poważniejszych i niebezpiecznych zadań służbowych.

            Z dawnego, pierwotnego składu plutonu, poza zabitym w pierwszym dniu podchor. „Sarenką”, niewątpliwie najlepszym i bardzo wartościowym pod każdym względem żołnierzem był st. sierżant „Marek”, który niestety również poległ później, po przejściu kanałami do Śródmieścia, przy ul. Wspólnej 10.

            Teraz, po otrzymaniu wyrzutni „Piat”, zabezpieczenie naszej placówki od coraz bliżej podchodzących czołgów mogło znacznie się poprawić. Toteż natychmiast wprowadziliśmy tę broń do naszej akcji obronnej. W tym celu ustawiliśmy „Piata” w rogu pewnej szopy, czy też przyfabrycznej wartowni – tuż zaraz przy bramie wjazdowej do fabryki od strony ul. Boleść, dobrze go maskując za krzakami rosnącymi przed tą szopą.

     Obsługę „Piata” powierzyłem strzelcowi „Wernemu” i Francuzowi „Chambux”, którzy byli dostatecznie inteligentni, by należycie obchodzić się z tym, bądź co bądź skomplikowanym,  i nieznanym u nas jeszcze przyrządem oraz byli dość silni, a szczególnie strz. „Werny” do naciągania sprężyny. Dodałem jeszcze do pomocy strzelca „Wichra”, który miał być jednocześnie łącznikiem z placówką.

Niedługo czekali nasi chłopcy na wroga. Tegoż dnia w południe zbliżył się do bramy fabrycznej czołg. Nie-wątpliwie zostałby unieruchomiony, ale niestety brak wyszkolenia, dyscypliny wojskowej, a w pierwszym rzędzie pod-niecenie i napięcie nerwowe strzelca „Wichra” wszystko pokrzyżowało.

Trzeba stwierdzić, że pocisk z „Piata” działa skutecznie najwyżej na odległość 80-100 metrów i trzeba przy tym wybrać dogodną pozycję, by się nie ześlizgnął – najlepiej więc trafić w bok, a nie z przodu czołgu. „Werny” i „Chambux” dobrze o tym wiedzieli i widocznie wyczekiwali na tę odległość i dogodną pozycję, natomiast „Wicher”, bardzo skądinąd dzielny i subordynowany żołnierz, nie wytrzymał widocznie nerwowo i gdy czołg zbliżył się na odległość 60-70 metrów - oddał strzał z karabinu.

               To wystarczyło. Strzał z armaty, seria z CKMu czołgu i po wszystkim. „Wernego”   z odłamkiem pocisku  w piersi z trudem doprowadził do Prochowni Francuz „Chambux”, „Wicher” z odłamkiem w brzuchu został przyniesiony na noszach. Straciliśmy bardzo dzielnych żołnierzy   i bardzo ważny dla nas punkt oporu. Czołg nieuszkodzony wrócił do swej bazy. Rama „Piata” ze sprężyną na szczęście ocalała i po niewielkiej naprawie mogła być używana.

             

Objaśnienie prostokątne: czołg niemiecki

Rannych natychmiast trzeba było odnieść do szpitala polowego, który znajdował się  w końcu ulicy Długiej. Był to jednak od nas kawał drogi, a poruszanie się wówczas po ulicach Starówki było bardzo utrudnione i niebezpieczne, ponieważ w wielu miejscach ulice znajdowały się stale pod obstrzałem karabinowym wroga, a wyrzutnie min zapalających i burzących zasypywały nas żelazem i ogniem. Poruszaliśmy się więc przeważnie piwnicami od domu do domu przez otwory wybite w murach tych piwnic.

Jednak z ciężko rannym było to niemożliwe, trzeba było więc,  ryzykując,  w wielu miejscach przechodzić ulicami. Niestety, strzelec „Wicher’ nie wytrzymał tej drogi  i zmarł, zanim go doniesiono do szpitala. Natomiast „Werny”, atletycznej budowy mężczyzna w sile wieku, około 30 lat, szczęśliwie przetrzymał tę drogę. Byłem osobiście u lekarzy operatorów, prosiłem o przyspieszenie badania i ratowanie tego mężnego i ze wszech miar wartościowego żołnierza i człowieka. Zrobili wszystko, co było możliwe w tych warunkach, lecz oświadczyli mi, że jedynie siła jego organizmu może go uratować, bo odłamek znajduje się blisko serca, czy arterii sercowych, już nie pamiętam, i że absolutnie nie można dokonać w obecnych warunkach operacji. Czekaliśmy. Był cały czas przytomny, pogodny, jednak  w końcu drugiego dnia skonał.

            Z całej obsługi „Piata” uratował się tylko jeden - strzelec „Chambux”  - Francuz, odnosząc tylko lekkie obrażenia.

 

 

 

VI. FEERYCZNY DRAMAT W POWIETRZU

 

Ponieważ tak nagle straciliśmy i to w dobrym miejscu i dobrze zamaskowane gniazdo „Piata”, trzeba było koniecznie stworzyć nową czujkę, chociażby tylko do obserwacji ruchów nieprzyjaciela, którego natarcia stale wzbierały na sile. Toteż na drugi dzień rano po tym tragicznym wypadku zabrałem dwóch żołnierzy i udałem się na teren fabryki od strony ul. Rybaki, aby ulokować w którymś z budynków nową czujkę.

            Trzeba wyjaśnić, że aczkolwiek podwórzec fabryczny był ze wszystkich stron otoczony zabudowaniami, to w jednym miejscu, od strony południowej, gdzie znajdowały się stanowiska niemieckie, właśnie z tej strony między dwoma niewysokimi budynkami była kilkumetrowa wąska przestrzeń. Niemcy tak nas pilnowali i osaczyli, gdzie tylko się dało, że i na tę wolną przestrzeń ustawili swoje punkty obstrzału z karabinów. Dobrze o tym wiedzieliśmy, ponieważ jak tylko ktoś ukazał się w tym polu widzenia, natychmiast następował ostrzał. Można było tylko czołgać się po ziemi lub szybko przeskoczyć tę przestrzeń. Ponieważ w danym wypadku prowadziłem ze sobą jednego z nowo przyjętych ochotników - strzelca „Sowę’, wytłumaczyłem mu jak tylko weszliśmy na podwórzec i byliśmy jeszcze osłonięci budynkami, że przy przebyciu tych 3-4 metrów od miejsca, gdzie staliśmy, do budynku, do którego zmierzaliśmy - należy wykonać kilka szybkich skoków, aby nie narazić się na strzał. Sam pierwszy wykonałem te skoki i stałem już przy drugim budynku obserwując nowicjusza „Sowę”. Był to dość tęgi mężczyzna lat około 32-35. Wolniutkim truchtem podążał do mnie, lecz naraz padło parę strzałów i ”Sowa” runął na ziemię. Znów ciężka sprawa. Podczołgaliśmy się do niego - ja z jednej strony, a drugi strzelec z ich punktu wyjścia. Żył jeszcze, więc czołgając się ciągnęliśmy go po ziemi do miejsca, z którego wyszedł. Był przytomny. Nie jęczał, krwi jakoś nie było widać. Przynieśliśmy mu łyk wody. Wstał i opierając się na naszych ramionach doszedł do Prochowni (mniej więcej 40-50 metrów), usiadł na ławce i momentalnie skonał.

            Tak niefortunnie zaczął się ten dzień, a wieczorem zdarzyła się na naszym odcinku jeszcze większa tragedia, aczkolwiek nie dotyczyła bezpośrednio naszego plutonu. Otóż jak zwykle w godzinach wieczornych obchodziłem nasze barykady i najbliższe otoczenie Prochowni - gdy znów – jak to było przed paru dniami - usłyszałem nad sobą cichy szum lecącego bez motorów samolotu po tej samej linii co poprzednio, tj. od strony Wisły w kierunku klasztoru na skarpie.

I w tej samej chwili cała powietrzna przestrzeń od naszej placówki aż do klasztoru kompletnie zapełniła się setkami czy nawet tysiącami świetlnych różnokolorowych pocisków z dział przeciwlotniczych. Ogarnęło nas zdumienie. Zdawało się, że pociski te lecą nie tylko zza Wisły, lecz także ze wszystkich czterech stron i zapełniają całą przestrzeń - taka była ich masa  i wyglądało to niezwykle pięknie, jakby na jakimś galowym święcie wyrzucano różnokolorowe ognie sztuczne w czerń nieba... Tymczasem rozgrywała się tuż nad naszymi głowami wielka tragedia. Trzy samoloty z zrzutami z Anglii zostały tego wieczora strącone i runęły gdzieś   w okolicy ul. Miodowej, a załogi ich zginęły. Taki był tragiczny ciąg dalszy tajemnicy oświetlania murów klasztornych.

            Ale nie było to jeszcze ostatnie wydarzenie w tym dniu, aczkolwiek była już godzina 23  w nocy. Otóż zameldowało się u mnie dwóch młodych ludzi b. lekko ubranych, legitymujących się rozkazem jednostki wojskowej, że mają przepłynąć Wisłę poniżej naszej placówki i dostać się na prawy jej brzeg. Prosili, aby im wskazać bezpieczne dojście do brzegu, aby mogli zanurzyć się  i popłynąć. Na moją uwagę, że właśnie tam znajdują się baterie artylerii i dział przeciwlotniczych - oświadczyli, że wiedzą o tym i dlatego popłyną. Oczywiście poleciłem odprowadzić tych śmiałków poniżej fabryki „Quebracho” do brzegu Wisły. Popłynęli. Więcej o nich nie słyszałem - do nas nie wrócili. Zadanie ich było mi nieznane; przypuszczam, że dotyczyło ono właśnie unieszkodliwienia tych baterii na przeciwległym brzegu Wisły.

 

VII. KOZA I NIEMIEC NA PLACÓWCE

 

Z rozkazu Dowództwa Baonu - pluton nasz był przeniesiony na 2 dni na inną placówkę. Właśnie zmieniliśmy się z 3-cim plutonem, który zajmował dotąd na tej samej ulicy Rybaki stanowisko  w Szkole Powszechnej przy zbiegu tejże ulicy i Wisłostrady, tuż w pobliżu Wytwórni Papierów Wartościowych bronionej przez inne, silne oddziały  AK.

            Sytuacyjnie obsada całego odcinka bronionego przez plutony Baonu por. „Dzika” przedstawiała się w ten sposób, że Prochownia zajmowała pierwszą pozycję kluczową, zagradzając wrogowi drogę od strony Podzamcza i Wisłostrady - gdy zajmowana obecnie przez nasz pluton Szkoła Powszechna była końcowym punktem i stykała się z odcinkiem zajętym przez inne oddziały powstańcze. Między tymi dwoma krańcowymi punktami znajdowała się trzecia placówka, obsadzona również przez 3 pluton naszego Baonu i mieściła się w dwóch dużych niewykończonych blokach, znanych wówczas pod nazwą „Pekin”.

Ponieważ nie znaliśmy dokładnie nowo obsadzonego terenu - zaraz na początku, z samego rana wyznaczyłem miejsce w ogródku przed szkołą od strony Wisłostrady na umieszczenie tam czujki obserwacyjnej  na Wisłostradę, skąd w tym okresie jedynie  mogli nas zaatakować Niemcy. Obsadę tej czujki w godzinach rannych, do południa, mieli pełnić dwaj strzelcy z grupy nowo przyjętych ochotników - już w czasie akcji na Prochownię. Byli nimi akurat ci sami „łazicy” nieskorzy do żadnej poważniejszej i niebezpieczniejszej służby. Sądziłem jednak, że obserwowanie niewielkiego odcinka i siedzenie cicho z karabinem w ręku nie będzie dla nich zbyt trudnym zadaniem.

                   Jak się wkrótce okazało - nie potrafili wykonać nawet i tak łatwego zadania.

 Przed samym południem obchodząc stanowiska wewnątrz budynku z przerażeniem, a raczej zdziwieniem zobaczyłem z pierwszego piętra, że tuż przed naszą placówka i to już pod linią naszej wysuniętej czujki maszeruje sobie najspokojniej umundurowany żołnierz  Wehrmachtu.

Prędko zbiegłem na parter i przez salę gimnastyczną zmierzałem ku wyjściu od strony Wisły i tuż - prawie  w drzwiach natknąłem się na tego żołnierza niemieckiego.

Oczywiście na mój rozkaz podniósł ręce do góry i stał spokojnie nie okazując zdziwienia ani zakłopotania. W międzyczasie nadbiegł sierżant „Marek” z żołnierzami  i dokładnie go zrewidował. Oprócz pistoletu i jakiegoś scyzoryka nic przy sobie nie miał. Po odebraniu tych przedmiotów   i paska zapytałem go, co to wszystko ma znaczyć, w jakim celu on tu przyszedł? Odpowiedział, że nie mógł dłużej wytrzymać  w tej ciągłej i beznadziejnej walce  i postanowił dobrowolnie oddać się w ręce powstańców. Był to mężczyzna w średnim wieku, lat 34-35, zmizerowany, apatyczny  i na wygląd zrezygnowany.

            Nie pozostawało mi nic innego, jak odesłać go do dowództwa, toteż poleciłem plutonowemu „Młotowi” aby wziął dwóch strzelców i odprowadził go przy moim raporcie do D-wa Baonu. Gdy eskortujący jeńca przechodzili koło naszej placówki „Pekin”, według meldunku plutonowego „Młota”, podskoczył do nich ppor. „Napoleon” i w bardzo ostrej formie zażądał wydania mu jeńca celem rozstrzelania go, jednocześnie krytykując moje zarządzenie i tolerancję. Żołnierze mego plutonu jednak kategorycznie sprzeciwili się temu tłumacząc się, że muszą wykonać dany im rozkaz i jeńca doprowadzili do D-twa Baonu. W międzyczasie badałem, jak to mogło się stać, że obsada czujki nie widziała i przepuściła wspomnianego jeńca niemieckiego. Czujkę znalazłem nie obsadzoną – „łazików” nie było. Zjawili się dopiero przed obiadem przynosząc skądś upieczoną kozę. Okazało się, że obserwując z czujki teren - zobaczyli gdzieś w pobliżu nie wroga, lecz uwiązaną kozę. To im wystarczyło - złapali i zabili kozę, a następnie po zdarciu z niej skóry  i wypatroszeniu - gdzieś w końcu ogródka upiekli ją częściami na rożnie. Co prawda w tym czasie głód nam często dawał się we znaki, mięsa w ogóle już dawno nie widzieliśmy, a z Baonu otrzymywaliśmy minimalne porcje skąpej i mało wartościowej żywności, a i to bardzo nieregularnie. Nie mogło to jednak usprawiedliwić postępku tych dwóch „wojaków” - ale cóż mogłem zrobić w naszych ówczesnych warunkach poza ostrą naganą i ostrzeżeniem przed frontem plutonu.

            Następnego dnia wróciliśmy na naszą stała placówkę - Prochownię, gdzie pozostawaliśmy aż do wycofania się oddziałów powstańczych ze Starówki. 

 

 

VIII. TRAGICZNY FINAŁ ZDOBYTEGO CZOŁGU

 

W dniu 13-go sierpnia po odparciu ataków przeciwnika na Prochownię - udałem się po południu     z meldunkiem do D-twa Baonu. Drogą okólną, via ul. Brzozowa, częściowo połączonymi piwnicami sąsiednich kamienic doszedłem na Stary Rynek. Ulicą Mostową już w tym czasie było bardzo niebezpiecznie chodzić, ponieważ znajdowała się ona pod obstrzałem z pozycji nieprzyjaciela. Stary Rynek już wówczas przedstawiał tragiczny obraz zgrozy i zniszczenia. Wszystkie bez wyjątku domy były mniej lub więcej zniszczone, niektóre zupełnie rujnowane, większość bez dachów, z podziurawionymi murami, bez okien i drzwi. Na jezdni Rynku w kilku miejscach leżały niewypały, tzw. "grube Berty " o średnicy 60 cm i przeszło 1m długości. Poza tym cały Rynek był w gruzach i pełen lejów.

            Po omówieniu z D-cą Baonu, por. "Dzikiem"  dalszego planu działania na moim odcinku, udałem się razem z D-cą Kompanii - por. „Oppenheimem” i komendantką naszej grupy sanitariuszek okólnymi uliczkami w kierunku ul. Kilińskiego, gdzie był upatrzony lokal dla D-twa baonu, ponieważ obecny - na Starym Rynku - był tak zniszczony, że dalsze pozostawanie w nim było niemożliwe. Znów traf chciał, że lokal znajdował się w domu nr 3 przy ul. Kilińskiego, gdzie w czasie okupacji mieszkał mój przyjaciel - kapitan Stan. Dłużniakiewicz (o ile sobie przypominam - pseudonimOrlicz”), który właśnie wciągnął mnie do pracy konspiracyjnej w roku 1942. Zginął on przed wybuchem Powstania - zdaje się schwytany przez Niemców na Pradze z bibułą konspiracyjną. Mieszkanie, które było upatrzone dla D-twa, doskonale znałem z tamtych czasów   i uważałem, że poza tym, iż znajdowało się ono na ostatnim -  3-m piętrze - doskonale nadawało się co do wielkości  i rozkładu do tego celu.

            Po obejrzeniu rozkładu usiedliśmy na kanapie w rogu olbrzymiego pokoju jadalnego aby się naradzić. Zaledwie zdążyliśmy usiąść, jak rozległy się na ulicy niezwykle głośne masowe okrzyki    i wiwatowania. Zainteresowało to nas, więc poszliśmy do sąsiedniego pokoju frontowego i wyszliśmy na balkon. Ujrzeliśmy niezapomniany widok: nieco na ukos od nas w odległości 25-30 metrów przed barykadą przecinającą ulicę Podwale, przy zbiegu z ul. Kilińskiego stał niewielki czołg niemiecki dosłownie oblepiony naszymi rozradowanymi i wiwatującymi żołnierzami powstańczymi. Wokół niego i dalej na ul. Kilińskiego tłumy wiwatujących podnieconych ludzi cywilnych i wojskowych. Wrzawa i objawy radości nie do opisania! Postaliśmy tam parę minut - zrozumieliśmy, że ten zdobyty na Niemcach czołg czy tankietka ma być prze-prowadzony przez barykadę – nad czym pracowało paru żołnierzy i cywilów - zasypując i wyrównując w jednym końcu głęboki rów przed barykadą.

            Coś mnie jednak nieprzyjemnie tknęło - przypomniały mi się podobne obrazki  z innych czasów i okoliczności - i za- proponowałem, abyśmy wrócili do pokoju: wziąłem pod rękę moją sąsiadkę i wszyscy troje opuściliśmy balkon. Ledwie usiedliśmy na tej samej kanapie w jadalnym pokoju i mieliśmy otworzyć butelkę wina - gdy nagle rozległ się straszliwy huk, w pokoju pociemniało, na lewo od nas z pokoju frontowego,  w którym byliśmy przed chwilą, wyleciały            z futryną drzwi, górna pokrywa fortepianu stojącego w przeciwległym rogu przy oknie podniosła się i z hukiem opadła: w ogóle naokoło w tych paru chwilach działo się coś niesamowitego  i niezrozumiałego - wszystko się trzęsło, sypało, leciało.

Siedzieliśmy w rogu jak skamieniali - nie wyrzekliśmy jednego słowa. W tych ułamkach sekund usilnie pracował mózg, tłoczyły się pytania: co się stało? Nie było przecież nalotu Luftwaffe, nie słyszeliśmy ani gwizdu lecących bomb czy pocisków, czy wreszcie naciąganych wyrzutni min, do rozpoznania których byliśmy doskonale wprawieni. Ale to nasze osłupienie szybko zostało przerwane. Z sąsiednich dwóch pokoi frontowych usłyszeliśmy rozpaczliwe krzyki  i wołania  o ratunek - znajdujących się tam rannych sanitariuszek. Prędko tam pobiegliśmy i ujrzeliśmy - najpierw jedną sanitariuszkę, która stała z wyciągniętymi przed siebie rękami, a twarz jej przedstawiała jedną krwawą maskę – jak się później okazało - twarz ta była pełna odłamków szkła   z wybitych podmuchem powietrza szyb okiennych. Drugie dwie poważnie poranione odłamkami cegieł i żelaza leżały na podłodze w drugim pokoju jęcząc i wijąc się z bólu.

            Trzeba było natychmiast znieść je na dół, aby opatrzyć ich rany w znajdującym się na szczęście prawie tuż naprzeciwko szpitalu - w końcu ul. Długiej.

Podczas gdy będąca z nami ich przełożona udzielała im pierwszej, jakiej mogła pomocy - pobiegłem do drzwi wejściowych, aby sprowadzić kogoś do pomocy i zniesienia rannych na dół. Niestety, frontowa klatka schodowa była tak zniszczona i zatarasowana  wyłamanymi drzwiami, futrynami   i gruzem, że nie mogłem tam przejść. Prędko więc skierowałem się do kuchni i ta drugą klatką schodową zbiegłem na dół i na ulicę.

            Tu dopiero zobaczyłem mrożące krew w żyłach piekielne skutki wybuchu tego czołgu, który jeszcze przed paru minutami widzieliśmy przed barykadą. Ten podstęp niemiecki przypłacili życiem dosłownie wszyscy znajdujący się na otwartej przestrzeni w obrębie paruset metrów kwadratowych wokół czołgu, a poza tym masa ludzi mieszkających  w okolicznych domach odniosła większe lub mniejsze rany. Sam placyk przy zbiegu ulic Podwale i Kilińskiego oraz frontony otaczających go domów wyglądały bez przesady - makabrycznie. Nie widziałem tam trupów - całych ciał ludzkich, nie słyszałem ani jednego jęku- natomiast wszędzie pełno było ludzkich szczątków na jezdni, na parapetach okiennych, balkonach, gzymsach dachów, nawet na przewodach elektrycznych - wszędzie leżały i zwisały strzępy ludzkich ciał i poszarpanych wnętrzności. Tu noga, tam  nów ręka, dłoń czy palce, a najczęściej jakieś nie do rozpoznania strzępy mięsa i wnętrzności. Wszystko to bez śladów jakiegokolwiek ubrania, które widocznie siłą podmuchu zdarte zostało z ciał ludzkich i w drobnych strzępach rozrzucone po okolicy.

        W jednym miejscu z wielkim zdziwieniem zobaczyłem górną połowę korpusu kobiety mniej więcej od pasa w górę, która zupełnie naga z głową o rozpuszczonych blond włosach stała oparta    o mur jednego nieco dalej stojącego domu. Zgrozę i wprost piekielny ten obraz dopełniały jeszcze lamenty i łzy ludzi, którzy szukali wśród tych ludzkich strzępów - czegoś, po czym mogliby poznać swoich bliskich, którzy tu zostali rozszarpani oraz przeraźliwy swąd, widocznie od spalonych ciał ludzkich.

            Takie były makabryczne skutki podstępu wroga, który udając zaskoczenie oddał w  ręce powstańców czołg, w którym znajdował się widocznie ogromny ładunek materiału wybuchowego   z nastawionym mechanizmem zegarowym. Trudno mi określić dokładnie, ilu powstańców  i ludności cywilnej straciło w ciągu tych paru sekund życie, lecz z tego co widziałem na 1-2 minuty przed wybuchem z balkonu domu przy ul. Kilińskiego 3 - można wnioskować, że było tam około 200-250 osób, a przecież nikt z nich nie został przy życiu. Gdybyśmy pozostali te parę minut dłużej na balkonie - spotkałby nas troje taki sam los.

 

IX. TAJEMNICZY STRZAŁ

 

Z początkiem trzeciej dekady sierpnia akcje ofensywne Niemców i zaciśnięcie ze wszystkich stron pierścienia otaczającego stanowiska powstańców na Starówce przybrały  tak na sile, że stwarzało to poważna groźbę dla dalszego utrzymania naszych stanowisk.

            W tym właśnie okresie został przydzielony przez D-two Baonu do mego plutonu młody podporucznik, którego nazwiska ani pseudonimu niestety sobie nie przypominam, a to skutkiem tego, że wydarzenia na naszym odcinku rozwijały się z taką szybkością, iż nie miałem czasu bliżej się z nim zapoznać. Ponieważ ppor. ten przybył razem z niewiastą - oddałem im do dyspozycji mały pokoik na parterze z oknem wychodzącym na podwórko. Niedługo po tym zostałem zaproszony do nich, gdzie ku memu zdumieniu zastałem ppor. „Napoleon” z sąsiedniego odcinka oraz dwóch młodych jego współtowarzyszy.

Ze mną przybył mój podchorąży „Zawadzki”. Zaraz na wstępie po przywitaniu się zostałem poczęstowany kieliszkiem wódki. Równocześnie jeden z towarzyszących ppor. „Napoleon” młodych ludzi zwrócił się do mnie z prośbą o pozwolenie wypróbowania zdobytego pistoletu. Muszę obecnie przyznać, że dość nieoględnie zezwoliłem mu na to, zastrzegając, aby oddał najwyżej dwa strzały na podwórku z zachowaniem niezbędnych ostrożności. Ponieważ się spieszyłem, nawet nie siadałem i rozmawiałem z nimi stojąc opodal okna, a tuż przy mnie stał podchorąży „Zawadzki”.

            Nagle padł ostry strzał i poczułem gwizd kuli przelatującej tuż poniżej mojej twarzy. Równocześnie podch. „Zawadzki” zwalił się na podłogę. Byłem tym tak zaskoczony, że w pierwszej chwili odruchowo wyrwałem pistolet drugiemu ze współtowarzyszy „Napoleona” i powąchałem jego lufę czy nie czuć zapachu po świeżym wystrzale. Charakterystycznego zapachu nie stwierdziłem. Z czego wynikało niezbicie, że strzał padł z zewnątrz przez otwarte okno z podwórza. Skoczywszy do „Zawadzkiego” stwierdziłem, że został trafiony kulą w podudzie.

   Z tego wynikało, że kula szła pod kątem przynajmniej 40 stopni, a strzał musiał być oddany z dachu szopy znajdującej się naprzeciwko okna w końcu podwórza. Pierwszą moją czynnością było zajęcie się rannym i podczas prowizorycznego bandażowania stwierdziłem, że kula nie przeszła na wylot, z czego wynikało, że strzał był oddany z dalszej odległości. To również potwierdzało moje przypuszczenie, że strzelano z dachu wspomnianej szopy, a więc z odległości około 40-50 metrów.

            Rannego „Zawadzkiego” zabraliśmy z tego pokoju  i natychmiast został on przeniesiony do budynku klasztornego,  gdzie znajdował się pomocniczy punkt opatrunkowy i leżeli lżej ranni. Kiedy wróciłem na placówkę, nikogo z obcych przybyszów już nie było. Szybkość rozwijających się wydarzeń nie pozwoliła mi bliżej zająć się wyjaśnieniem tej przykrej sprawy, tym niemniej zdaje się nie ulegać najmniejszej wątpliwości, że kula ta przeznaczona była dla mnie, a wystrzelona została przez owego młodzieńca, który prosił mnie o wypróbowanie swego pistoletu. Właściwym zaś organizatorem całej tej brzydkiej akcji był „ktoś”, kto chciał się zemścić za nie wydanie mu jeńca - Niemca na rozstrzelanie.

.

 

X. ZWIASTUNY WYZWOLENIA

 

Nareszcie! Chwała Bogu!- doczekaliśmy się - takie mniej więcej wypowiedzi słyszało się tego przedpołudnia na naszych barykadach. Widzieliśmy bowiem wysoko, wysoko ogromną ilość opadających nad Warszawą spadochronów. Nareszcie więc nadchodziła pomoc w postaci większej ilości zrzutów z bronią i amunicją, których powstańcom tak brakowało.

Ale był jeszcze i drugi, bodaj ważniejszy powód do radosnego nastroju i optymizmu. Otóż prawie równocześnie usłyszeliśmy dalekie, od północnego wschodu dochodzące, początkowo pojedyncze - strzały armatnie, a niedługo po tym prawdziwą, aczkolwiek jeszcze daleką kanonadę. Wiedzieliśmy, że to wojska radzieckie zbliżają się do Warszawy i nie wątpiliśmy, że nadchodzą ostatnie dni niemieckiego panowania, że Wyzwolenie jest tuż przed nami.

Jak wyżej wspomniałem, sytuacja na Starówce stawała się wówczas z godziny na godzinę groźniejsza. Dosłownie prawie bez przerwy zasypywani byliśmy pociskami z dział wszelkiego rodzaju zarówno z ziemi, jak i z powietrza,  a pierścień otaczający Starówkę stale się zacieśniał.

Nic więc dziwnego, że w tym momencie we wszystkich wstąpiła otucha - nowa dawka zapału do nierównej  i morderczej walki - byle tylko wytrwać do końca na swych powstańczych posterunkach.

            Niestety - to wszystko nie poszło tak pomyślnie  i gładko, jak przypuszczaliśmy. Jeżeli chodzi o zrzuty - to jak dowiedzieliśmy się - większość  z nich trafiła w ręce niemieckie, a wojska radzieckie jakoś nie nadchodziły.

Tak więc znów pozostaliśmy w tych samych ciężkich warunkach, w których byliśmy dotąd, a wróg z jeszcze większą energią nacierał na nasze placówki obronne i dziesiątkował szeregi powstańcze.

 

 

XI. NIEMCY NA PROCHOWNI

 

Dzień 23 sierpnia śmiało można nazwać sądnym dniem Prochowni i jej obrońców. Zaczęło się prawie tak samo jak co dzień, lecz nieco wcześniej, bo już od godziny 5 rano rozpoczęło się bombardowanie placówki, kolejno przez samoloty oraz czołgi i wyrzutnie min, tzw. „krowy” względnie „szafy”. I tak z króciutkimi  przerwami w kółko. Na długo przed południem zauważyliśmy wzmożony ruch oddziałów piechoty od Podzamcza i większą niż zwykle ilość czołgów. Jasne było, że przygotowuje się jakaś na większą skalę zakrojona akcja, toteż nie zwlekając zawiadomiliśmy współpracujące z nami plutony AL i Czwartaków, że sytuacja zapowiada się groźnie i prosimy o przybycie nam z pomocą. Niedługo po tym pluton AL por. „Gustawa” i pluton Czwartaków  ppor. ”Trocha” były już na naszej placówce.

            Przewidywania nasze okazały się jak najbardziej słuszne. Ledwie zdążyliśmy ustalić plan działania, gdy czołgi rozpoczęły natarcie od strony Wisłostrady, ostrzeliwując naszą placówkę ze swoich dział - na ukos od ul. Boleść, a za nimi posuwały się grupki piechoty. Równocześnie otrzymaliśmy meldunek z nieco wysuniętej czujki - znajdującej się w jednym z domów przy ul. Bugaj, że oddziały niemieckie i z tej strony posuwają się - kryjąc się za domami tej ulicy                 w kierunku naszej barykady przecinającej ul. Bugaj. Wyglądało więc na to, że mieliśmy być wzięci jakby w kleszcze z dwu stron, tj. od ul. Boleść i od ul. Bugaj równocześnie. Obie nasze barykady już od samego rana znajdowały się oczywiście w pełnej gotowości bojowej, a obecnie obsada ich została poważnie wzmocniona zarówno liczebnie, jak też przez umieszczenie na nich karabinu maszynowego z plutonu AL.

            Ale ja wiedziałem, że to jeszcze nie wystarcza.  Z codziennych obserwacji przebiegu natarć wroga i możliwości obronnych naszej placówki wiedziałem, że sforsowanie obu naszych barykad nie jest łatwe dla wroga i musi pociągnąć większe straty. Natomiast słabszym naszym punktem może okazać się nasze zaplecze od strony wschodniej, gdzie wróg się może przedostać niepostrzeżenie z terenu fabryki „Quebracho” i gdzie nie posiadamy dostatecznego zabezpieczenia ani żadnego wysuniętego punktu obronnego. Przypuszczałem, że główne natarcie piechoty nastąpi właśnie z tej strony i wtedy bylibyśmy osaczeni z trzech stron.

            Jak już wspomniałem, budynek Prochowni ma kształt odwróconej litery „L”, przy czym fronton głównego budynku wychodzi na ul. Rybaki i stanowi dolną podstawę tej litery, a wydłużona jej linia górna tworzy węższe skrzydło budynku głównego, leżące wzdłuż ul. Boleść. W tym prostokącie między budynkiem głównym, a jego bocznym skrzydłem mieściło się podwórko z obu stron otoczone zabudowaniami lub częściowo murem fabryki „Quebracho”. I tu właśnie - od węższej strony podwórka przylegającej do zabudowań fabrycznych wychodzących w stronę Wisły - moim zdaniem był najsłabszy nasz punkt.

            Wróg po dokładnym i systematycznym zniszczeniu głównego budynku fabryki (stojącego przy Wisłostradzie), doskonale wiedział, że nie ma tam żadnej obronnej placówki, że tam mu nic nie grozi i na pewno zechce wykorzystać tę drogę do wdarcia się na Prochownię od tyłu.

            Toteż powierzywszy obronę barykad podchorążemu „Orlikowskiemu” ze st. sierż. „Markiem” , wspólnie z por. A.L. „Gustawem” - sam natychmiast zabrałem się do zorganizowania obrony na tym, moim zdaniem niebezpiecznym odcinku.

 W tym celu ustawiłem jeden CKM z obsługą na podeście półpiętra klatki schodowej - odpowiednio go osłaniając czym się dało od strony okna wychodzącego na podwórko. W ten sposób całe, zresztą niewielkie podwórko znajdowało się w całkowitym zasięgu i władaniu tej broni maszynowej i strzelec nawet średniej miary mógł przez dłuższy czas bronić dostępu z tej strony. Poza tym do pomocy tej zasadniczej obrony ustawiłem wyżej, tzn. na podeście 1-go piętra tuż nad  CKM-em dwóch lepszych strzelców z karabinami i dwóch z granatami.

            W oknie parterowego pokoju wychodzącego na podwórko również było dwóch strzelców     z karabinami.

            Dochodziło już południe i strzelanina szczególnie wzdłuż ul. Boleść, stale wzbierała na sile. Nieosłonięta część skrzydła bocznego Prochowni, która już przed tym w paru miejscach była podziurawiona przez czołgi - obecnie była mocno ostrzeliwana i powstawały w niej nowe duże wyrwy. Natomiast obie barykady były prawie zupełnie nie uszkodzone, a załoga ich dzielnie stawiała opór nie dopuszczając nieprzyjaciela na bliższy dystans i uniemożliwiała wdarcie się wroga na Prochownię od strony ul. Boleść.

            Od strony ul. Bugaj natarcia większego właściwie jeszcze nie było, tylko sporadyczne wypady i strzały dawały znać, że i z tej strony nieprzyjaciel jest blisko. Po raz pierwszy nieprzyjaciel wprowadził do akcji granatniki, które stale dawały znać o sobie pękającymi granatami, raniąc paru naszych żołnierzy.

            W międzyczasie, zaalarmowany widać tak silną strzelaniną - przybył nam  z pomocą również silny pół-pluton „Wigrów”, który już nieraz pomagał nam w trudnych sytuacjach. Zyskaliśmy przez to jeszcze jeden karabin maszynowy i kilkanaście karabinów, a przede wszystkim bardzo dzielnych i miłych towarzyszy broni.

            Taki stan trwał jeszcze przez parę godzin – ogień z obu stron nie ustawał, z tym oczywiście, że od strony nieprzyjaciela był znacznie silniejszy i skuteczniejszy, bo w akcji brały udział również czołgi.

            Budynek Prochowni, a raczej jego boczne skrzydło, dalej ulegał zniszczeniu, ale wąska uliczka i znacznie wyżej znajdująca się nad atakującym nieprzyjacielem barykada - dawały nam pewną przewagę i widocznie onieśmielały nacierających piechurów, którzy stale musieli być pod obstrzałem z naszej barykady - nie mając żadnej osłony na ostro spadającej pod barykadą uliczce. Czołgi stojące niżej -

w odległości około 200 metrów od barykady - na ukos - jakoś nie odważyły się jeszcze wjechać w samą uliczkę. Ja jednak osobiście ciągle z obawą oczekiwałem natarcia z innej strony   i przeważnie przebywałem na odcinku podwórka i klatki schodowej - bacznie obserwując, co się tam dzieje.

            I stało się. Gdzieś około godziny 16-17-tej, stojąc przy CKMie na półpiętrze klatki schodowej wraz z załogą - ujrzeliśmy, jak  z za rogu bocznego skrzydła Prochowni wysuwa się   w stronę podwórka bardzo, bardzo powoli jakaś ciemna osłona, coś w rodzaju wyjętego z zawiasów dużego skrzydła bramy.

Stoimy przyczajeni - zabroniłem oddania strzału bez mego rozkazu. Zasłona wysuwa się dalej. Jest już jakieś półtora metra w stronę podwórka. Widzimy pod nią jakby cienie stóp. Opuszczam rękę. Jedna i druga seria z CKMu i zasłona momentalnie zostaje cofnięta. Ale jeden Niemiec leży na ziemi. Zaraz jednak zostaje wciągnięty za róg domu.

            Nie strzelamy. Czekamy - co będzie dalej? Jasne jest, że Niemcy weszli od strony fabryki   i teraz próbują wedrzeć się i osaczyć nas od strony podwórka, bo  z drugiej strony skrzydła naszego budynku, tj. od strony ul. Boleść nie puszczają ich nasi chłopcy z barykady. Za parę minut powtarza się ta sama historia z osłoną i z tym samym skutkiem. Jednak wyjść bez osłony i rzucić się do natarcia na nas - jakoś nie mają odwagi. Aż raptem słyszymy jakiś szum, syczenie i nagle całe nasze podwórko tonie w kłębach dymu. Robi się zupełnie ciemno. Widać zastosowali dymne świece, by pod ich osłoną wedrzeć się do nas. Ale nie zdążą! Rozkaz- „Ognia!”- bez przerwy, wprost na posadzkę podwórka i z CKMu i z wszystkich 4 karabinów. Gdy rozwiała się dymna zasłona- żywych Niemców na podwórku nie było - natomiast paru wiło się  i czołgało do rogu budynku, a paru leżało bez ruchu. Czekamy dłuższą chwilę - robi się już zmrok, ciemnieje. I nagle   z okien piwnicznych tegoż bocznego skrzydła (zza którego wysuwała się na początku ich drewniana „tarcza”) - lecą w naszą stronę granaty ręczne i znów świece dymne.

            Oczywiście trafić w okna piwnicznego budynku stojącego do nas pod kątem prostym jest prawie niemożliwe, ale strzelamy bez przerwy, aby uniemożliwić im wydostanie się z okien piwnicy i wdarcie się do naszych drzwi wejściowych. Początkowo przeraziłem się widząc Niemców    w piwnicy naszej „twierdzy”, ale prędko ochłonąłem. Trzeba wiedzieć, że piwnice tego skrzydła nie miały połączenia  z piwnicami budynku głównego. Przypisać to należy temu, że prawdopodobnie w czasach średniowiecznych, gdy Prochownia była wybudowana, istniał tylko jeden korpus główny, który wychodzi frontem na ul. Rybaki, a to skrzydło zostało dopiero znacznie później dobudowane.

            Niemcy jeszcze kilka razy wrzucili z okien piwnicy granaty ręczne, które jednak nie mogły wyrządzić nam żadnej krzywdy. Mrok już zapadał na dobre. Paru naszych chłopców chyłkiem prześlizgnęło się przez drzwi wejściowe na podwórko i czając się, przylepieni po prostu do muru budynku, w piwnicach którego byli Niemcy - wrzucili kilka granatów przez okna do piwnicy. Odpowiedzi nie było. Żaden posterunek z klatki schodowej nie został zdjęty do późnego wieczora. Wreszcie zaryzykowaliśmy wyjście na podwórko z granatami w ręku. Niemców nie było już nigdzie. Tak skończył się ich krótki pobyt na podwórku naszej Prochowni.

            A na barykadach? Jednak czołg niemiecki, ustawiwszy się na wprost ul. Boleść, trafił paru pociskami w barykadę górną i poważnie zranił odłamkami kilku jej obrońców - zarówno z mego plutonu, jak też plutonu Czwartaków ppor. „Trocha”.

            Ściemniało się już zupełnie. Strzelanina ustała. Niemcy się wycofali. Prochownia broniła nadal dostępu na Starówkę od strony Wisły. Pozmienialiśmy warty w budynkach i od strony podwórka, a wspomagające plutony wróciły na swoje placówki. Było zupełnie ciemno. Wokół panowała rzadko w naszych warunkach spotykana złowroga cisza. Przemęczone załoga odpoczywała i posilała się, czym mogła.

            W pewnym momencie - gdy stałem tuż przed głównym frontem Prochowni - od strony ul. Rybaki usłyszałem gwizd  i poczułem na lewym policzku tak silne uderzenie - jakby deską. Zwaliłem się jak długi na ziemię i pierwszy raz mi się to zdarzyło - krzyknąłem. Natychmiast jednak wstałem, dotknąłem ręką twarzy była lepka - tak samo ubranie na piersi.

Było ciemno, więc nic nie widziałem i zdziwiłem się, skąd może być tyle krwi - czułem tę ciepła lepką ciecz wszędzie na sobie. Zaraz nadbiegły do mnie sanitariuszki, zaprowadziły do budynku i tam przy świecy wyjęły mi z policzka kawałek żelaza  i obandażowały  głowę - ale tak, że oczy i usta miałem wolne. Oczywiście był to odłamek pocisku granatnika, którym poczęstowali mnie Niemcy na dobranoc. Wielkiego bólu nie odczuwałem i mogłem nadal pełnić swą służbę.

            Zaraz niedługo po tym do Prochowni zeszli się wyżsi dowódcy części odcinka wschodniego, zarówno z AK jak i AL. Przy świetle ogarka świeczki w małym, nie zrujnowanym jeszcze pokoiku odbywała się narada nad dalszym planem działania na tym odcinku. Brali w niej udział: dowódca naszego Baonu por. „Dzik”, jego zastępca, por. „Leliwa” oraz dwóch nieznanych mi z nazwiska oficerów w randze kapitana  i porucznika - prawdopodobnie ze zgrupowania kapitana „Trzaski” oraz gł. Dowódca Oddziałów AL na Starówce – jeśli się nie mylę - kpt. „Szwed”.

            Po wstępnych wyjaśnieniach sytuacji forsowany był projekt natychmiastowego przeciwnatarcia, aby opanować tzw. Czerwony Dom (Dom Polaków Za Granicą) - gdzie znajdował się główny punkt wypadowy oddziałów niemieckich na tym odcinku. Jednak po dokładnym zapoznaniu się przez dowództwo z danymi o rozlokowaniu wokół tego domu stanowiskami nieprzyjaciela, a w szczególności ze względu na szeroką otwartą przestrzeń przed tym domem,  z której jedynie moglibyśmy przeprowadzić natarcie nie mając żadnej osłony – plan ten został zaniechany.

 

 

XII. POCZĄTEK KOŃCA

 

Aczkolwiek wytrzymaliśmy w ciągu całego dnia 23 sierpnia największe ze wszystkich dotychczasowych natarcie wroga - odrzuciliśmy oddziały piechoty nawet z terenu podwórka naszej Prochowni - to jednak sytuacja nasza znacznie się pogorszyła.

            Przede wszystkim całkowicie utraciliśmy kontrolę nad przylegającymi do naszej placówki głównymi  zabudowaniami  (a raczej szkieletami tych zabudowań) fabryki Quebracho, które wychodziły frontem na Wisłostradę, a bocznym skrzydłem na ul. Boleść. Jedynie zabudowania gospodarcze wychodzące na ul. Rybaki były jeszcze pod naszą kontrolą. Taka sytuacja znacznie pogorszyła możliwości naszej obrony i każdej chwili groziło niebezpieczeństwo wdarcia się wroga  z tego niekontrolowanego przez nas odcinka fabryki – czyli z odległości zaledwie kilkunastu metrów.

            Poza tym liczebny stan plutonu poważnie się zmniejszył na skutek utraty w zabitych   i rannych (od 8 sierpnia: 5 zabitych i 8 rannych), a pozostała garstka była przemęczona i znacznie utraciła początkowy zapał i bojowość. Wśród poległych znajdowało się większość właśnie najdzielniejszych żołnierzy: podchor. „Orlikowski”, podchor. „Sarenka”, strzelcy: „Werny”, „Wicher” oraz „Sowa”. Pozostało przy życiu jeszcze kilku bardzo dzielnych żołnierzy, jak st. sierżant „Marek”, ranny podchor. „Zawadzki” (w szpitalu), strzelcy: „Niewiadomski”, „Michalski”, „Sęp”, „Młot” i jeszcze może paru innych – natomiast reszta w ilości 15 już nie przedstawiała większej wartości bojowej, bądź z powodu przemęczenia, bądź z powodu załamania się psychicznego i determinacji (wśród nich znajdowało się  czterech wspomnianych już poprzednio „łazików”).

            Tymczasem ofensywa niszczycielska nieprzyjaciela doszła do niebywałych rozmiarów. Nad całą Starówką, a raczej jej częścią, znajdującą się jeszcze w rękach powstańców, krążyły od świtu do późnego wieczora samoloty wroga, burząc i zapalając resztę stojących jeszcze domów oraz szpitale i kościoły. Pociski z ciężkich haubic, z wyrzutni rakiet burzących i zapalających, akcje „Goliatów” i innych czołgów dopełniały miarę grozy i zniszczenia. Ludzie przemykali między domami jak obłąkani. Nieraz widziało się biegnące żywe pochodnie - byli to nieszczęśliwcy, na których płonęła odzież zbryzgana płynem zapalającym z wyrzutni rakietowych. Niewielu z nich zdołano uratować - szpitale były przepełnione poparzonymi. Mnie osobiście cudem udało się uniknąć takiego losu dosłownie w ostatniej chwili, schroniłem się przed rozpryskiem pocisku za wystający narożnik jakiegoś domu przy ul. Freta.

            W tych warunkach trzymaliśmy się jeszcze resztką sił na swojej placówce, ale wydarzenia   w dniach 26 i 27 sierpnia przesądziły dalsze możliwości obrony Prochowni. W tych bowiem dniach nieprzyjaciel przypuścił generalny szturm na pozostałe powstańcze główne punkty obronne. W dniu 27 sierpnia padła reduta w Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych przy ul. Zakroczymskiej, a przed tym jeszcze szkoła znajdująca się w pobliżu - w końcu ul. Rybaki. W ten sposób ul. Rybaki została otwarta dla wroga od strony północnej, a nasza Prochownia znalazła się niżej nowo zdobytej przez Niemców reduty P. W. P. Wartościowych. Również i od strony południowej sytuacja przedstawiała się nie mniej groźnie, ponieważ leżąca wyżej od naszej placówki – ul. Brzozowa była prawie całkowicie w rękach nieprzyjaciela. Dzięki temu Prochownia znalazła się jakby na dnie worka i jedynym wolnym kierunkiem było wyjście w stronę ul. Mostowej i na Nowe Miasto.

            W związku z tym, z rozkazu D-twa Baonu musieliśmy opuścić Prochownię - pozostawiając jedynie kilkuosobowe czujki przy zbiegu ulic Rybaki i Mostowej oraz nieco wyżej, mniej więcej     w połowie tejże ul. Mostowej. Z dniem 28 sierpnia 1944 r. Prochownia przestała być bastionem obronnym Starówki od strony Wisły - jak i wiele innych podobnych jej placówek. Zadanie to skutecznie spełniała bez przerwy od dnia 8 sierpnia, tj. w ciągu pełnych 20 dni.

            Pisząc tu o obronie Prochowni, nie wolno pominąć milczeniem zachowania się ludności cywilnej tego odcinka podczas stałych, nękających akcji przeciwnika w postaci ciągłego bombardowania z powietrza i ziemi oraz jego bezpośrednich ataków na naszą placówkę, a z drugiej strony trudności i niewygód wynikających z naszych akcji obronnych. Jak wiadomo, dzielnica ta była zamieszkała  w ogromnej większości przez ludność ubogą, przeważnie pracowników fizycznych z fabryk, warsztatów, przedsiębiorstw usługowych lub wręcz niewykwalifikowanych fizycznych wyrobników, częściowo też przez drobnych rzemieślników warsztatowych lub drobnych handlarzy. Wszyscy oni w tym okresie bez wyjątku byli oczywiście bez pracy i nie posiadali prawie żadnych środków materialnych, a więc znajdowali się w niesamowitej nędzy i strasznych warunkach życiowych. Gnieździli się -  z bardzo nielicznymi wyjątkami - w piwnicach starych domów masowo, całymi rodzinami w nie do opisania antysanitarnych warunkach, żywiąc się byle czym, aby tylko nie umrzeć z głodu.

            My w czasie naszych akcji stale musieliśmy przedzierać się przez połączone piwnice sąsiadujących domów, nie zważając na porę dnia i nocy. Piwnice te były tak zatłoczone ludźmi i ich ubogim sprzętem domowym, jak sienniki, materace, poduszki, naczynia kuchenne itp., że im samym brakowało miejsca i często ci ludzie siedzieli pokotem na rozłożonych na posadzce betach, a chorzy jęczeli i płakały dzieci.

I tu naraz kilku z nas w pośpiechu, z bronią w ręku przedziera się przez tę ciżbę ludzką i dalej do następnej piwnicy, by dostać się na czas na wyznaczone miejsce.

            Patrzyli na nas, a ich wymęczone pytające oczy zdawały się błagać o odpowiedź: czy wytrzymamy? Co dalej  z nami będzie? Czy nie zostawimy ich na pastwę hitlerowców?

            Usuwali się z drogi robiąc nam przejście – niekiedy nawet pomagali nam w miarę swych sił i możliwości. Ale nigdy nie spotkałem się z ich strony z najmniejsza przeszkodą lub niechęcią do nas - a byli oni w znacznie gorszej sytuacji niż my. Toteż należą się im słowa uznania, podziwu  i współczucia.

 

 

XIII. ZAGŁADA

             

            Trudno znaleźć odpowiednie określenie, które by odzwierciedlało to, co się działo w ostatnich czterech dniach sierpnia 1944r.  na krwawiącej i dogorywającej Starówce.

            Nieprzyjacielskie niszczące akcje ze wszelkiego rodzaju broni trwały bez przerwy od rana do późnego wieczora. Piechota nieprzyjacielska, wzmocniona znacznie przez wprowadzenie do akcji oddziałów SS-manów, Grenadierów i Wehrmachtu przeprowadzała pod osłoną ognia z dział czołgowych i wozów pancernych ataki na resztę placówek powstańczych równocześnie z kilku stron. Waliły się ostatnie domy, padały główne punkty oporu. Żołnierze - powstańcy - walczyli ostatkiem sił z jakąś nadludzką wytrzymałością i samozaparciem. Ludność, wyczerpana do ostatnich granic - zdziesiątkowana, schorzała i głodna  - zaczynała się burzyć i domagać zaprzestania walki. Dowództwo Naczelne Starówki dokonywało wszelkiego rodzaju akcji zabezpieczających. Przerzucając zdolne jeszcze do walki oddziały z miejsca na miejsce - wzmacniając najbardziej zagrożone odcinki, aby utrzymać i tak już zwężony do minimum skrawek terenu znajdujący się jeszcze w rękach powstańców. Poszczególne oddziały i ich dowódcy dokonywali niewiarygodnych czynów - nie tylko utrzymując się na gruzach rozbitych placówek - lecz również odbierając wrogowi w szaleńczych kontratakach zajęte przezeń ważniejsze punkty obrony i wypierając go poza obręb terenu powstańczego.

             Do największych akcji tego rodzaju należą niewątpliwie: dwukrotne odbicie zajętego przez wroga Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29, tzw. „Reduty Matki Boskiej”   i całkowite wyparcie go poza obręb tej ulicy, utrzymanie ciągle atakowanych barykad na ul. Miodowej, wielokrotne kontrataki w okolicy katedry św. Jana i utrzymanie placówek zabezpieczających Stary Rynek od strony ul. Świętojańskiej, Jezuickiej i Kapucyńskiej, utrzymanie placu Krasińskich  i części ogrodu Krasińskich od strony ul. Barokowej, przez którą Niemcy już raz się wdarli na ul. Długą – wreszcie utrzymanie Nowego Miasta, kościoła  św. Jacka, klasztoru  Sióstr Sakramentek i odbitego kościoła N. M. Panny.

            Niestety, nie zważając na wszystkie te heroiczne wysiłki i poświęcenia, jasne już było, że zdziesiątkowane szeregi wyczerpanych do ostatecznych granic żołnierzy powstańczych nie posiadających do tego dostatecznych ilości broni,  jak i odpowiednich jej rodzajów - nie będą  w stanie bronić dłużej zajmowanego terenu i Starówka będzie musiała skapitulować.

            W związku z tym Dowództwo Naczelne zarządziło przebicie się oddziałów ze Starówki przez ul. Hipoteczną   i Bielańską do Śródmieścia Warszawy.

            Po zabezpieczeniu pasa przejścia przez oddziały szturmowe - również ranni i ludność cywilna mieli być przeprowadzeni tą drogą - pod osłoną oddziałów odwodowych. Wykonanie tej operacji miało być przeprowadzone w nocy z dnia 30 sierpnia - niestety, przedsięwzięcie to nie udało się i większość oddziałów, a w tej liczbie i nasz pluton -  z większymi lub mniejszymi stratami powróciła rankiem 31 sierpnia na swe dawne stanowiska.

            W międzyczasie - to znaczy od dnia 28 sierpnia - resztki naszego plutonu w sile około 20 żołnierzy zajmowały czujki o charakterze placówek zabezpieczających po kilku żołnierzy              w każdej: przy ul. Rybaki i w środku ul. Mostowej. Ponieważ w tych ostatnich dniach wydarzenia    i sytuacja na poszczególnych odcinkach zmieniały się z niebywałą szybkością - meldunki z tych czujek były b. częste i nieraz wręcz alarmujące.

            Pewnego popołudnia szedłem z D-twa Baonu na placówkę znajdującą się w środku ul. Mostowej. Najkrótszą i najniebezpieczniejszą drogę miałem przez ul. Freta, następnie przeszedłem przez główną nawę kościoła św. Jacka (w którego bocznych nawach było sporo lżej rannych oraz modlących się), a dalej, w kapitularzu przylegającym do kościoła - leżało dużo ciężej rannych . Leżał tam również postrzelony w nogę na naszej placówce podchor. „Zawadzki” z mego plutonu.

Podczas rozmowy ze mną błagał, by nie zostawiać go tutaj, lecz wziąć ze sobą w razie wymarszu kanałami. Nie mogłem mu tego obiecać, ponieważ nie wiedziałem, czy będzie można w tych warunkach przenosić rannych kanałami. Przypadkowo spotkałem w tym kapitularzu znajomą  z Żoliborza, która pomagała tutaj przy rannych. Zapoznałem ją z podchor. „Zawadzkim”   i poleciłem go jej opiece. Kościół św. Jacka stoi znacznie wyżej nad ul. Mostową, więc aby dojść do placówki - musiałem zejść ze skarpy między drzewami ogrodu i od tyłu, przez parkany   i podwórko dostałem się do sklepionej bramy, gdzie ulokowana była nasza czujka.

            Wszyscy czterej żołnierze byli na miejscu, w dobrym i wesołym nastroju - jak na owe czasy. Okazało się, że jeden   z nich zupełnie niespodziewanie spotkał się tu ze swoją żoną, z którą od początku powstania byli rozdzieleni i nic o sobie wzajemnie nie wiedzieli. Radość była ogromna i oboje niezmiernie się cieszyli. Ponieważ na czujce było wszystko w porządku, a od ostatniego meldunku nie zaszły żadne zmiany, pożegnałem się z nimi i wyszedłem tą samą drogą - przez podwórko - spiesząc na drugą placówkę przy ul. Rybaki. Zaledwie uszedłem 100 kroków - pnąc się w górę ogrodu- gdy nagle zawarczały motory i kilka kluczy samolotów zaczęło krążyć nad terenem Nowego Miasta, a za chwilę rozległy się, jeden po drugim, wybuchy bomb tuż w najbliższym sąsiedztwie. Ilość jak i częstotliwość tych wybuchów była wprost zastraszająca - wszystko naokoło drżało i waliło się w gruzy. Przypadłem na ziemię pod jednym z drzew ogrodu. Naokoło wznosiły się słupy dymu i kurzu. Przeraźliwie warczały motory nurkujących samolotów - wokoło rozlegały się potężne eksplozje i straszliwy huk walących się murów.

            Trwało to dobre 15-20 minut. Gdy wreszcie samoloty odleciały i nastąpiła cisza, podniosłem się z ziemi. Ogród pełen był kurzu i wapna. Obróciłem się w stronę ul. Mostowej, skąd przed chwilą wyszedłem i osłupiałem - dom, w którym znajdowała się czujka leżał w gruzach. Prędko zbiegłem na dół - może ocalała ta sklepiona brama - jak to często bywało. Natychmiast dostałem się do bramy - wszystko było zasypane gruzami. Chwilę stałem nadsłuchując. Nic nie usłyszałem - cisza była prawdziwie grobowa.

            Tak poległo czterech żołnierzy z mego plutonu wraz z tą nieszczęśliwą parą, która zaledwie pół godziny przypadkowo spotkała się ze sobą i była szczęśliwa i uradowana tą chwilą.

            Zawróciłem z powrotem i zacząłem się pośpiesznie wspinać w górę ogrodu, aby znów przez kościół św. Jacka i ul. Freta dotrzeć do Dowództwa i zameldować  o sytuacji.

            Już z daleka zobaczyłem, że górna część kościoła była zrujnowana, kapitularz natomiast stał cały. Jeszcze raz zagadnąłem podchor. „Zawadzkiego”  i zamieniłem  z nim parę słów. Wszyscy ranni leżeli jak przed tym, lecz byli ogromnie podnieceni i przerażenie malowało się na ich obliczach. Poszedłem dalej, aby przez zakrystię dostać się do głównej nawy kościoła i tu dopiero zobaczyłem skutki poprzedniego ataku - nalotu: sklepienie kościoła nie istniało, kolumny bocznych naw - częściowo lub całkowicie były rozbite - całe wnętrze kościoła zawalone było gruzami, kawałkami cegieł, drewna i żelaza - przynajmniej na 3 metry grubości. Po tych gruzach -  na wysokości mniej więcej  1 piętra przebrnąłem przez cała długość kościoła do głównego wejścia.   A przecież niespełna godzinę temu szedłem tędy jeszcze po posadzce - kościół stał cały i tulił   w swych murach rannych i modlących się. Wszyscy oni co do jednego zginęli pod zwałami gruzów.

             Jak się dowiedziałem później - w czasie tego nalotu został doszczętnie zrujnowany klasztor Sióstr Sakramentek będący w bliskim sąsiedztwie kościoła św. Jacka. Znajdujący się   w podziemiach klasztornych ranni, lekarze i siostry za-konne i księża zginęli - z małymi wyjątkami.

 

 

 

XIV. KANAŁ

 

W nocy z dnia 1 na 2 września - zgodnie z ustalonym przez Nacz. Dowództwo planem - IV Baon por. „Dzika”, wchodzący w skład zgrupowania majora  „Roga” - miał przejść kanałami do Śródmieścia. Na parę dni przed tym, w nocy z 29 na 30 sierpnia  otrzymałem polecenie od D-cy Kompanii - aby podać listę z nazwiskami żołnierzy nie posiadających broni. Na tej liście znalazło się około 10 nazwisk, a wśród nich ppor., który był przydzielony do mego plutonu jako obserwator i kronikarz - st. strzelec Michalski W., jego małżonka - łączniczka, strzelcy „Krymek” i „Cyklina”    i jeszcze paru innych żołnierzy. Jak się dowiedziałem, wszyscy oni mieli odejść kanałami łącznie  z takimi żołnierzami bez broni z innych oddziałów - jeszcze przed nami  w nocy 30 sierpnia,  a tymczasem byli zgrupowani w jednym z rozbitych domów przy ul. Długiej tuż niedaleko włazu. Niestety, cała ta grupa - jak się później okazało - pozostała na Starówce i prawdopodobnie została wymordowana przez własowców, lub inne oddziały okupanta, które zajmowały Starówkę.

            Około godziny pierwszej w nocy z 1-go na 2-gi września ja i pozostali żołnierze z mego plutonu w liczbie około 10 - 12 ludzi podeszliśmy do włazu znajdującego się przy ul. Długiej między wylotem ul. Miodowej, a ulicą Barokową. Przy włazie komenderował kpt. „Barry” legitymując i odliczając ilość zgłoszonych przez poszczególne D-twa oraz odrzucając zbędne bagaże i pakunki mogące przeszkadzać i tarasować przejścia w kanale. Jak się później przekonałem, było to bardzo słuszne, gdyż w wąskich przejściach wszelkie zbędne pakunki nie tylko przeszkadzają niosącemu, ale utrudniają innym poruszanie się i często bywają porzucane        w kanale, co nie ułatwia przejścia następnym przechodzącym grupom.

            Po ześlizgnięciu się po kilku klamrach stawaliśmy jeden za drugim w mrocznej otchłani kanału, zanurzeni powyżej kolan w na szczęście niezbyt gęstej  i cuchnącej cieczy. Trzymając się jeden drugiego, posuwaliśmy się nieco naprzód, ponieważ za nami schodzili do kanału inni. Wreszcie - gdy już wszyscy z grupy byli na dole - przewodnicy pouczyli nas o konieczności zachowania ciszy, nawet niezbyt energicznego przesuwania nóg, aby szczególnie pod włazami  na terenach zajętych przez Niemców - nie powodować charakterystycznego chlupania tej cieczy. Następnie połączono nas linką, którą każdy trzymał w wolnej ręce. Sygnały latarką elektryczną dawane przez przewodnika miały wskazywać nam czy należy się zatrzymać, czy iść dalej.

            Wyruszyliśmy wolno i ostrożnie w kompletnej ciszy i ciemnościach, a że kanał był wysoki, schylać się nie było potrzeby. Początkowo wszystko szło jakoś gładko i zdawało się, że to wcale nie takie straszne i uciążliwe, jednak nie trwało to długo. Przede wszystkim doznaje się okropnego wrażenia, stąpając kilka kroków po czymś miękkim, nierównym, poddającym się stopom - może to tylko porzucone pakunki,  a może... ciało któregoś z poległych właśnie tu, w kanale?  Bardzo to nieprzyjemne i denerwujące wrażenie. Idziemy ostrożnie, spokojnie, z mimo to rozlega się stale chlupot od przesuwania kilkuset nóg, zapełniając kanał i stwarzając w tych ciemnościach jakiś niesamowity, niemal makabryczny nastrój.

            Raptem ktoś się poślizgnął - pada, koledzy go podnoszą - ciężko sapiąc, staje na nogach. Naraz histeryczny kobiecy krzyk, spazm - „Nie wytrzymam!”, „Nie mogę!” i głośne szlochanie,  a następnie uspokajające ciche perswazje sąsiadów. Wszystko to w ruchu – przecież stanowimy jedną całość, więc zatrzymywać się nie można, aby nie rozerwać ciągłości sznura żywych istot. Idziemy tak godzinę, może więcej. Wciąż to chlu-u-u-p, chlu-u-u-p., a przed nami i za nami ciemność. Wreszcie pierwszy sygnał latarką: „Zatrzymać się!”. Z ust do ust podaje się polecenie przewodnika: „Schylić się!”

             Wchodzimy w niższy kanał, idziemy dalej mocno schyleni, co znacznie utrudnia poruszanie się i jest bardzo męczące.

Znów umówiony sygnał latarką przewodnika: „Stać! Cicho!’ Jesteśmy przed włazami na terenie zajętym przez Niemców. Zatrzymujemy się; stoimy schyleni w kompletnej ciszy. Co będzie? Czy właz otwarty? Czy Niemcy czyhają nad włazem? Czy obleją nas benzyną, czy obsypią palącym się karbidem?

            Przewodnik - by zbadać sytuację - poszedł naprzód, pod właz. Czekamy schyleni, niepewni   i podnieceni. Słychać szept modlitwy. Wokół ciemność i szum spływającej i rozbijającej się o nasze nogi cieczy. Nareszcie upragniony sygnał latarką: „Ruszamy dalej!” Właz był zamknięty - wszystko w porządku, na razie nie grozi nam niebezpieczeństwo. Przewodnik, by szybciej minąć właz, przyspieszył kroku. Zaczynam się męczyć. Iść schylonym jest bardzo niewygodnie, a tu jeszcze trzeba stawiać stopy bardzo uważnie, bo płaskie dno kanału jest wąziutkie- zaledwie kilkanaście centymetrów - więc łatwo się poślizgnąć na zaokrąglonych krawędziach i obślizgłych bokach, które ostrymi łukami podnoszą się ku górze. Moje ubranie - krotki barani kożuszek, zdobyty w poniemieckich magazynach, utrudniał mi poruszanie się  w pozycji schylonej   i dawał zbyt dużo ciepła. W jednej ręce trzymałem niewielki pakunek z bielizną i podtrzymywałem jednocześnie wiszącego na sznurku „Stena”,  a drugą mocno chwyciłem się pasa idącego przede mną żołnierza. Przypomniałem sobie teraz ostrzeżenie kpt. „Barrego”, który nie chciał mnie wpuścić do kanału w tym kożuszku.

Po pewnym czasie znów ujrzeliśmy sygnał latarki i komendę: „Wyprostować się!” - wchodziliśmy w wysoki kanał. Odetchnęliśmy z ulgą - iść było teraz znacznie lżej, ale znów sygnał, znów: „Stać!”. Okazuje się, że właz, pod którym zatrzymaliśmy się, miał być otwarty. Przewodnik długo bada sytuację. Staliśmy dobre 20-30 minut  w zupełnej ciszy. Słychać było tylko ciche szepty modlących się w najbliższym sąsiedztwie. Wreszcie z zachowaniem największych ostrożności ruszyliśmy naprzód i szczęśliwie przeszliśmy pod włazem, a przewodnik znów przyspieszył kroku. Zdawało się nam, że idziemy już wiele godzin - zmęczenie i duszność dawał się we znaki. Nie wiedzieliśmy, ani która to godzina, ani też, gdzie się znajdujemy.

            W tej kompletnej ciemności szliśmy i szliśmy pokonując opór płynącej nam na spotkanie cieczy - na szczęście już bez żadnych przygód. Przeszliśmy jeszcze jeden zamknięty właz na terenie nieprzyjaciela z zachowaniem największych ostrożności  i wreszcie przewodnik oznajmił, że jesteśmy już na terenie należącym do powstańców. Niebezpieczeństwo minęło - niedługo wyjdziemy z tych mroków! Wiadomość ta przyniosła nam wielką ulgę i dodała sił. Rzeczywiście - wkrótce nas zatrzymano, oświadczając, że jesteśmy już przy włazie wyjściowym. Kolejno posuwaliśmy się do upragnionego otworu, aby wyjść na powierzchnię z tych mroków  i brudu.

            Gdy podnosiłem się na klamrach, u wylotu włazu podchwyciły mnie dwie pary silnych rąk   i pomogły stanąć na jezdni. Zrazu byłem po prostu oszołomiony tą jasnością jaka panowała wokół, tak kontrastowała z mrokami, z których wyszliśmy - oraz świadomością, że znów jestem na powierzchni ziemi.

            Byliśmy na ul. Nowy Świat przy rogu ul. Wareckiej. Przyznam się, że chyba nigdy jeszcze nie byłem tak zaskoczony i zdziwiony  jak teraz. To, co wokół zobaczyłem  jakoś nie chciało mieścić się w mojej głowie - tak bardzo odbiegało od otoczenia, w którym przebywałem przez ostatnie 3 tygodnie na Starówce.

            Czysta i cała nawierzchnia i chodniki - bez gruzów i lejów. Szyby w oknach na ul. Wareckiej, a z kilku domów rozbrzmiewała muzyka fortepianu, czy też radia. Idziemy tą Warecką, rozglądamy się i nie możemy uwierzyć, że jesteśmy w tej samej Warszawie- tylko w innej jej dzielnicy. Ja osobiście doznawałem wrażenia, że przybywam skądś bardzo, bardzo daleka.

            Była godzina 5 rano – 2 września 1944 roku. Drogę z ulicy Długiej na ulicę Warecką przebyliśmy w ciągu około  4 i pół godziny.

 

Marceli Ciechanowicz, 1962 rok

(pseudonim: „ Antoni Nałęcz”)

 

Pozostałe pseudonimy:

AK - major „Róg”- Stanisław Błaszczak, komendant I rejonu AK,  dowódca zgrupowania,

Dzik” - porucznik, Tadeusz Okolski, dowódca Batalionu, 

Oppenheim” - porucznik, Wacław Kozicki, d-ca kompanii 12,

„Leliwa” - porucznik, Sienkiewicz Stanisław, z-ca d-cy Batalionu,  

Młot” - plutonowy, „Marek” - st. sierżant, „Orlikowski”, „Sarenka”, „Zawadzki” - podchorążowie, „Chambux”, „Cytryna”, „Krynek” , „Niewiadomski”, „Michalski”, „Sęp”, „Sowa”, „Werny”, „Wicher” - strzelcy,

Napoleon” - ppor. Okrasiński Edward [15 komp., 4 pluton].

AL - kpt. „Szwed”, por. „Gustaw”, por. „Trocha”

 

Stan plutonu na 8.08.1944 r. - 30 osób.

Stan plutonu na 23.08.1944 r. - 15 osób (5 poległych, 8 rannych, 2 zaginionych).

 

 

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

 

POSTSCRIPTUM - Witold Antoni Ciechanowicz

 

POSŁOWIE.

 

 W tym miejscu kończą się wspomnienia dziadka Marcelego Ciechanowicza   z Powstania Warszawskiego. Ale nie wszystko tu opisał:

#       pamiętam jak opowiadał, że na dom, w którym znajdowali się powstańcy spadła   bomba typu „szafa” - spadła na dach, przebiła wszystkie piętra aż do piwnic,  ale ponieważ był to na szczęście „niewybuch”- nie eksplodowała - tylko wybiła  w podłogach dziurę od dachu po piwnice i częściowo zburzyła dom. Gruz przysypał ludzi,  w tym dziadka, którego odkopano dopiero po 4 godzinach (uważano go już za zmarłego !). Prawdopodobnie zdarzyło się to 15.9.1944 na kwaterze kompanii przy ul. Wspólnej 10 -  („Batalion „DZIK”, s. 248):

 

„…14.9.44. O godz. 7.00 rano poszli na placówkę 1-18 pod dowództwem „Nałęcza”. Zabity „Dąb  Józef’. 15.9.44.

Po powrocie  na kwaterę kompanii z placówki, bomby trafiły w kwaterę przy ul. Wspólna 10

i przebijając schron zabiły szer. „Marka” i szer. „Młota”, raniąc średnio ppor. „Nałęcza Antoniego”… ”

 

#       zachowały się 3 dokumenty z Powstania:

1.      Awans na podporucznika czasu wojny w następującym brzmieniu:

 

                „IV Baon WSOP                                        25.8.44.

                                           Rozkaz Nr 6

         1)  Awanse

a) Za wybitne dowodzenie na polu walk został pchor. Nałęcz Antoni rozkazem D-cy A.K.  I  z dn. 24.VIII. 1944 r.  mianowany podporucznikiem.

D-ca Baonu                                   T. Dzik”

       Dokument ten jest napisany na  małej kartce papieru  o wymiarach: 10,5 x 13 cm.

 

2.      Odznaczenie Krzyżem Walecznych :

„IV Baon WSOP                                      30.VIII.44

                             Rozkaz Nr 8

2) Odznaczenia

 D-ca AK rozkazem z dn.  24.8.44 L.5/9/I.  nadał  Krzyż Walecznych po raz pierwszy nast. żołnierzom IV Baonu WSOP za odwagę i męstwo

por. Dzikowi Tadeuszowi i Leliwie Stanisławowi

zaś rozkazem z dn. 26.8.44

pchor. Nałęczowi Antoniemu”

 

Dokument ten również jest napisany na  małej kartce papieru o wymiarach: 10,5 x 13 cm.

 

 

3. Zaświadczenie wystawione przez por. Tadeusza Okolskiego:

 

ZAŚWIADCZENIE

Niniejszym stwierdzam, ze ppor. Nałęcz - Ciechanowicz

Marceli podczas walk na Starym Mieście przy obronie

placówki Rybaki róg Boleści „Prochownia”, za wybitne

 dowodzenie na polu walki został awansowany na

podporucznika rozkazem D-cy Grupy „Północ” z dn.

24.8.44 r., oraz *rozkazem tegoż samego D-cy z dn.

**26.8.44 r. L. 5/9/I został odznaczony Krzyżem Walecznych po raz I.

                                             D-ca I Baonu WSOP.

 /-/ podpis nieczytelny

Sandbostel, dn. 3.4.45 r.        Kpt. Dzik-Okolski T.”

 

Dokument ten jest napisany na  małej kartce papieru o wymiarach: 15 x 10,5 cm.

 

[nad tekstem *„rozkazem” dopisany został nr rozkazu „L. 5/9/I ”, co jest zgodne z oryginałem Rozkazu Nr 6 z dnia 24.8.1844 r., **poprzednia data 29.8.44 r. została tu poprawiona na: 26.8.1944 r., co jest zgodne z oryginalnym Rozkazem nr 8 z dnia 26.8.44 „…..zaś rozkazem z dn. 26.8.44 pchor. Nałęczowi Atoniemu”…... Zaświadczenie to było pisane w obozie jenieckim, gdzie T. Okolski  i M. Ciechanowicz razem przebywali- stąd prawdopodobnie te poprawki i dopiski.]

(Sandbostel - był to hitlerowski obóz jeniecki Stalag X B w miejscowości Sandbostel, 43 km na wschód od Bremy, Okręg Militarny X Hamburg. T. Okolski i M. Ciechanowicz przebywali również w innym hitlerowskim obozie - Oflagu X C Lübeck [Lubeka]).

 

# 2 odpisy powyższych 3 dokumentów z powstania warszawskiego zostały poświadczone w Krynicy:

 

„za zgodność z oryginałami do ……… wolne od płaty

pieczęć: PREZYDIUM MIEJSKIEJ RADY NARODOWEJ W KRYNICY

pieczęć: Kierownik Biura Prezydium Miejskiej rady Narodowej

 /-/ podpis nieczytelny inż. Eugeniusz Staffa

Oryginały  w/w dokumentów są w posiadaniu rodziny,

.

# zachował się meldunek z dnia 18.08.1944 r. chorążego Nałęcza Antoniego o organizacji obrony      Starej Prochowni (wg książki „Sen o Rybakach” Juliusza Kuleszy (s.54):

…2 strzelcy na barykadzie przy ulicy Boleść, 2 strzelcy na stanowisku od ulicy Bugaj, 1 strzelec na punkcie obserwacyjnym przy ul. Bugaj, 1 strzelec na takim samym punkcie w Prochowni od strony garbarni; do tego 6 karabinów po około 10 naboi i po jednym granacie na strzelca. Pozostałe kilka granatów i 8 pistoletów oraz większą ilość butelek zapalających posiadają chłopcy znajdujący się                          w Prochowni….”

#   wśród rodzinnych pamiątek jest i Krzyż Walecznych i przestrzelona furażerka dziadka - kiedy  powstała dziura  od kuli – nie wiemy,

#    po upadku Powstania Warszawskiego – kadra oficerska więc i dziadek - została przez Niemców uwięziona w tzw.  Oflagach. Zachował się karton z numerem  jenieckim: dziadka: 47242 XI A. (Stalag Altengrabow). Legitymacja nr 41902 b. jeńca wojennego nr 902/c – 0/39          z Obozu Jeńców Wojennych w Lubeck X.C.- B.L.A. Opisane są  w niej obrażenia : złamanie kości podudzia i śródstopia   (powstałe podczas zasypania pod gruzami – patrz wyżej), jest też przepustka nr 17 z Obozu w Lubece z dn. 12.V.1945 r.

# dziś na ul. Boleść pod nr 2 (od strony ul. Rybaki)  jest tablica pamiątkowa z napisem:

 

 

Pamięci żołnierzy Armii Krajowej Batalionu WSOP „Dzik”  Zgrupowania „Róg” którzy w dniach Powstania Warszawskiego w sierpniu 1944 r. walczyli i ginęli w obronie

 Starego i Nowego Miasta. Wielu oddało swe młode życie w obronie tej Reduty. Powierzony im odcinek staromiejskiej skarpy utrzymali do końca walk.

Cześć ich pamięci.                                                           Towarzysze broni.”

#     Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powstania

        Warszawskiego ( wyd. Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002 ), w tomie 5 na str.105 podaje:

        Ciechanowicz Marceli, „Antoni”, „Nałęcz”, ur. 23.03.1890 r., podporucznik. Stare Miasto, zgr. „Róg”, bat. WSOP „Dzik”, komp .XII, plut 1.” , a poniżej ten sam Marceli [z błędem w nazwisku]: „Ciechanowski Marceli, ur. 23.03.1890 r. Petersburg, podporucznik. Stalag XI-A Altengrabow,  nr jeniecki 47242 ”. [Błąd ten zgłosiłem w 2004 roku, lecz dotychczas go nie              sprostowano - W.A.C.]

#     W  chwili wybuchu Powstania dziadek miał 54 lata i może dlatego był odważny lecz rozważny,  spontaniczny lecz doświadczony, szybki lecz zrównoważony - co  pomogło mu walczyć i dowodzić i dało mu większe szanse przeżycia niż innym.

 Myślę, że można podsumować dzieje dziadka Marcelego od 1942 r. (konspiracja), udział w Powstaniu Warszawskim           i pobyt w Obozie Jenieckim jako bezustanny wyścig ze śmiercią. Dziadek wyścig ten wygrał! I wygrywał jeszcze przez 30 lat!

            Dnia 15. V. 1975 r., mając 85 lat zmarł   w Domu Zasłużonego Nauczyciela  w Mikuszowicach Śląskich pod Bielskiem /woj. Śląskie/.

                                                                      

                        Witold Antoni Ciechanowicz, 3.VII.2016r.      

 

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

 

 

NIEUDANY ZAMACH

 

Marceli Ciechanowicz w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego pt. "STARA PROCHOWNIA", w rozdziale VII. pt. "Koza i Niemiec na placówce" na str. 15 pisze:

"....... Przed samym południem obchodząc stanowiska wewnątrz budynku z przerażeniem,     a raczej zdziwieniem zobaczyłem  z pierwszego piętra, że tuż przed naszą placówka i to już pod linią naszej wysuniętej czujki maszeruje sobie najspokojniej umundurowany żołnierz  Wehrmachtu.

Prędko zbiegłem na parter i przez salę gimnastyczną zmierzałem ku wyjściu od strony Wisły i tuż - prawie w drzwiach natknąłem się na tego żołnierza niemieckiego.

Oczywiście na mój rozkaz podniósł ręce do góry i stał spokojnie nie okazując zdziwienia ani zakłopotania.  międzyczasie nadbiegł sierżant „Marek” z żołnierzami  i dokła- dnie go zrewidował. Oprócz pistoletu i jakiegoś scyzoryka nic przy sobie nie miał. Po odebraniu tych przedmiotów i paska zapytałem go, co to wszystko ma znaczyć, w ja-kim celu on tu przyszedł? Odpowiedział, że nie mógł dłużej wytrzymać  w tej ciągłej i beznadziejnej walce i postanowił dobrowolnie oddać się w ręce powstańców. Był to mężczyzna w średnim wieku, lat 34-35, zmizerowany, apatyczny  i na wygląd zrezygnowany.

Nie pozostawało mi nic innego, jak odesłać go do dowództwa, toteż poleciłem plutonowemu „Młotowi” aby wziął dwóch strzelców i odprowadził go przy moim raporcie do D-wa Baonu. Gdy eskortując jeńca przechodzili koło naszej placówki „Pekin”, według meldunku plutonowego „Młota”. Podskoczył do nich ppor. „Napoleon” i w bardzo ostrej formie zażądał wydania mu jeńca celem rozstrzelania go, jednocześnie krytykując moje zarządzenie  i tolerancję.

Żołnierze mego plutonu jednak kategorycznie sprzeciwili się temu tłumacząc się, że muszą wykonać dany im rozkaz i jeńca doprowadzili do D-wa Baonu. W międzyczasie badałem, jak to mogło się stać, że obsada czujki nie widziała i przepuściła wspomnianego jeńca niemieckiego. Czujkę znalazłem nie obsadzoną – „łazików” nie było. ........... Nie mogło to jednak usprawiedliwić postępku tych dwóch „wojaków” - ale cóż mogłem zrobić w naszych ówczesnych warunkach poza ostrą naganą i ostrzeżeniem przed frontem plutonu......."

 

W rozdziale IX, pt. "Tajemniczy strzał", na str. 18:

"...... Zaraz na wstępie po przywitaniu się zostałem poczęstowany kieliszkiem wódki. Równocześnie jeden z towarzyszących ppor. „Napoleona” młodych ludzi zwrócił się do mnie   z prośbą o pozwolenie wypróbowania zdobytego pistoletu. Muszę obecnie przyznać, że dość nieoględnie zezwoliłem mu na to, zastrzegając, aby oddał najwyżej dwa strzały na podwórku  z zachowaniem niezbędnych ostrożności. Ponieważ się spieszyłem, nawet nie siadałem   i rozmawiałem z nimi stojąc opodal okna, a tuż przy mnie stał podchorąży „Zawadzki”.

            Nagle padł ostry strzał i poczułem gwizd kuli przelatującej tuż poniżej mojej twarzy. Równocześnie podch. „Zawadzki” zwalił się na podłogę. Byłem tym tak zaskoczony, że w pierwszej chwili odruchowo wyrwałem pistolet drugiemu ze współtowarzyszy „Napoleona” i powąchałem jego lufę czy nie czuć zapachu po świeżym wystrzale. Charakterystycznego zapachu nie stwierdziłem. Z czego wynikało niezbicie, że strzał padł z zewnątrz przez otwarte okno z podwórza. Skoczywszy do „Zawadzkiego” stwierdziłem, że został trafiony kulą w podudzie.

   Z tego wynikało, że kula szła pod kątem przynajmniej 40 stopni, a strzał musiał być oddany z dachu szopy znajdującej się naprzeciwko okna w końcu podwórza. Pierwszą moją czynnością było zajęcie się rannym i podczas prowizorycznego bandażowania stwierdziłem, że kula nie wyszła, z czego wynikało, że strzał był oddany z dalszej odległości. To również potwierdzało moje przypuszczenie, że strzelano z dachu wspomnianej szopy, a więc                  z odległości około 40-50 metrów.

            Rannego „Zawadzkiego” zabraliśmy z tego pokoju i natychmiast został on prze-niesiony do budynku klasztornego,  gdzie znajdował się pomocniczy punkt opatrunkowy  i leżeli lżej ranni. Kiedy wróciłem na placówkę, nikogo z obcych przybyszów już nie było. Szybkość rozwijających się wydarzeń nie pozwoliła mi bliżej zająć się wyjaśnieniem tej przykrej sprawy, tym niemniej zdaje się nie ulegać najmniejszej wątpliwości, że kula ta przeznaczona była dla mnie, a wystrzelona została przez owego młodzieńca, który prosił mnie o wypróbowanie swego pistoletu. Właściwym zaś organizatorem całej tej brzydkiej akcji był „ktoś”, kto chciał się zemścić za nie wydanie mu jeńca - Niemca na rozstrzelanie....."

 

Z powyższego wynika jednoznacznie, że Marcelemu Ciechanowiczowi udało się przeżyć zamach, przygotowany przez powstańca o pseudonimie "Napoleon". Podczas opracowywania Starej Prochowni w wydaniu I i II - zastąpiłem w rozdziale VII pseudonim owego ppor. "Napoleona" literą N.              (ppor. „N...”), ponieważ nie było moim celem szukanie sprawiedliwości, czy zemsty na tym szubrawcu. W rozdziale IX także zastąpiłem jego pseudonim literą N., lecz 9 wierszy poniżej zapomniałem ów pseudonim zastąpić, pisząc: ...wyrwałem pistolet drugiemu ze współtowarzyszy „Napoleona”.. , więc każdy, kto choć trochę jest analitykiem, bez trudu odgadnie, że to on był inspiratorem zamachu. 

     Niedawno udało mi się odnaleźć prawdziwe imię i nazwisko owego Napoleona w Ilustrowa-nej Encyklopedii Powstania Warszawskiego, tom VI., litera "O":

 

"Okrasiński Edward "Napoleon",  podporucznik. Stare Miasto,bat. WSOP "Dzik", XV komp., d-ca 4 plut. Ranny 11.08.1944 r. - Bank Polski. -2-

 

W książce: „BATALION „DZIK” w Powstaniu Warszawskim, Tadeusza Okolskiego (w opracowa-niu Juliusza Kuleszy), Warszawa 1994, Wydawnictwo Fundacji „Historia Pro Futuro” hasło: Okrasiński Edward wygląda następująco:

 

OKRASIŃSKI EDWARD ps. "Napoleon"

Ppor., d-ca IV oplut. 15 komp., ranny 11.08.1944 w Banku Polskim, przebywał w szpitalu na ul. Freta.

W książce tej znajdujemy również następujące informacje :

 

(s. 51)…

19 sierpnia …około godz. 10.00 na przedpolu placówki „Pekin-Madryt” został zauważony jakiś cywilny osobnik o podejrzanym zachowaniu się. Został zatrzymany i zastrzelony przez ppor. „Napoleona”, który za czyn ten został pozbawiony dowództwa i miał być nazajutrz przekazany żandarmerii. Nim to jednak nastąpiło - oddalił się, a po pewnym czasie okazało się, że ochotniczo uczestniczył w obronie Banku Polskiego. Miał opinię bardzo dzielnego, choć niezdy-scyplinowanego żołnierza. Zastrzelonym był podobno chory ze szpitala Jana Bożego.

            Zgodnie z otrzymaną po wojnie relacja, „Napoleon” został ciężko ranny w dniu 21 sierpnia, w czasie akcji w banku Polskim, a po upadku Starego Miasta podobno wyszedł z ludnością cywilną….

 

 

(s. 155)…

„„110(ręk.)

Bat. W.S.O.P.                                                        M.P. dnia 19.8.44 godz. 10.45

15 komp.                        Dowódca Bat. W.S.O.P.

w m.p.

Raport …………………………………………. O godz. 20.00 na przedpolu placówki  II-ej zatrzymano osobnika bez dokumentów [przypuszczalnie umysłowo chory] - wyjaśnienie późniejsze - którego ppor. Napoleon zastrzelił……………………………..

Rawicz ppr.

D-ca 15 komp.

 

Z powyższych informacji wynika, że nieudany zamach na Marcelego Ciechanowicza, który był prawdopodobnie inspirowany przez "Napoleona", nie był jedynym „bohaterskim” wyczynem Edwarda Okrasińskiego: jak widać lubił on strzelać do bezbronnych ludzi, jego „odwaga  w rzeczywistości była niesubordynacją, a ucieczka i dezercja po zdegradowaniu dowodzi tchórzostwa. Niestety, wśród powstańców, tak jak i w każdym  skupisku ludzi byli również ludzie nieodpowiedzialni, którzy nigdy nie powinni dostać do ręki broni, ani piastować stanowisk dowódczych.  

*

*         *

 

 

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

MARCELI CIECHANOWICZ w książkach o Powstaniu Warszawskim.

 

Edwin Rozłubirski, „Ludzie z innego świata”, Warszawa 1958, wyd. MON

(s. 11)…..21.08.1944…

Nie opadł jeszcze kurz po wybuchach, kiedy przede mną stanął łącznik od lewego sąsiada, z „Pekinu”:

- Panie poruczniku, od porucznika „Nałęcza”. Biorę kartkę i przebiegam wzrokiem nierówne pismo. Grupa AK z baonu „Dzik”, broniąca „Pekinu” prosi, abym skierował ogień karabinów maszynowych na znajdującą się naprzeciw niej piechotę. Kiwam głową i wydaję odpowiednie rozkazy, Już po chwili hitlerowcy cichną pod silnym ogniem czwartackich kaemów. Ludzie porucznika „Nałęcza” mogą odetchnąć swobodniej…..

(s. 47)….

Otrzymuję rozkaz zdania pozycji porucznikowi „Zgrzytowi” z baonu AK „Dzik”, który pod dowództwem „Nałęcza”  bronił „Pekinu”…..

(s.48)……

Porucznik AK „Nałęcz” - dowódca nie istniejącej już niemal kompanii,  ranny w głowę - przebiega przez Freta w kierunku włazu na Długiej. Bandaż na jego głowie, lepki i nasiąkły krwią, osuwa się za każdym skokiem na oczy, odwija. „Nałęcz” nie przystaje nawet, aby go poprawić…….

[ W.A C.:  ppor / porucznik Edwin Rozłubirski „Gustaw” z baonu „Czwartaków” AL. Był dowódcą pozycji: „Garbarnia - Szkoła” u wylotu ul. Mostowej i często współdziałał   z plutonem „Antoniego Nałęcza”.].  

 

Tadeusz Okolski „BATALION „DZIK” w Powstaniu Warszawskim, (w opracowaniu Juliusza Kuleszy), Warszawa 1994, Wydawnictwo Fundacji „Historia Pro Futuro”.

 

(Informacja W.A.C. - książka ta oparta jest wyłącznie na materiałach autora ocalałych z Po-wstania: zbieranych  i przechowywanych  przez adiutanta batalionu, por., a następnie kpt. „Brochwicz” [Jerzy Zieliński]. W czasie ewakuacji przeniesione były kanałami ze Starego Miasta na Powiśle, a stamtąd do Śródmieścia. Po kapitulacji ppor. „Pozór” [Tadeusz Poniński] zakopał je obok swego domu w Grodzisku Mazowieckim, a po wojnie przekazał T. Okolskiemu).

(s. 29)…….

Dnia 5 sierpnia Niemcy dokonali silnego nalotu na budynek Banku Polskiego, od poprzedniego dnia - jak już wspomnieliśmy obsadzony przez 12 kompanię batalionu „DZIK”.…  Bezpośrednio po tym nalocie rozpoczął się silny atak Niemców, ok. 50 żołnierzy z czołgami, na barykadę przy zbiegu ul. Bielańskiej z Placem Teatralnym. Barykadę tę obsadzał pluton z 12 kompanii bardzo słabo uzbrojony, gdyż zaledwie w 2 kb, 4 granaty oraz butelki z benzyną. Pluton dowodzony przez chor. „Nałęcza” (Marceli Ciechanowicz) powstrzymał atak, zużywając całą amunicję….

(s. 35)…..

W dniu 8 sierpnia batalion obsadził nowy odcinek, biegnący u podnóża skarpy wiślanej nad brzegiem Wisły, od szkoły Rybaki 32 do Starej Prochowni, położonej na rogu ul. Boleść, Rybaki      i Mostowej…Jako nowe placówki batalion obsadził „Pekin”, „Madryt”, Starą Prochownię                i barykadę przy ul. Boleść, oraz fabrykę Quebracho….. Przy Starej Prochowni, na ul. Boleść była barykada zbudowana przez ludność, jednak nie dawała ona prawidłowego pola ostrzału, ani też nie zabezpieczała od ognia nieprzyjacielskiego. Po objęciu placówki, ok. godz. 16.00 chor. „Nałęcz” przystąpił do przebudowy barykady…

(s. 40)…

W dniu 12 sierpnia batalion posiadał następujące uzbrojenie - na placówce Prochownia 4kb,4 pisto- lety, 1 mo [ miotacz ognia - uwaga W.A.C.], granaty i butelki….

(s. 41, 42)…

Placówkę Prochownia, bronioną stale przez chor. „Nałęcza” z 12 kompanii, o godz. 6.00 zaatakował czołg i tankietka wraz z oddziałem piechoty…..W tym czasie nadbiegli żołnierze „Nałęcza” i obrzucili czołg butelkami…. W czasie tej walki szczególnie wyróżnili się: chor. „Nałęcz” , pchor.. „Orlikowski”, pchor.. „Zawadzki”, st. strz. „Niewiadomski” (Jan Waśniewski), st. strz. „Filary” (Stanisław Jakubiak) oraz ppor. „Zgrzyt” (Stanisław Pieczyrak). W boju tym nieprzyjaciel stracił około 10 zabitych. Za obronę barykady przy ul. Bielańskiej    w dniu 5 sierpnia oraz obronę placówki Prochownia przy ul. Boleść w dniu 13 sierpnia chor. „Nałęcz” otrzymał Krzyż Walecznych…..

(s. 44)…

Ostateczny przydział oficerów (na 15 sierpnia) … do kompanii 12- por. „Marian Oppenheim”. ppor. Wojciech „Bankowski”, ppor. Jerzy „Jurand”, chor. Antoni „Nałęcz”;…..

(s. 46,47)…

17 sierpnia …o godz. 13.00 chor. „Nałęcz” melduje, że na Prochownię rozpoczęło się natarcie.      W pierwszych pięciu minutach strzałem z piata został zniszczony czołg. „Nałęcz” prosi o pomoc, gdyż wzmacniający dotychczas placówkę oddział został uprzednio odwołany i odmaszerował. Pomocy udzieliła 104 kompania i oddział AL…. należy zaznaczyć, że aczkolwiek pluton chor. „Nałęcza”, który przeważnie bronił Prochowni, miał dostateczną ilość żołnierzy i to bardzo dzielnych, to był on słabo uzbrojony i posiadał zaledwie 6 kb, 8 pistoletów, 1 piata i 1 mo, oraz kilkanaście granatów. Nie posiadał żadnej broni maszynowej.

            W meldunku z 18 sierpnia chor. Ciechanowicz „Nałęcz” tak przedstawia organizację obrony placówki: „2 strzelców na barykadzie przy ul. Boleść, 2 strzelców na stanowisku od ul. Bugaj, 1 strzelec na punkcie obserwacyjnym przy ul. Bugaj, 1 strzelec na takim samym punkcie                    w Prochowni od strony garbarni; do tego 6kb po około 10 sztuk naboi na 1 kb i po jednym granacie na strzelca. Pozostałe kilka granatów i 8 pistoletów oraz większą ilość butelek zapalających posiadają chłopcy znajdujący się wewnątrz budynku Prochowni”. Stąd przy każdym poważniejszym ataku nieprzyjacielskim konieczna była pomoc innych oddziałów. Był to najczęściej oddział AL., często też udzielały pomocy inne oddziały ze zgrupowania mjra „Roga”…..

(s. 48)…

18 sierpnia… o godzinie 17.30 w rejonie placówki Rybaki 32 poddał się żołnierz niemiecki z bry- gady Dirlewangera, uzbrojony w pistolet [ vide pamiętnik M. Ciechanowicza, s.29 . Jeńca tego koniecznie chciał przejąć i rozstrzelać ppor. „Napoleon” {s.35} , na co żołnierze eskorty nie pozwolili i jeńca bezpiecznie doprowadzili do D-wa Batalionu - uwaga W.A.C.]

(s. 151)     105 (ręk.)

Do D-twa * [?] baonu grupa północ                            M.P. 18.VIII.44. godz. 18

Meldunek Nr.

Dziś o godz. 17.30 do stanowisk naszej placówki zbliżył się jeden żołnierz niemiecki z bronią boczną. Żołnierz ten oddał się dobrowolnie do niewoli, przy czym sam podszedł do naszych ubezpieczeń. Zeznaje, że mając dosyć wojny szukał okazji do oddania się do niewoli. Na naganę i karę zasługuje dwóch ludzi naszych, którzy pełnili służbę czujki przy autostradzie        i którzy zbliżającego się nie zauważyli na skutek opuszczenia stanowiska. Obaj zostali przekazani  żandarmerii A.K. Głównym winowajcą był strz. Wołodyjowski.

D-ca placówki Nr. 1

Z 122 A Nałęcz                    18/VIII 944

 

 (s. 54, 55)…

21 sierpnia ….

Dowódcą w Starej Prochowni od początku Powstania był chor. „Nałęcz”, jeden z najstarszych oficerów batalionu, miał 54 lata. Brał on udział w I wojnie światowej jako oficer armii rosyjskiej, następnie w latach 1918-20 w wojsku polskim, posiadał duże doświadczenie bojowe. Zastępcą jego był pchor.. „Orlikowski”, wyjątkowo dzielny i pełen młodzieńczej inicjatywy. Razem stanowili świetny, zgrany i uzupełniający się zespół. chor. „Nałęcz” był nieustępliwym obrońcą placówki. Za swoje cechy dowódcze i zarazem opiekuńcze w stosunku do żołnierzy był przez nich bardzo ceniony i szanowany. Już niejednokrotnie wspomniano, z uwagi na bardzo słaby stan broni, placówka bardzo często korzystała z pomocy innych oddziałów, a w szczególności z pomocy AL. Każdy taki oddział udzielający pomocy miał swego dowódcę i on dowodził oddziałem w zakresie wykonywania powierzonego zadania. Dowództwo placówki czy barykady jako całości zawsze jednak pozostawało w rękach tego oficera batalionu, który dowodził placówką i on był odpowiedzialny za jej obronę, tak jak za obronę całego odcinka powierzonego batalionowi był odpowiedzialny dowódca batalionu WSOP „Dzik”. Wszelkie więc twierdzenia, że ktoś spoza batalionu, na odcinku bronionym przez batalion dowodził obroną placówki, są wytworem fantazji, niezgodnym z prawdą. [wytłuszczenie - W.A.C.]…..

 

 (s. 63)…

Chor. „Nałęcz”, stały obrońca tej placówki, określa nasilenie ognia n-pla w dniu 25 sierpnia jako najsilniejszy z dotychczasowych. W czasie tych walk chor. „Nałęcz” został ranny, posterunku swego jednak nie opuścił i dalej dowodził placówką. Rozkazem dowódcy z dn. 24 sierpnia 1944 „za wybitne dowodzenie na polu walki” został mianowany podporucznikiem czasu wojny. [wytłuszczenie - W.A.C.]…..

 

(s. 82)…

 

Straty batalionu na Starym Mieście przekroczyły więc 70%.....

 

(s. 87)…

 

Batalion otrzymał 47 Krzyży Walecznych. Wszyscy żołnierze, którzy otrzymali KW, zostali wspomniani przy okazji opisywania walk, za które te krzyże otrzymali. Jedynie czworo łączników, którzy otrzymali KW za całokształt służby nie zostało wymienionych. Są to: łączniczka „Greta” (Wanda Reda), łącznik „Bartolik” (Andrzej Solinowski), łącznik „Kostka” (Mieczysław Lorenz-Milecki) i łącznik „Podkowa” (Janusz Modliński).

            W czasie Powstania w batalionie awansowali następujący oficerowie: do stopnia kapitana - por. „Dzik”, por. „Leliwa”, por. „Brochwicz”, por. „Oppenheim”; do stopnia porucznika: ppor. „Bazyli”, ppor. „Rawicz”, ppor. „Zgrzyt”; do stopnia ppor. czasu wojny: chor. „Nałęcz” i kapral       z cenzusem „Murzyn”. Razem było 9 awansów oficerskich, 33 podoficerskie i 26 awansów na starszych strzelców  - ogółem 68 awansów. 

(s. 88)…

 

4a. A. Bortkiewicz w „Powstaniu Warszawskim 1944” (Warszawa 1957) s. 701 podaje, że oddziały WSOP w Powstaniu Warszawskim straciły w poległych:

- 5 inspektorów obwodowych (na 7),

- 112 oficerów i około 1.200 szeregowych na 3.500 „zmobilizowanych” oraz

- co najmniej drugie tyle rannych….

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 101)  2 (ręk.)                 

 

Meldunek

Do Dowództwa Kompanji 12ej AK.

W dniu 2 sierpnia 1944 przy zdobywaniu pałacu Blanka u wylotu ul. Daniłowiczowskiej        i Placu Teatralnego, przy współdziałaniu z oddziałem 11 komp. „Starówki” - szczególnie [zasługi położ -przekreślone] odznaczyli się: 1) strzelec Wilk Wacław, który narażając się na śmierć, podczołgał się pod oknami pałacu Blanka dwukrotnie i rzucił 2 granaty ręczne wewnątrz okna i unieszkodliwił Niemców karabinem maszynowym i 2) Podchorąży Klim Jan, który chwycił cudzy karabin i całą siłą ognia zapalił pomieszczenie na I m [pierwszym] piętrze Pał[acu] Blanka gdzie był umieszczony LKM i unieruchomił go.

Warszawa 2/VIII 44                            L. [?] 122              A. Nałęcz

 

(s. 436)…

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 (s. 116, 117)…

„32 (ręk.)

Meldunek

W dniu 8 sierpnia 1944 r z rozkazu Dow. Kompanji objąłem z powierzonym mi 2gim plutonem 12ej kompanji placówkę przy ul. Boleść na barykadzie zamykającej dostęp npl-a od strony Wisły w stronę Starego Miasta.

O godz. 16 z 10-ma żołnierzami udałem się dla dokładnego zbadania pozycji i urządzonych tam przez ludność zapór ulicznych. Stwierdziłem od razu, ze mała barykada znajdująca się na ul. Boleść pomiędzy wybrzeżem Wisły, a ulicą Bugaj,  a położona we wklęśnięciu terenowym nie posiada pola widzenia na Wisłę, tak też i ze względu na to, wadliwe urządzenie. Postanowiłem więc użyć tę barykadę jako wysuniętą placówkę i miałem przystąpić do jej naprawienia i doprowadzenia do należytego stanu. W tym momencie padł strzał od strony Wisły w naszą stronę. Usunęliśmy się na chwilę za mur,   z po paru minutach udałem się z dow. drużyny, plutonowym Sępem Pawłem, do górnej barykady, położonej na skrzyżowaniu ul. Boleść i Bugaj, polecając części swych ludzi dokonać naprawy barykady dolnej. Zaledwie zdążyłem przystąpić do oględzin tej drugiej barykady - rozległ się 2gi strzał  od Wisły i zobaczyłem, że jeden z moich żołnierzy, st. szeregowy Sarenka Kazimierz padł rażony kulą. Śmierć była momentalna. W tejże chwili rozległy się dalsze gęste strzały w naszą stronę, tak że musieliśmy się ukryć za murami. Przy każdym naszym ukazaniu się strzały natychmiast następowały i to gęsto. Nie było mowy o dalszej pracy przy barykadzie nie narażając ludzi na pewną śmierć. Robotę odłożyłem do zmierzchu. O godz. 21ej tegoż dnia przystąpiłem do pracy z 16ma ludźmi mojego plutonu i przy pomocy kilku osób cywilnych wykończyłem barykadę na godz. 1ą  w nocy w dniu 9 b. m. Od tej też godziny obsadziłem barykadę umieszczając  na każdą zmianę po dwóch strzelców przy strzelnicach skierowanych na Wisłę. W ciągu pierwszych 8iu godzin, t.j. do godz. 9ej rano dnia dzisiejszego nie zaszły żadne okoliczności godne zanotowania. Absolutnie żadnego ruchu niepla na autostradzie wybrzeża nie zauważono. Bardzo silny ogień artylerii od strony Pragi w kierunku P. W. P. Wartościowych trwał cała noc.

Rano około godz. 5ej udałem się w asyście kapr. podch. Orlikowskiego na zbadanie prawej flanki mego odcinka w kier. mostu Kierbedzia i stwierdziłem, że całe to skrzydło jest zupełnie niezabezpieczone i przez ul. Bugaj od strony Podzamcza jest bardzo łatwy dostęp na tyły mojej placówki. Uważam stan ten za bardzo niekorzystny dla celowego wykonania mego zadania i zabezpieczenie tego odcinka za nieodzowne. Niestety nie posiadam ani ludzi ani broni abym mógł sam zabezpieczenie takie zorganizować.

L. [?] 122              A. Nałęcz

9/VIII 944 Warszawa

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

         „33 (ręk.)

Do Pana Komendanta Dzika

Melduję że łącznie z pomocą mam obecnie około 60 ludzi razem z sanitariuszkami. Praca ciężka, ciągłe bombardowanie ciągle są czołgi; ludzie pracują bez zmiany.

Trzeba im dać jeść. Proszę bardzo o konserwy około 10 puszek i normalną kolację.

 

Z [L?] 122             A. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 121)…

„44(ręk.)

Meldunek

W nocy z dnia 11 na 12 sierpnia 1944 pełniłem służbę jak i poprzedniej nocy na placówce przy zbiegu ulic Boleś[ć], Bugaj i Mostowa. Służbę pełniła druga drużyna mojego plutonu pod dow. Podchorążego Orlikowskiego. Na skutek obopólnego porozumienia się jak i poprzedniej nocy z dow. A.L. kap. Konradem miałem przydzieloną do pomocy drużynę A.L. która też pełniła służbę przy jednym RKM i dwóch P.M. na tych samych stanowiskach co i poprzedniej nocy.

Pozatem oddział A.L. ma swój stały odcinek na górze ul. Mostowej przy 3-ciej barykadzie licząc od ul. Bugaj-Boleść gdzie też utrzymują nocą służbę w sile około drużyny.

Z.122               A. Nałęcz   12/VIII 944

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 128-130)…

„62(ręk.)

Meldunek

Służby na barykadzie przy ul. Boleść-Mostowa Bugaj-Rybaki.

W nocy z dnia 12 na 13 sierpnia 1944 r podczas służby na barykadach usłyszeliśmy warkot motoru, a niedługo potem około godz. 1ej w nocy ujrzeliśmy obniżający się samolot i zaraz że opuszczające się spadochrony [ ja osobiście naliczyłem 5 sztuk] nad ogrodem Sakramentek. Natychmiast udałem się z kilku żołnierzami na to miejsce  i odnalazłem 2 duże zrzuty w metalowych bębnach długich  ponad 2 metry. Zwołałem drużynę i zrzuty zostały odniesione na moją kwaterę przy ul. Rybaki N 2. Nad ranem odnaleziono jeszcze jeden zrzut mniejszy w skrzynce około 25-30 kilogramów  z amunicją 9tki do P.M. Tej samej nocy nad ranem około godz. 5 otrzymałem meldunki że npl przygotowuje się do natarcia. Rzeczywiście zaraz po godz. 5ej pojawiły się 2 czołgi - Tygrys i tankietka. Tygrys wszedł z autostrady nad Wisłą w ulicę Boleść zaraz naprzeciwko fabryki Quebraco [Quebracho] i po kilku obstrzałach barykady zaczął manewrowanie, ustawił się czołem do siatki drucianej otaczającej fabrykę, ruszył z rozmachem na nią, przebił ją i wszedł na teren fabryczny, za nim weszła tankietka.

W tym samym czasie cały odcinek poczynając od środka ul. Bugaj, przez całe Rybaki, Mostową Boleść i Starą był ostrzeliwany bardzo silnym ogniem artylerii z prawego brzegu Wisły. Dosłownie wszystkie domy na tym odcinku zostały poważnie uszkodzone - ludność opuściła mieszkania. W tym momencie na służbie przy barykadzie miałem 2ą drużynę mego plutonu w sile 12 ludzi pod dow. Podch. Orlikowskiego z 5 k.b. kilku granatami i pistoletami. Czoło od ul. Boleść i prawą flankę od ul. Bugaj miałem dosyć dobrze ubezpieczone barykadami i rowami. Natomiast lewa flanka była słabo ubezpieczana - stała tam drużyna 11 komp., ale uzbrojona tylko w granaty ręczne i butelki. Z chwilą wtargnięcia npla na teren fabryki, graniczącej  z tyłami posesji, gdzie miałem moje miejsce postoju z plutonem - sytuacja stała się  b. groźna, albowiem przez wybite otwory w murach npl bez trudu mógł wejść na nasz teren. Zabezpieczyłem te wejście ustawiając w jednym miejscu P.M. i K. B. w drugi[m] tylko K. B. Mogłem to uczynić tylko dzięki temu, że w międzyczasie otrzymałem pomoc z grupy Czwartaków kap. Konrada w sile 2 PMów i 4 k.b.  Npl podciągnął w tym czasie piechotę. Część jej wprowadzono na teren fabryki, druga część przypuściła atak na barykadę naszą na ul. Boleść od str. Wybrzeża Wisły. Atak ten trwał krótko i łatwo został przez nas odparty. Ogólną akcję naszą i poruszanie się na bronionej placówce ogromnie utrudniał b. silny ogień artylerji który nie ustawał ani na chwilę. O godz. 11ej w południe sytuacja była b. groźna ponieważ posypały się strzały karabinowe na naszych tyłach z terenu fabryki gdzie już była piechota niemiecka. na nasze prośby w międzyczasie otrzymaliśmy jeszcze posiłki w sile 15 ludzi z 2ma M.P. i 6ma k.b. To umożliwiło mi obstawienie lewej flanki i zabezpieczenie wyjścia z tyłów fabryki Quebraco na ul. Rybaki, a co najważniejsze wysłanie podoficerskiego silnego patrolu na teren fabryki z jednym RKM i kilku KB pod dow. podch. Orlikowskiego dla zlikwidowania wtargnięcia. W tymże czasie jeden z młodych żołnierzy AL. unieszkodliwił Tygrysa na ter. Fabryki, co znacznie podniosło nastrój wśród żołnierzy,  a za kilka minut i tankietka też została unieruchomiona. Energiczną postawą i odwagą Podchor. Orlikowski wyparł Niemców z terenu fabryki.

O godz. 2ej w dzień sytuacja była już opanowana. Npl był zaskoczony utratą 2ch czołgów i stratą około 10 ludzi. Czołgi które nadeszły znów - zawróciły i tylko ostrzeliwały nas bronią pokładową. Artylerja natomiast jeszcze wzmocniła ogień i zasypywała nas gradem pocisków, ale czuło się w tym raczej złość i zemstę, natomiast bezpośrednie niebezpieczeństwo było zażegnane. O godz. 4ej na moją prośbę zostałem zluzowany przez porucznika żandarmerji Rysia, który przybył z oddziałem swoich ludzi. Pozostawiłem na placówce swoją 1ą drużynę, wprowadziłem por. Rysia we wszystkie szczegóły i o godz. 4ej w dzień udałem się na kwaterę przy ul. Świętojerskiej aby odpocząć, ponieważ kilka nocy z rzędu nie spałem przebywając stale na placówce. W czasie całej akcji został zabity jeden żołnierz z 1ej drużyny mego plutonu, jeden  z dr. czwartaków zabity i jeden ranny.

14/VIII 944                                        Z.122                              A. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - -  - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 131)…

„66(ręk.)

godz… [nieczytelne]

944

14/VIII                                              Meldunek

                                               Do Dow 12 komp.

Na przedpolu trzy wozy pancerne. Pokazuje się piechota idzie w stronę ul. Bugaj. Koniecznie potrzebuję wsparcia od komp. Ze Ś.Jerskiej 10. por. Koperski.

  1. Nałęcz

 [Mowa o 104 kompanii ZSP i zastępcy jej d-cy, poruczniku „Koperskim” - Witoldzie Potzu]

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 133, 134)…

69(ręk.)                                     Meldunek

Do D-wa  Baonu Grupy Północ.

Objąłem służbę na placówce „Boleść-Bugaj” o godz. 12ej w południe.

Do wieczora poza tym, że prawie cały czas czołg „Tygrys” stal na Wisłostradzie względnie na kartoflisku naprzeciwko naszej placówki i ostrzeliwał dom i barykadę placówki, skutkiem czego spłonęła tylnia część domu - żadnych poważniejszych zajść nie było.

O godz. 9ej wieczorem zostało rozpoczęte natarcie na t.zw. „Czerwony Dom” wspólnie przez oddziały Ak i AL. pod dow. kap. Szweda. Po upływie mniej więcej godziny natarcie to zostało przerwane - większych rezultatów nie osiągnięto - i oddział AL. wrócił na naszą placówkę. Natychmiast prawie rozpoczęła się kontrakcja nieprzyjaciela - najpierw b. silny ogień artyleryjski, a następnie rozpoczęło się natarcie z 2ch stron piechoty; było to już w nocy około godz. 1ej. W tym momencie miałem na służbie: 2 strzelców na barykadzie Boleść, 2ch strzelców na barykadzie Bugaj, jednego strzelca na punkcie obserwacyjnym i strzeleckim przy ul. Bugaj, i strzelca na punkcie wat.-strzeleckim w oknie na tyłach domu w stronę Garbarni.

…[trzy słowa nie czytelne - uszkodzenie dokumentu] posiadałem 5 K.B. z których w 3ch K.B. były po 3-4 naboje, w 2ch zaś od 6-10  naboi. Prócz tego 6 granatów. Pozwolę sobie zauważyć, że tego rodzaju obrona wyglądała jak parodja - starczyło by jej najwyżej na ½ godziny. Liczyć na …[nieczytelne] oddziały AL. nie można zawsze. Aczkolwiek dotąd wspierają naszą placówkę b. wydatnie tem nie mniej zawsze dzieje się to w ostatniej chwili i dosyć chaotycznie. W danym wypadku na przykład otrzymałem wsparcie już wtedy  [w znaczeniu: dopiero wtedy] gdy npl. rzucił kilka granatów ręcznych około Garbarni Quebraco w bezpośrednim sąsiedztwie z naszą placówką. Otrzymałem 1[poprawione, poprzednio 2] PM i 3 KB oraz około 10ciu granatów. Kiedyś możemy spóźnić się o 5 minut, placówka przepadnie i wydamy załogę na zagładę.

Uważam, że placówka tak jest ważna, a z drugiej strony tak atakowana przez npla, że minimalne uzbrojenie załogi winno wynosić minimum 10 K.B. z pełną amunicją oraz konieczna jest broń automatyczna - przynajmniej C.K.M. wzgl. RKM.

Powyższy atak został odparty - natomiast ogień artylerji trwał …[nie czytelne, uszkodzenie dokumentu] …ranem znów …[nieczytelne]…piechoty.

godz. 11a                                                                        Z.122               A. Nałęcz

d. 15/VIII 44.       

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

70 (ręk) - obok tekstu szkic rysunkowy.

Meldunek

Npl znalazł punkt obstrzału naszego domu. Dom jest zrujnowany. Dalszy pobyt niemożliwy - barykada nie istnieje. Konieczne zajęcie czerwonego domu i fabryki Quebrako [poprawnie Quebracho] inaczej odcinek utracimy. Będę niedługo osobiście.

11.10

dnia 15/VIII 944                                               A. Nałęcz  

 

(s. 446)…

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 137)…       

 

„„74(ręk.)

Do Dcy I Rej. WSOP                      15.08. g. 13.00

W dn. 14 bm. w godz. popołudniowych npl po uprzednim obstrzeliwaniu placówki przez artylerję z działek na wybrzeżu i z czołgów, przypuścił atak piechoty od wybrzeża na barykadę przy ul. Boleść. Atak ten w bardzo krótkim czasie został odparty. Npl wznowił potym ostrzeliwanie placówki z art. z jeszcze większą siłą kierując ogień na wszystkie przejścia wiodące do placówki. Ogień ten trwał do godz. 20. W czasie tym 7 ludzi zostało rannych. Od godz. 20 do 22 trwał względny spokój Ponieważ jeszcze przed południem zostały zauważone 3 npl…[ciężkie?] wozy pancerne stojące w odległości około 220-230 mtr. od placówk,i z których do wozów wychodziła piechota i skierowała się ku t.zw. czerwonemu domowi postanowiono po porozumieniu się ze wspierającymi oddziałami AL. dokonać wypadu w nocy i opanować ten dom. Akcja ta rozpoczęła się około godz. 23.30. Oddzial AL. pod dtwem kpt. Konrada w sile ponad 30 osób zgrupował się na placówce Boleść i podzieliwszy się na dwie grupy wyruszył ku czerwonemu domowi. jedna grupa poszła od strony autostrady, druga - od strony ul. Bugaj. W akcji tej z mego plut. brał tylko udział pchorąży Orlikowski. Po upływie 1 ½ godz. oddziały powróciły. Domu opanować się nie dało, natomiast jedna z grup zdobyła 1 ckm.

Natomiast po powrocie oddziałów npl. otworzył ogień huraganowy na placówkę, zarówno     z dział i z czołgów, który trwał, z małymi przerwami, do godz. 10 rano. Podczas tego bombardowania została bardzo nadwątlona barykada, a ściany domu w którym mieści się placówka zostały w wielu miejscach przebite na wylot.

„Piat” przysłany przez ppor Rysia był na placówce od godz. 10-ej dnia dzisiejszego.

Z.122               A. Nałęcz

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 138)…       

 

 „„75(ręk.)

 

15/VIII  godz. 14.30

Melduję dodatkowo przebieg akcji zniszczenia Tygrysa i tankietek przy ul. Mostowej: dn 13/VIII w godz. przedpołudniowych nadjechał jeden Tygrys i 1 tankietka od mostu Kierbedzia i zatrzymały się na Autostradzie u wylotu ul. Boleść.

Pluton 112 WS.OP ma wysuniętą placówkę w fabr Qebrako [Quebracho] na I p z 2 butelkami ze stałym posterunkiem z sile 2 l[udzi]. Jednocześnie z Tygrysem przyszedł na placówkę żołnierz AL. i w momencie gdy Tygrys uderzeniem wyłamał siatkę ogrodzenia i wjechał na podwórze fabryki, żołnierz ten rzucił butelkę na Tygrysa, z radości, że mu to udało się nie czekał jaki będzie skutek jego rzutu przyleciał na dół na kwaterę  zameldował  że spalił czołg. Tymczasem zaledwie zaczął tlić się i wówczas jeden   z plutonu 112 WS.OP rzucił 2 [drugą] butelkę. W międzyczasie żołnierz z AL. wrócił i widząc że czołg tylko tli się rzucił 3 butelkę. Kto był sprawcą ostatecznego unieruchomienia czołgu trudno ustalić czy żołnierz z Al. i czy ze 112 gdyż czołg przestał tlić się ale nie został rozsadzony, a jedynie miał uszkodzony motor, a jako dowód wyjęte    z czołgu pociski 75 k [określenie kalibru pocisków] około 20 sztuk. gdy czołg przestał tlić się podch. Orlikowski ze 112 [chyba 122? - W.A.C. ] WSOP pod obstrzałem npla skoczył do czołgu wymontował CKM i przyniósł do kwatery 122. Tankietkę, która nadjechała z Tygrysem zniszczył AL. Po godzinie nadszedł kap[itan] Szwed z AL. i odebrał pch. Orlikowskiemu pod przymusem CKM. Taki był przebieg akcji z dnia 13/VIII. natomiast DN 14/VIII ok. godz. 13 nadjechała tankietka, na odcinku również ul. Mostowej, którą w ciągu 5 minut sierżant ppor. żand. Rysia z grupy maj. Bary [Barry], przydzielony do barykady na ul. Mostowej znajd. pod dowództwem pch. Nałęcza ze 112 [chyba 122? - W.A.C.] plut. WSOP zniszczył tankietkę tak, że nie pozostało po niej ani śladu. Dla orientacji podaję, że bezpośrednio potem wymieniony sierżant przejęty sukcesem tym samym piatem zniszczył tankietkę zdobytą na tej samej barykadzie dnia poprzedniego.

Z.122               A. Nałęcz

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

(s. 147)…        „„98(ręk.)…

Meldunek

Do Dcy Por. Dzika

Zmiany służby na placówce Boleść dokonać nie mogę, ponieważ zamiast przyjętych ode mnie 6 kb. zwracają mi tylko 4, na to zgodzić się nie mogę.

Również nie oddają mi granatów. Proszę o wydanie odnośnego rozkazu. Karabiny moje są mi niezbędne bez tego nie mogę gwarantować obrony placówki. Godz. 9.00   17/VIII 944                                                     Z.122               A. Nałęcz

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

(s. 451)…

 

 

 

 

(s. 149)… „„100(ręk.) - z dopiskiem na odwrocie

Meldunek

Rozpoczęło się natarcie. W pierwszych 5ciu minutach spaliliśmy Tygrysa. Konieczna pomoc w sile 20 ludzi z P.M. i K.B. bo por. Kryś zdjęty został i wymaszerował.

Z.122               A. Nałęcz

Ś. Jerska 10                    Komp.         

Por. Koperski                   104                                          Ranny Sokół

         Wroński                                                                Ranny Albatros

         Makowski                                                                                                                                                            A. Nałęcz  

Do nich się zwróci[ć] o pomoc    godz 13                 17/VIII

[prawdopodobnie chodzi nie o por. „Krysia”, lecz o por. „Rysia” - z plutonu żandarmerii, wymienionego we wcześniejszych meldunkach]

 

(s. 453)…

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

  „„101(ręk.) - z dopiskiem na odwrocie

Do Pana Komendanta Dzika

Melduję że łącznie z pomocą mam obecnie 60 ludzi razem z sanitarjuszkami. Praca ciężka, ciągłe bombardowanie ciągle są czołgi; ludzie pracują bez zmiany. Trzeba im dać jeść. Proszę bardzo o konserwy około 10 puszek i normalną kolację.

Z.122               A. Nałęcz

Niema zupełnie amunicji do Stayerów - tylko 15 sztuk proszę o przysłanie.                                                                                                      AN.

 (s. 151)…

„„106(ręk.)

Do d-twa 8[?] baonu                                              M.P. 18.VIII.44 godz. 18                    

Meldunek Nr.

Dziś o godz. 17.30 do stanowisk naszej placówki zbliżył się jeden żołnierz niemiecki z bro nią boczną. Żołnierz ten oddał się dobrowolnie do niewoli, przy czym sam podszedł do naszych ubezpieczeń. Zeznaje, że mając dosyć wojny szukał okazji do oddania się do niewoli. Na naganę i karę zasługuje dwóch ludzi naszych, którzy pełnili służbę czujki przy autostradzie i którzy zbliżającego się nie zauważyli na skutek opuszczenia stanowiska. Obaj zostali przekazani żandarmerii A. K. Głównym winowajcą  był strz. Wołodyjowski.

D-ca placówki Nr. 1

Z.122               A. Nałęcz     18/VII 944

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

(s. 154-155)…            109(ręk.)

Meldunek

Do D-cy BONU W.S.O.P. [winno być BAONU]

gr. Północ

por. Dzika

Służbę na placówce I Rybaki 32 objąłem o godz. 8.30 w dniu 18/VIII 944. Zaznajomiłem się z terenem, rozstawiłem czujki i prowadziłem normalną służbę. Do godzin wieczornych poza ostrzałem artyleryjskim i wybuchami [?] - nic poważniejszego nie zaszło. O godz. 17.30 na placówce pojawił się żołnierz niemiecki   i poddał się n.[naszej] załodze. Został on odprowadzony do Komendy W.S.O.P przy ul. Podwale 19. Żołnierz ten przeszedł koło naszej głównej czujki niezauważony przez dwóch strzelców: Wołodyjowskiego i Tulipana, którzy samowolnie opuścili stanowisko. Zameldowałem o tem D-cy Komp. Z prośbą  o surowe ukaranie winnych. W nocy około godz. 1-2 raptem rozpoczęła się b. silna strzelanina piechoty wokół naszej placówki. Trwało to około 40  minut. Przygotowałem się jak mogłem na odparcie natarcia, lecz natarcie nie nastąpiło i strzelanina ucichła.

Reszta czasu do zmiany o godz. 8.00 minęła mniej więcej spokojnie.

D-ca plutonu i placówki I Rybaki 32

pchor. A. Nałęcz  

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 165)…        „133(ręk.)

Meldunek

Do D-cy Baonu P.Por. Dzika.

W 5 minut po Pańskim wyjściu rozpoczęło się natarcie b. silne czołg rozwalił dom gdzie był nasz punkt obserw. - strzelecki poranił ludzi. Następnie przyszły miotacze ognia i samoloty. Znowu pożary, zachodzą nam z tyłu od fabryki Quebraco.

Myślę, że fabryki się nie da utrzymać, a wtedy mam otwarte tyły. Robię co mogę. Proszę o pomoc natychmiast. Sytuacja groźna.

Godz. 5.40                                                                   D-ca Placówki Boleść

21/VIII                                                                                             A. Nałęcz 

 

(s. 466)…

 

 

 - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

 134(ręk.)

Do D-cy Baonu p.por. Dzika.

Meldunek

placówki Boleść-Bugaj

Przyjęto od p.por. Juranta [powinno być: Juranda] 2 kb - oba niemieckie - brakuje nam zatem 2 kb Mau[sery] i 2 kb Stayery. Dziś nie oddam p.por. Jurantowi żadnej broni, bo nie wierzę, że mi ją zwróci. Pozostaję na placówce.

D-ca Placówki A. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 

(s. 165-166)…

135(ręk.)                      Meldunek

Całą noc ogień artyl. i 4 trafienia obok min zapalających. W naszym budynku byliśmy        w ciągu nocy 3 razy zasypani gruzem i odłamkami. Zostały wzniecone 2 pożary - jeden obok garbarni, drugi u nas. Od godz. 5 rano silny obstrzał od strony Cytadeli - kilka trafień obok i 2 w nasz dom. O godz. 5.40 samoloty zrzucały na nas bomby - trafiona oficyna n/domu. Ludzie wyczerpani, moralnie się załamują są u skraju wytrzymałości. Siła obronna minimalna. Uważam za konieczne przeniesienie M.P. Otrzymałem meldunek, że w „Pekin” trafiły pociski art. I bomby burzące. Podobno kilkunastu zabitych i dużo rannych. Proszę   d-cę kompanii o przybycie na miejsce i zorjentowanie się w sytuacji. 2gi pluton był na czas i pełnił w nocy służbę.

godz. 6 rano 21/VIII 944                     D-ca Placówki Boleść podch. A. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 171)…   „147(ręk.)                                  Meldunek

Do D-cy Baonu p.por. Dzika.

Pozostanie na placówce niemożliwe - ataki z góry, minami, areoplanami, z dołu artylerja - piechota Wybijają ludzi Proszę o dyspozycje.                    Nałęcz 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

(s. 174)…

„153(ręk.)                                                                                               22.8.44

IV Baon WSOP

Do D-twa Zgrupowania „Róg”

Przedstawiam wniosek do odznaczenia

Odznaczenia

Lp.

stop.

Pseudonim

Nazwisko i imię

Data urodz.

Opis wymienionej zasługi

Krzyż

Waleczn.

po raz pierwszy

1

pchor.

Nałęcz

Ciechanowicz

Marceli

23.3.

1890

W dn. 5.8.44 odznaczył się przy obronie barykady przy ul. Bielańskiej 8. W dn. 13.8. dowodził obroną barykady Boleść, gdzie zniszczono czołg i tankietkę, Stale w linii. Obowiązkowy, gorliwy, o dużej gotowości bojowej mimo poważnego wieku.

 

Dca Baonu [bez podpisu]

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

(s. 169)…

 „.„143(ręk.)

Do D-cy Baonu p. Dzika

Wobec tego, że podch. Zawadzki został wczoraj ciężko ranny, a w tej chwili nieprzyja-ciel atakuje nas w sile 3 czołgów i 50 piechoty zwolnić podch. Orlikowskiego na ront [ówcześnie = inspekcja - W.A.C.] nie mogę prędzej, aż po odparciu ataku.

Dca Placówki Boleść

godz. 10.30      21/VIII 944

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 179)…

„„166(ręk.)

Do D-cy Baonu gr. Północ

P. Por. Dzika.

W chwili obecnej na placówce spokój. W Pekinie zdaje się też już się uspokoiło - nie słyszę strzałów. Obecnie mam meldunek, że npl przekrada się z Domu Czerwonego   w naszym kierunku. Wysyłam na rozpoznanie i wystawiłem na czujce P.M. i jeden K.B.

O zmianach zamelduję natychmiast.

Godz. 21    23/VIII       D-ca Placówki Boleść                                        A. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 184)…

  „„179(ręk.)

Do D-cy Baonu Pana Pr. Dzika

Od godziny 3 czołgi „Tygrysy” i 1 pancerka ostrzeliwują huraganowym ogniem nasz dom. Takiego ataku artyleryjskiego nie było od początku. Pomocy nie mam - A.L. jest tylko na Garbarni. Niemcy weszli na część zabudowań Garbarni.

Co robić?

godz. 3.30                                                            D-ca Placówki Boleść

25/VIII                                                                 A. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 185)…

„„183(ręk.)

Do Dcy Placówki Rybaki 32

W obecnej chwili mam Niemców z tyłu na podwórzu - silne natarcie sam potrzebuję pomocy. Jak tylko odeprę atak zaraz Wam pomogę

  1. Nałęcz  

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 189)…

193(ręk.)

godz. 20.50                              Do D-cy Baonu

25/VIII                                                       por. Dzika

Sytuacja b. Groźna, dużo rannych, npl naciera, praży z haubicy i granatników - konieczna pomoc Nie wiem, czy będę mógł długo dowodzić, bo też dostałem. Wskazana jest zmiana moich ludzi. Proszę o przyjście p. Oppenheima

  1. Nałęcz

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 (s. 191, 192)…

„„197(ręk.)

Rybaki 2. Barykada Boleść-Bugaj                                              por. Nałęcz: 12 komp.

6 ran[nnych]

Przydzieleni do pomocy

1)     Z por. Rys 4 ludzi [z porucznikiem Rysiem]

Broń 2 PM, 2 kb - wycofany

2)     AL. 20 ludzi

      Broń 2 lkm, 3 PM, 4 kb, gran[anaty]

3)     Odział [oddział] wypadowy Wigry dowódca podch. Grzmot

     Broń 1 lkm, 2 PM, 6 kb, 20 gran

 


Rybaki 5. Fabryka

4 ludzi z [rkm - przekreślone]

 


Pekin. 11 komp.

Przydzieleni 1-24 ludzi

Broń 1 rkm, 2PM, 2 kb, granaty

 


Rybaki 24, 15 komp. Madryt

Przydzieleni od puł. Machnowskiego [Wachnowskiego]

Por. Szary i 10 ludzi

Broń 1 RKM, 2 PM, 3 kb, 10 gr

Dopisek inną ręką:  Raport oficera rontowego [inspekcyjnego] z godz. 24-ej.

25/8.44

[Ppor. „Szary” - Marian Gorzkowski - nie był oficerem odwodu płk. „Wachnowskiego”, lecz oficerem zwiadowczym zgrupowanie „Leśnik”, nie podlegacącego mjr-owi „Rogowi”, a ppłk-owi „Pawłowi”, w związku z czym został przez tego ostatniego skierowany do obrony sąsiedniego odcinka - w myśl rozkazu płk. „Wachnowskiego”, nadrzędnego wobec obu zgrupowań].

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 192)…

„„198(ręk.)

25/8.44                          zabici                   ranni          zaginieni

11 komp.                        10               34               4

12 komp.                          9               19               2

15 komp.                        15               12               3

Dna Dcy                            1                 1               -

                   Razem         35               66               9

                                               110 ludzi     

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 (s. 193) „… „200(ręk.)

IV Baon WSOP

Rozkaz Nr 6

1)    Awanse

a)     za wybitne dowodzenie na polu walki został pchor. Nałęcz Antoni rozkazem     D-cy AK I z dn. 24.08.44 mianowany podporucznikiem ………………………..

T.Dzik

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 203, 204) „… „223(ręk.)

IV Baon W.S.O.P.                                                           M.p. 27.8.44

 

Rozkaz Nr 7

 

1.     Służba oficera rontowego [ówcześnie=inspekcyjnego - W.A.C.] ………

2.     Odznaczenia

D-ca A.K. rozkazem z dn. 24.8.44 L519/I nadal Krzyż Walecznych po raz pierwszy następującym żołnierzom IV Baonu W.S.O.P. za odwagę i męstwo:

por. Dzikowi Tadeuszowi

por. Leliwie Stanisławowi

zaś rozkazem z dn. 26.8.44  pchor. Nałęczowi Antoniemu……………………..

D-ca Baonu T. Dzik por

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 210)…

„247(ręk.)

 

IV Baon WSOP

Wykaz żołnierzy z bronią.

1.     Por. Dzik Tadeusz

  1. strz. Kostka Mieczysław
  2. strz. Witold Zdzisław [łącznik u p. płk. Mścisława]
  3. sierż. Agawa Bohdan [łącznik z A.L.]
  4. ppor. Przyjaciel Stanisław
  5. pchor. Rak Tadeusz
  6. kpr. Grom Jan
  7. strz. Bodek Bogdan
  8. st. strz. Skrzyp Maksym
  9.  strz. Danuś Jan
  10.  strz. Sylwian Jan
  11.  strz. Jan Józef
  12.  strz. Czajkowski Tadeusz
  13.  strz. Żuk Stanisław
  14.  strz. Henryk Ryszard
  15.  ppor.  Nałęcz Antoni
  16.   …………………………………….
  17.  

[Wykaz ten - również następny - został przygotowany w związku z planowaną ewakuacją załogi Starego Miasta kanałami do Śródmieścia]

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

 

(s. 214- 216)…

„255(ręk.)

 

IV Baon W.S.O.P.                                                                              M.p.5.9.44

Rozkaz Nr 9

1)     Przydział lekarza baonowego. ……………

2)    Podział baonu na kompanie.

W związku ze spadkiem stanów w Baonie wcielam st. strzelców i strzelców z 11 komp. Do komp. 12ej. Dotychczasowa komp. 15 otrzymuje numer 11-y.

W skład 11 komp. wchodzą następujący oficerowie, podchorążowie i podoficerowie:

         p.por. Zgrzyt Mieczysław - d-ca kompanii …………………………………..

W skład 12 komp. wchodzą następujący oficerowie, podchorążowie i podoficerowie:

         por. Oppenheim Marian - d-ca kompanii

         ppor.  Nałęcz Antoni ……………………..

D-ca baonu

T.Dzik

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 224-226)…

„271(masz.)

Baon „Ostoja”

m.p. dn. 29.8.44 [błąd w dacie, powinno być: 29.9.44 - W.A.C.]

 

Rozkaz organizacyjny

 

Z dniem 28.9.44 wprowadzam niżej podaną organizację baonu „Ostoja”………

……….Kompania 3……………….

Pluton II.

D-ca plut. Ppor. Murzyn Robert

z-ca d-cy - plut. Jastrzębiec

of. Zwiad - ppor. Nałęcz Antoni

……………………………………………………………….. [brak podpisu]

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 234, 235)…

„284(ręk.)

W.S.O.P.

Rej. I. 12 komp.                                                                                         16

Wniosek o odznaczenie za męstwo.

Stopień wojskowy: podchorąży

Imię: Antoni

Pseudonim:  Nałęcz

Nazwisko: Ciechanowicz Marceli       Rok urodz. 23.III.1890 r.

Funkcja i przydział: d-ca plutonu 12 komp. I. Rej. W.S.O.P.

Szczegółowy opis czynu: W dniu 5-go sierp. b. r. kierował obroną barykady przy ul. Bielańskiej 8 [do - przekreślone] w specjalnie ciężkich warunkach. Bronił barykady z dwo- ma strzelcami do ostatniego z 13-tu naboi do 2ch kb. - Dalszą obronę przejęła 20 komp. Baonu Szturm.

W dniu 13-go bn. kierował akcją obrony barykady przy ul. Boleść, atakowaną przez 2 czołgi, 1-ną tankietkę i drużynę piechoty. W wyniku akcji spalono czołg i tankietkę i ponad-to zabito ca. 10-ciu npl.

         Kandydata do odznaczenia charakteryzują: obowiązkowość, gorliwość i gotowość bojowa mimo poważnego wieku.

Stopnie służbowe, imiona i pseudonimy świadków bezpośrednich:

         por. Bankowski

         szer. Witek

szer. Bartolik

Wniosek o odznaczenie: „Krzyż Walecznych”: po raz I

Podpisy świadków:

         Wirek Włodz.

         Bartolik Andrzej

         Bankowski Wojciech

D-ca Kompanii. Oppenheim por

M.p. 15.8.1944 r.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 298, 299)…

TADEUSZ MARUSZEWSKI - „OŻAROWSKI”

Jest już piętnasty dzień Powstania warszawskiego, dzień Matki Boskiej Siewnej. Grupa nasza III [chyba II? - W.A.C.] pluton 12-ej kompanii batalionu AK - WSOP „Dzik”, otrzymała zadanie utrzymania terenu fabryki „Quebracho”, Starej Prochowni oraz barykad przy ul. Boleść 5.

            Jesteśmy w tym dniu wyjątkowo nieliczni, bowiem wielu naszych żołnierzy zostało wydzielonych do innych zadań. Stan nasz był więc następujący:

1.     Dowódca - chor. „Nałęcz” (później - ppor. czasu wojny)

2.     Zastępca d-cy - pchor. „Orlikowski”

3.     Sekcyjni - plut. „Orzeł” i „Zośka”

4.     Strzelcy - „Wilczur”, „Saper”, „Żyrafa”, „Ożarowski”, „Wołodyjowski” i „Tulipan”

5.     Sanitariuszka „Marta” ………

….Owych punktów bronili pozostali żołnierze plutonu: „Saper”, „Zośka”, „Ożarowski”, „Tulipan”, pod dowództwem chorążego „Nałęcza”….Lżejszych zranień doznali: - chor. „Nałęcz”, plut. „Orzeł”, kpr. „Wilczur” i strz. „Ożarowski”.

            Straty nieprzyjaciela, wg, ustaleń - chor. „Nałęcza” z dnia następnego, wyniosły 11 zabitych…..

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

(s. 359- 361)…

 

A.     Skład organizacyjny batalionu AK WSOP „Dzik”

Dowódca - por./kpt. Tadeusz Okolski, ps. „Dzik”

Zastępca - por./kpt. Stanisław Sienkiewicz, ps. „Leliwa”

Adiutant - por./kpt. Jerzy Zieliński, ps. „Brochwicz”

Kwatermistrz batalionu - ppor. Stefan NN, ps. „Wasilewski“

Oficer ewidencyjny - ppor. czasu wojny Janusz Modliński, ps. „Podkowa”

Komendantka sanitariuszek - sierż. Barbara Krok - Paszkowska, ps. „Odsadnia”

 

Kompania 11

Dowódca - ppor./por. Zenon Szczepkowski, ps, „Szczerba”

Zastępca , a od 15.08.1944 dowódca po rannym „Szczerbie” - ppor./por. Tadeusz Mędrzycki, ps. „Bazyl”

Dowódca I plutonu - ppor./por. Tadeusz Mędrzycki, ps. „Bazyl”, a po objęciu dowództwa      kompani przez „Bazyla” - ppor. Zbigniew NN, ps. „Witkowski”

Dowódca II plutonu - kpt. Tadeusz Józef NN, ps. „Lawina”, poległ 07.08.1944

Dowódca II plutonu - ppor. Antoni Czajkowski, ps. „Sokół”, poległ 06.09.1944

Zastępca - pchor. Jerzy Kordowski, ps. „Jur”, śmiertelnie ranny 06.09.1944

Dowódca II plutonu - por. Stanisław Nowaczyński, ps. „Przyjaciel”

Dowódca III plutonu - ppor. Antoni Malec, ps. „Kostka’, poległ 02.08.1944

Dowódca III plutonu - ppor. Tadeusz Dziewicki, ps. „Oksza”, ciężko ranny 27.08.1944

Dowódca III plutonu - ppor. Bronisław Tomalak, ps. „Lech”

Dowódca IV plutonu - ppor. Kazimierz Chlebowski, ps. „Cazimi”

 

Kompania 12

Dowódca - por./kpt. Wacław Kozicki, ps. „Oppenheim”

Zastępca - chor./ppor. czasu wojny - Marceli Ciechanowicz, ps. „Nałęcz”

Szef kompanii - por. Wojciech NN, ps. „Bankowski”

Dowódca I plutonu - chor. - Marceli Ciechanowicz, ps. „Nałęcz”

Zastępca, później dowódca - por. Wojciech NN, ps. „Bankowski”

Dowódca II plutonu - ppor. Jerzy Stelmaszczyk, ps. „Jurand”

Zastępca - ppor. Eugeniusz Arendarczyk, ps. „Płóciennik”

 

 


Od autora -W.A.C. - Właściwie winno być [vide Kontrowersje, s. 62-63]:

 pluton   I - 121 - istniał od 9 do 12 sierpnia - d-ca ppor. „POZNAŃCZYK”  - NN. Janusz

 pluton  II - 122 - d-ca pchor. „Nałęcz Antoni” - Marceli Ciechanowicz, potem pluton I-wszy

 pluton III - 123 - d-ca ppor. rez. art. „Jurand” - Jerzy  Stelmaszczyk, potem pluton II-gi

 pluton IV - 124 - d-ca N.N.,  potem pluton III-ci

 

 

Kompania 13

Dowódca - por. NN, ps. „Radwan”

(Kompania walczyła na Powiślu, na terenie Elektrowni - w zgrupowaniu kpt. Cypriana Odorkiewicza - „Krybara”)

 

Kompania 14

Dowódca  - ppor. Kazimierz Barcewicz, ps. „Piaskowiec”

Dowódca II plutonu - ppor. Wacław Chyra, ps. „Muszyński”

Zastępca  - ppor. Tadeusz Bogusławski, ps. „Robak”, „Drzazga”

(Walki w Śródmieściu - ul. Kredytowa, pl. Małachowskiego)

 

Kompania 15

Dowódca  - ppor./por. Czesław Dąbrowski, ps. „Rawicz”

Zastępca - ppor./por. Alfons Stanisław Pieczyrak, ps. „Zgrzyt’

Dowódca I plutonu - ppor. Henryk NN, ps. „Barek“

Zastępca - ppor. Józef Wytrwalski, ps. „Jerzy”

Dowódca II plutonu - ppor. Eugeniusz NN, ps. „Grzmot“

Zastępca - ppor. Jan Olszowiec, ps. „Leliwa”

Dowódca III plutonu - ppor. Walerian Andrzejewski, ps.”Jolat”

Zastępca - ppor. Mieczysław Duch, ps. „Wielgos”

Dowódca IV plutonu - ppor. Edward Okrasiński, ps. „Napoleon”

 

Po przejściu ze Starego Miasta na Powiśle dowódca batalionu „Dzik” z resztek żołnierzy zorganizował tylko dwie kompanie:

 

Kompania 11

Dowódca - por. Alfons Stanisław Pieczyrak, ps. „Zgrzyt’

Zastępca - por. Stanisław Nowaczyński, ps. „Przyjaciel”

Dowódca I plutonu - ppor. czasu wojny Robert Prusiński, ps. „Murzyn”

Dowódca II plutonu - ppor. Jan Olszowiec, ps. „Leliwa”

Dowódca III plutonu - por. Mieczysław Duch, ps. „Wielgos”

Zastępca - plut. Jan Gudełajtis, ps. „Albatros”

 

Kompania 12

Dowódca - kpt. Wacław Kozicki, ps. „Oppenheim”

Zastępca i dowódca plutonu - ppor. czasu wojny - Marceli Ciechanowicz, ps. „Nałęcz”

 

Po upadku Powiśla batalion „Dzik” 0d 07.09.1944 wszedł w skład odcinka „Sarna” (dowódca - mjr. Narcyz Łopianowski, ps. „Sarna”) w zgrupowaniu ppłka Jana Szczurka-Cergowskiego, ps. Sławbor”. Jednostka walczyła na pododcinku kpt. Tadeusza Klimowskiego, ps. „Ostoja”.

Kpt. Tadeusz Okolski był zastępcą kpt. „Ostoi”.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

(s. 362 i dalsze)…              

 

B.     Wykaz biograficzny żołnierzy batalionu

…. CIECHANOWICZ MARCELI ps. ANTONI NAŁĘCZ

ur. 23.03.1890 r., ppor., z-ca d-cy 12 komp. I d-ca I plut., w konspiracji od 03.1942 r., ranny 26.08.44 na St. Mieście i 15.09.44 na ul. Wspólnej 10. Odznaczony Krzyżem Walecznych. Ostatnio widziany w szpitalu obozowym w Gros-Lűbars XIA…….

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

(s. 406)…

 

CIECHANOWICZ MARCELI - ANTONI NAŁĘCZ

            Ur. 23.03.1890. Przed I wojną światową pchor. piechoty w armii rosyjskiej.  W konspiracji (ZWZ-AK) od stycznia 1942. W Powstaniu Warszawskim d-ca plutonu 12 kompanii batalionu WSOP „Dzik” w stopniu chorążego (od 28.09.1944 ppor. czasu wojny). Ranny od bomby 15.09.(ul. Wspólna 10). Odznaczony KW.

 

[UWAGI:

1.      tekst” Przed I wojną światową pchor. piechoty w armii rosyjskiej. jest prawdopodobnie błędny, a odnosi się nie do Marcelego, lecz do jego ojca - Antoniego Ciechanowicza

2.      winno być od 28.08.1944, a nie 28.09.1944 - uwagi W.A.C.]

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -  -

Edmund Baranowski, Juliusz Kulesza, „Warszawskie gry wojenne”, Poznań 2011, wyd. WiS.

 

(s. 268)………………(relacja J.Kuleszy)

 

Kolejne skojarzenie dotyczyło chorążego/podporucznika „Nałęcza” (Marceli Ciechanowicz, nie mylić z ze Stanisławem Nałęcz-Komornickim), dowódcy plutonu      w batalionie WSOP „Dzik” kapitana Tadeusza Okolskiego.

Gdy w 1994 roku opracowywałem zbiór dokumentów batalionu „Dzik”, kontrowersje budziło nawet przybliżone określenie wieku „Nałęcza”. Jedni z dawnych żołnierzy „Dzika” twierdzili, iż był to mężczyzna już niemłody, inni zaprzeczali temu stanowczo. Dla mnie również było to zagadką - aż do przeczytania jednego z meldunków „Nałęcza”. Podawał w nim, że nad powstańczymi stanowiskami krąży areoplan. Nie samolot, lecz areoplan! Tak nie nazwałby samolotu żaden ówczesny młody człowiek, to był język pokolenia naszych ojców. Dziś wiemy już, że chorąży „Nałęcz” miał w Powstaniu 54 lata, „areoplan” nie zawiódł jako wskazówka..

 

Julisz Kulesza, „Sen o rybakach”, Warszawa 2015, wyd. PWPW

 

(s.48)........

W strukturze warszawskiego Okręgu Armii Krajowej Stara Prochownia - podobnie jak cała u- lica Rybaki - mieściła się w pierwszym śródmiejskim rejonie majora „Roga” (Stanisław Błaszczak)  i w Godzinie „W”, czyli 1 sierpnia 1944 roku, została bez walki obsadzona przez plutony 12. kompanii podległego majorowi „Rogowi” batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania porucznika „Dzika” (Tadeusz Okolski).

Po zajęciu stanowisk natychmiast wybudowano przy pomocy ludności cywilnej tuż przy Prochowni silną barykadę, zamykającą ulicę Boleść.

Stałą załogę Prochowni stanowił od 8 sierpnia pluton pięćdziesięcioczteroletniego chorążego „Nałęcza Antoniego” (Marceli Ciechanowicz) z batalionu „Dzik”, a pierwszą śmiertelną ofiarą wśród żołnierzy tego plutonu był st. strzelec „Sarenka” (Kazimierz Szarzyński), trafiony pociskiem zza Wisły……….

…W meldunku z 18 sierpnia chorąży „Nałęcz Antoni” przedstawia organizację obrony Procho- wni: „(...) 2 strzelcy na barykadzie przy ulicy Boleść, 2 strzelcy na stanowisku od ulicy Bugaj,  1 strzelec na punkcie obserwacyjnym przy ul. Bugaj, 1 strzelec na takim samym punkcie w Pro-chowni od strony garbarni; do tego 6 karabinów po około 10 sztuk naboi i po jednym granacie na strzelca. Pozostałe kilka granatów i 8 pistoletów oraz większą ilość butelek zapalających posiadają chłopcy znajdujący się wewnątrz Prochowni”.

(s. 54) ........................................................

Chorąży „Nałęcz Antoni” i jego zastępca, podchorąży „Orlikowski” (Leszek Knopp) byli bardzo wysoko oceniani przez dowódcę batalionu, według którego pierwszy miał duże doświadczenie bojowe, drugi zaś był „wyjątkowo dzielny i pełen młodzieńczej inicjatywy”, stanowili więc „świetny, zgrany i uzupełniający się zespół”…….....................................

….W międzyczasie (23 sierpnia) ranny został chorąży „Nałęcz Antoni”, ale nie opuścił stanowiska dowódczego w Prochowni.

 (s.72)……………………………………………………………………….

Powstałą wśród Niemców panikę [W.A.C.: omyłkowo zostali ostrzelani przez własną artylerię] wykorzystali powstańcy i pluton chorążego „Nałęcza Antoniego” (Marceli Ciechanowicz) z bata- lionu „Dzik” odzyskał utracony wcześniej teren.

 

*

* * *

 

 

powrót do strony głównej

 

powrót

*

* * *

 

KONTROWERSJE

 

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego pt. „STARA PROCHOWNIA” zostały napisane przez Marcelego Ciechanowicza w 1962 roku, lecz nie były przez niego nigdy wydane drukiem.  Publikując je kilkakrotnie od 2004 roku w formie książkowej, oraz w Internecie, miałem pełną świadomość, że od tej chwili istnieje realne niebezpieczeństwo że tekst ten zostanie przez kogoś zawłaszczony a dowodzenie obroną „Starej Prochowni” przypisze sobie ktoś inny.

     Niestety, być może moje obawy zaczynają już się spełniać:

1.      W Wikipedii  w haśle: Batalion WSOP „Dzik” -  pomylono zadania 11 i 12 kompanii WSOP:

zadanie opanowania i obronę Starej Prochowni i fabryki garbników „Quebracho”  błędnie przypisano kompanii 11 (w rzeczywistości zrealizowała je kompania 12, której zastępcą dowódcy, a zarazem dowódcą plutonu 122 był Marceli Ciechanowicz). W ten sposób zakwestionowano rzeczywiste działania kompanii 12 i plutonu 122, przypisując im fikcyjne zadania, których nie wykonywali.  Poszkodowana jest również kompania 11, której przypisuje się działania, których nie wykonywała, a pomija te, które rzeczywiście wykonała.

Niestety, Wikipedia jest przez niektórych (szczególnie przez młodzież) traktowana jako wiarygodne źródło informacji, a błąd w Wikipedii rozprzestrzenił się już na inne strony internetowe i będzie zapewne dalej powielany.     

2.      Na stronie internetowej  BAON „DZIK” ( info-pc.home.pl)  do składu plutonu 122  mylnie dopisany jest „z-ca, później dowódca-por. Wojciech NN „Bankowski” . Ta nieprawdziwa informacja nie pojawia się ani w składzie Batalionu na dzień 30.VII.1944 r., ani w składzie „Po przejściu Batalionu ze Starego Miasta na Powiśle”, lecz wyłącznie w składzie  w okresie sierpień - wrzesień 1944 r., co jest zupełnie nielogiczne. Gdyby rzeczywiście ów rzekomy zastępca zastąpił Marcelego Ciechanowicza na stanowisku dowódcy plutonu 122, to w składzie „Po przejściu Batalionu ze Starego Miasta na Powiśle” figurowałby ów „Bankowski”, a tymczasem jest wyszczególniony tylko „z-ca i dowódca plutonu - ppor. cz. w. Marceli Ciechanowicz „Nałęcz”. W spisie tym nie ma żadnego z-cy dowódcy plutonu. Ponadto -  w książce „Stara Prochownia” pseudonim „Bankowski” nie pojawia się ani raz.

Natomiast Juliusz Kulesza (grupa PWB/17/S) w książce „Sen o Rybakach” (s.54) pisze:

 

              W międzyczasie ranny został chorąży „Nałęcz”,  ale nie opuścił stanowiska dowódczego w Prochowni”.

 

3.     W napisanej w latach 1983 - 1988 książce „BATALION „DZIK” Tadeusza Okolskiego opartej na ocalałym Archiwum Batalionu, kilkanaście meldunków Antoniego Nałęcza (m.i. na s. 101, 116-17,121, 124,137, 138, 149, 151 436 i 451), podpisanych jest numerem 122, co oznacza, że w sierpniu 1944 r. był to DRUGI pluton 12 kompanii, tymczasem na s. 359-361, gdzie podany jest SKŁAD ORGANIZACYJNY BATALIONU AK WSOP „DZIK” - Antoni Nałęcz wymieniony jest jako dowódca pierwszego plutonu 12 kompanii. Trudno sobie wyobrazić sytuację, by w czasie powstania dowódca plutonu w oficjalnym meldunku podpisywał się błędnym numerem jednostki, a gdyby nawet popełnił taki błąd - został by on szybko skorygowany w następnych meldunkach. Skoro jednak numeracja 122 pojawia się  w kilkunastu meldunkach - jest to numeracja prawidłowa. Nie znalazłem natomiast w tej książce żadnego  meldunku  dowódcy sygnującego swoje raporty cyfrą 121. Aby wyjaśnić te rozbieżności, trzeba sprawdzić, czy pluton I (121) rzeczywiście istniał i kto był jego dowódcą, oraz wyszukać informacje na temat. Znajdujemy je na następujących stronach tej samej książki:

a.      str. 243, wiersz 28  - Organizacja plutonu I (121): „…w dniu tym [9.8.1944] rozpoczęto organizację 121 plutonu, którą powierzono ppor. „Poznańczykowi”        i podchor. „Zawadzkiemu”… ”,

b.      str. 400:  pod hasłem „POZNAŃCZYK” JANUSZ (NN Janusz) widnieje adnotacja: „ur. 1906 r., ppor., d-ca I plut 12 komp., a potem II plut. 15 komp., zginął                 w sierpniu 1944 r. na terenie klasztoru ss. Sakramentek na St. Mieście…”.

c.       str. 243, wiersz 1 i 2 od dołu - Rozbicie i rozformowanie plutonu I (121):         „… W godzinach popołudniowych [12.8.44] pocisk rozbił kwaterę na ul. Świetojerskiej pod 16, gdzie zostało 2 rannych, „Cyklina”  średnio w rękę i nogę, a drugi powierzchniowo. Pozatem pociski artyleryjskie zdemolowały kwaterę 121 plutonu, tak, że ludzie się rozbili i z całego plutonu pozostało … ludzi” [autor dziennika nie znał liczby owych ludzi].

d.      str. 235 - Informacje na temat podchor.. „Zawadzkiego”:

 

285 (ręk.)

„„…W.S.O.P.

Rej. I - 12 Komp.

Wniosek o odznaczenie za męstwo

Stopień wojskowy: kapr. pchor..

Imię: Wacław

Pseudonim: Zawadzki

Nazwisko: Hajduk Zdzisław                  Rok urodz: 3.IX.1917

Funkcja i  przydział: d-ca drużyny 12 komp. I Rej. W.S.O.P.

Szczegółowy opis czynu: Podczas tygodniowej obrony barykady przy ul. Boleść zawsze był na wysuniętych posterunkach. Z narażeniem życia pełnił służbę przy kontrolowaniu      i pouczaniu rozstawionych stanowisk, nie schodził ze służby bez zmiany po 16 godzin na dobę. Przykładem swoim służył podkomendnym.

odzn. rozk

D-cy AK z dn. 21.8.44       dopisane później

No 5/5/I [lub 515/I]

Stopnie służbowe, imiona i pseudonimy świadków bezpośrednich:

                   podch Nałęcz

                   por. Bankowski

Wniosek o odznaczenie: „Krzyż Walecznych” po raz I

Podpisy świadków:

L 122 podch A Nałęcz                                                      D-ca Komp.

por. Bankowski Wojciech                                                 Oppenheim por

M.p.15.8.44 r.

 

 


Kolejne informacje o „Zawadzkim” znajdują się w „Starej Prochowni”:

(s.10). „…po objęciu przeze mnie [pisze „Antoni Nałęcz” ] placówki został przydzielonym przez  Dowództwo Baonu jeszcze z innym podchor. „Zawadzkim” do  mego plutonu…”

„Zawadzki” - Zdzisław Hajduk od tygodnia [licząc od 15 sierpnia wstecz] był  dowódcą drużyny kompanii 12, plutonu II (122) o czym świadczy podpis jego bezpośredniego przełożonego „Antoniego Nałęcza” na powyższym Wniosku o odznaczenie za męstwo.

Należał zresztą do tego plutonu - o czym  świadczą liczne adnotacje  „Antoniego Nałęcza”  w ni -niejszej książce ( s. 10, 12, 18, 22 i  24). Wynika z nich, że  „Zawadzki” walczył cały czas  w tym plutonie,  22 sierpnia został  ranny i  umieszczony  w szpitalu polowym w kościele św. Jacka (s.24).

 

Z powyższych informacji wynika, że:

A.    Pluton I (121) rzeczywiście istniał, chociaż tylko przez kilka dni: 9 sierpnia rozpoczęto jego organizację (ppor. „Poznańczyk” i kpr. podchorąży „Zawadzki”), a 12 sierpnia został rozbity. Pozostali przy życiu zostali przydzieleni zostali do innych jednostek: „Poznańczyk” do II plutonu 15 kompanii, „Zawadzki” do II plutonu 12 kompanii.

B.    „Antoni Nałęcz” - Marceli Ciechanowicz był dowódcą plutonu 122 czyli plutonu II-go,  

C.    Ponieważ pluton I (121) został 12 sierpnia rozbity i rozformowany  - to pluton II (122)  niejako wszedł na jego miejsc - zaczęto traktować go jako pluton I, jednakże nie zmieniono jego numeru ewidencyjnego - w meldunkach  zachował tę samą numerację:  122, co było bardzo mylące. Analogicznie zmieniono numerację kolejnych plutonów: pluton  III - (123) - „Juranda” stał się plutonem II-gim, a pluton IV- (124) - N.N. został plutonem III - cim. Nie odnalazłem informacji, czy te zmiany numeracji zostały zadekretowane odgórnie, czy też wyniknęły „same z siebie” z powodu braku  plutonu I-go.

Spowodowały jednak już w czasie powstania dużo zamieszania, o czym świadczą wspomnienia Tadeusza Maruszewskiego - („Ożarowski”), który pluton 122 opisuje jako  III-ci  (vide s. 58).

D.    Wyjaśnieniem tej kwestii powinni zająć się   historycy dysponujący kompletem dokumen-tów Archiwum Batalionu. Jednakże już dziś można stwierdzić, że w książce „BATALION „DZIK” podana jest błędna numeracja plutonów 12 kompanii, która powinna zostać zmieniona.  Natomiast ja zmieniam ją już teraz na potrzeby tej książki (uzupełnienie   w ramce poniżej).

 


Od autora -W.A.C. - Właściwie winno być:

                                   pluton   I - 121 - istniał od 9 do 12 sierpnia - d-ca ppor. „POZNAŃCZYK”  - NN. Janusz

                                   pluton  II - 122 - d-ca pchor. „Nałęcz Antoni” - Marceli Ciechanowicz, potem pluton I-wszy

                                   pluton III - 123 - d-ca ppor. rez. art. „Jurand” - Jerzy  Stelmaszczyk, potem pluton II-gi

                                   pluton IV - 124 - d-ca N.N.,  potem pluton III-ci

 

4.     W niektórych publikacjach figuruje IV Batalion W.S.O.P., w innych ten sam Batalion ma numerację I.

5.     Na podstawie analizy wielu źródeł (książek, publikacji internetowych i innych) przedstawiam poniżej hipotetyczne powody powstania wyżej wymienionych rozbieżności, które można podzielić na kilka grup:

a.       różnice pomiędzy strukturami  teoretycznymi” (zaplanowanymi przed Powstaniem),  a istniejącymi podczas Powstania: wielu z powstańcom, a nawet oddziałom nie udało się dotrzeć do zaplanowanych rejonów - walczyli więc tam, gdzie zaskoczył ich wybuch Powstania, lub po pewnym czasie niektórym z nich udało im się dotrzeć do „swojego” oddziału, niektórzy dowódcy nie mieli łączności ze swoimi oddziałami.    W efekcie takich zawirowań powstawały nowe oddziały, w poszczególni powstańcy należeli nawet do kilku oddziałów. Stworzyło to od razu duży chaos w numeracji oddziałów;

b.      permanentna reorganizacja struktur podczas trwania Powstania: wskutek dużych strat osobowych (do 70% stanu liczebnego) często łączono pozostałych przy życiu    z kilku oddziałów w jeden. Kolejne zmiany nastąpiły po ewakuacji ze Starego Miasta, po kolejnych zmianach lokalizacji oddziałów. Ponadto, z powodu bardzo słabego uzbrojenia, w razie ataków niemieckich - danej placówki broniło czasem kilka różnych jednostek, a których wszystkie przypisywały sobie jej obronę, co od razu stworzyło niesłychany chaos informacyjny - trwający do dziś.                            Z rozszyfrowaniem numeracji oddziałów mieli problemy sami powstańcy, o czym pisze Juliusz Kulesza   w książce „Warszawskie gry wojenne” na stronie 209:

„Do 10 sierpnia nasza grupa PWB/17/S była jedyną stałą załogą PWPW, tylko doraźnie wzmacniana drobnymi oddziałami z zewnątrz. Tego dnia pojawili się nowi - w sile sporej, bo prawie dwustuosobowej kompanii. Oglądaliśmy z okna ich zbiórkę na dziedzińcu Wytwórni……Dość długo nazywaliśmy ich błędnie 104. kompanią, w istocie zaś była to jednostka wywodząca się z 4. kompanii „Watra” batalionu „Kiliński”. Rzeczywista 104. kompania Związku Syndykalistów Polskich uczestniczyła w zdobywaniu PWPW 2 sierpnia, później kilkakrotnie - głównie nocami - jej pojedyncze plutony wzmacniały nasze stanowisko. Aby nie dość było tych czwórek, główną siłą uderzeniową powstańców tegoż 2 sierpnia była 4. kompania batalionu „Czarniecki” kapitana „Gozdawy”. Pomieszały się więc nam te wszystkie czwórki i powstał mętlik w nazewnictwie”…….

c.       książki o Powstaniu: zarówno w wydanych po wojnie wspomnieniach powstańców, (jak wiadomo - upływ czasu wpływa negatywnie na jakość pamięci) jak   i w książkach różnych autorów opisujących Powstanie jest bardzo dużo roz-bieżności. Ilustracją tego może być przypis nr 55  na 90 stronie cytowanej wyżej książki  „BATALION „DZIK”:

 

„„55 Dodatkowy meldunek chor. „Nałęcza” o walkach w dniu 13 sierpnia,   z 15 sierp. 44 r.

A. Przygoński w: „Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 r.” na s. 29  i 30 tomu II opisując  topografię placówki Prochownia i odparcie ataku niemieckiego  w dniu 13 sierpnia, myli szereg rzeczy. Ponieważ była to placówka batalionu dowodzonego przeze mnie, czuję się w obowiązku sprostować: barykada  przy ul. Boleść (a nie Mostowej) znajdowała się między dwoma budynkami. Na rogu ul. Rybaki i Boleść od strony południowej stał budynek mieszkalny, w którym na parterze mieściła się restauracja, a od strony północnej - budynek Starej Prochowni. Tzw. budynki „Pekin” i „Madryt” znajdowały się znacznie dalej na północ za fabryką Quebracho i wspólnie stanowiły samodzielną placówkę. Poza tym Czerwony Dom znajdował się na wysokości Wybrzeża Gdańskiego, nieco wysunięty na południe od ul. Boleść i nie miał nic wspólnego z „Madrytem”. Został on właśnie tego dnia obsadzony przez Niemców. Atak na Czerwony Dom, o którym mowa, miał miejsce 14 sierpnia, a nie 13 sierpnia. Strzałem z piata został zniszczony czołg  dopiero 14 sierpnia. Piaty pochodziły z pierwszych zrzutów, przyjętych na Starówce w dniu 13 sierpnia w godzinach popołudniowych, a atak, którego wynikiem był opisany już spór    o ckm, przeprowadzono tegoż dnia w godzinach rannych.

Placówka „Madryt” w dniu 13 sierpnia nie była opuszczona przez powstańców i zajęta przez Niemców. „Madryt został zdobyty przez Niemców 26 sierpnia.

Również niezgodne ze stanem faktycznym jest stwierdzenie, że pchor. ”Orlikowski” wymontował z czołgu ckm. w czasie nieobecności żołnierzy AL. Zrobił to sam, pod ogniem nieprzyjacielskim, gdy wszyscy byli jeszcze na swoich stanowiskach.”

 

          Jak z powyższego sprostowania wynika - w jednej sprawie, dziejącej się na przestrzeni kilku dni - autorowi książki „udało się” pomylić i poplątać mnóstwo szczegółów. Na str. 89 jest przypis (nr 30) odnoszący się do kolejnego błędu A. Przygońskiego - przypisywanie obronę rejonu pozycji Mostowa-Boleść-Rybaki całości zgrupowania AL. Przypuszczam, że im więcej czasu upłynęło od zakończenia wojny - tym więcej błędów popełniali autorzy i to dysponując nieraz dostępem do oryginalnych dokumentów. Niestety - błędy te mogły zostać (i już zostały) powielone przez innych autorów, a wrzucone do sieci internetowej - otrzymały nowe życie - wszyscy cytują je bezkrytycznie, co powoduje, że błędy coraz bardziej się rozprzestrzeniają. Błędy te skopiowała również Wikipedia   i inne Strony Internetowe i będą się one dalej rozpowszechniały.

 Doszło do tego, że obecnie nie wiadomo już, co jest prawdą, a co zmyśleniem, co zdarzyło się naprawdę, a co jest (świadomą lub częściowo nieświadomą) konfabulacją.

 

d.      Nie mamy również pewności, czy niektóre błędy powstały w skutek nieuwagi, czy też są częścią świadomego działania mającego na celu zawłaszczenie dorobku 12 kompanii i 122 plutonu WSOP, a nawet poszczególnych powstańców   (np. w kilku meldunkach kilka osób z różnych oddziałów przypisuje sobie unieszkodliwienie czołgu w dniu 13 sierpnia).

Witold Antoni Ciechanowicz, 7.02.2016 r.

 

Batalion WSOP Dzik

 

( na podstawie strony Internetowej

POWSTANIE WARSZAWSKIE www.pw44.pl/index.php

Rozkazem gen. Władysława Sikorskiego w 1942 roku została sformowana Służba Ochrony Powstania [SOP, przemianowana w 1943 roku na Woskową Służbę Ochrony Powstania [WSOP], w skład której wchodził Batalion „Dzik”. Początkowo formacja ta miała być II rzutem wojsk Armii Krajowej [AK], jednakże w czasie Powstania otrzymała ona zadania bojowe i walczyła w pierwszej linii.      Dowódcą Batalionu „Dzik” był por. rez. piech. Tadeusz Okolski „Dzik”,  jego zastępcą - por. rez. łącz. Stanisław Sienkiewicz „Leliwa”, a por. rez. lot. - Jerzy Zieliński „Brochwicz” pełnił funkcję adiutanta.

            Batalion miał 5 kompanii (11, 12, 13, 14 i 15) liczących po kilka plutonów. Dowódcą 12 Kompanii był por. rez. żand. Wacław Kozicki - „Marian Oppenheim”,  a jego zastępcą, a zarazem dowódcą Plutonu 121 [winno być 122 - W.A.C.] był pchor/ ppor. czasu wojny Marceli Ciechanowicz „Antoni Nałęcz”.

            Zadaniem bojowym Batalionu, a szczególnie 121 [winno być 122 - W.A.C.] Plutonu m. in. było opanowanie szkoły na ul. Rybaki, gdzie mieścił się magazyn niemiecki, fabryki QVEBRACHO na ul. Rybaki oraz Starej Prochowni na rogu ul. Rybaki  i ul. Boleść. 

Straty Batalionu wynosiły 67%,  żołnierze otrzymali 68 awansów, a 47 z nich zost odznaczonych Krzyżem Walecznych. Po przejściu kanałami ze Starego Miasta na Powiśle, dowódca Batalionu resztek żołnierzy zorganizował tylko 2 kompanie. Dowódcą drugiej - 12 Kompanii był w dalszym ciągu por. rez. żand. Wacław Kozicki - „Marian Oppenheim”, a jego zastępcą, a zarazem dowódcą Plutonu był chor/ ppor. czasu wojny Marceli Ciechanowicz „Antoni Nałęcz”.

Po upadku Powiśla, Batalion „Dzik” wszedł w skład odcinka „Sarna” w zgrupowanie ppłk-a. Jana Szczurka - Cergowskiego,  ps. „Sławbor”. Jednostka walczyła na pododcinku kpt. Tadeusza Klimowskiego, ps. „Ostoja”.

          Struktura organizacyjna.

Armia Krajowa - Grupa „Północ” - zgrupowanie „Róg”

Dowódca zgrupowania - „Róg” - mjr. Stanisław Błaszczak

I (IV) Batalion WSOP „Dzik” (Wojskowa Służba Ochrony Powstania) - oddział 1 Rejonu Śródmieścia Warszawy.

Kompanie: 11, 12, 13, 14 i 15 w stadium formowania.

Dowódca: por./kpt. „Dzik” - Tadeusz Okolski (1902 -1983)

Z-ca dowódcy: por./kpt. „Leliwa” - Stanisław Sienkiewicz

11. kompania - ppor./por „Szczerba” - Zenon  Szczepkowski,

                od 15.08.1944 po rannym „Szczerbie” - ppor. „Bazyl” - Tadeusz Mędrzycki

12. kompania - por./kpt. „Oppenheim” - Wacław Kozicki, z-ca dowódcy kompanii

- pchor./ppor. czasu wojny - „Nałęcz Antoni” - Marceli Ciechanowicz

                pluton 121 - dowódca pchor. „Nałęcz Antoni” -  Marceli Ciechanowicz

                pluton 122 - ppor. rez. art. „Jurand” - Jerzy  Stelmaszczyk

                pluton 123 - N.N.

 


Od autora -W.A.C. - Właściwie winno być [vide Kontrowersje, s. 62-63]:

                                   pluton   I - 121 - istniał od 9 do 12 sierpnia - d-ca ppor. „POZNAŃCZYK”  - NN. Janusz

                                   pluton  II - 122 - d-ca pchor. „Nałęcz Antoni” - Marceli Ciechanowicz, potem pluton I-wszy

                                   pluton III - 123 - d-ca ppor. rez. art. „Jurand” - Jerzy  Stelmaszczyk, potem pluton II-gi

                                   pluton IV - 124 - d-ca N.N. , potem pluton III-ci

 

     13. kompania - por. „Radwan” - Edward Pieczyński

     14. kompania - ppor. „Piaskowiec” - Kazimierz Barcewicz

     15. kompania - ppor./por. „Rawicz” - Czesław Dąbrowski

 

powrót do strony głównej

 

powrót

 

 

 

BIOGRAFIA MARCELEGO CIECHANOWICZA

 

 

 

,

 

 

Marceli Ciechanowicz urodził się 23.III.1890 roku w Piotrogrodzie (obecnie Sankt – Petersburg) w Rewirze Kołomeńskim. Metryka urodzenia i ochrzczenia z dn. 9.IV. 1890 roku została wystawiona przez  Kościół św. Stanisława w Piotrogrodzie   i stwierdza, że ojcem Marcelego był „ podporucznik 82 Rezerwowego Kadrowego Batalionu, pochodzącego ze szlachty Guberni Kijowskiej - Antoni - Aureli syn Aurelego   i Marii, córki Marcelego  z domu Zaczek” (herbu Rawicz).

             Miał troje rodzeństwa: siostrę Anastazję i braci - Aurelego i Wiktora. Uczył się w Gimnazjum Realnym w Wyborgu, które ukończył w 1910 roku, po czym od 1911 do 1915 roku studiował na Wydziale Ekonomicznym Politechniki w  Piotrogrodzie.

   W roku 1915 pracował w Oddziale Piotrogrodzkim Banku Kredyt Lioński     (CREDIT LYONNAIS).

W 1915 roku, 12 września (wg Metryki Ślubu wydanej przez Piotrogrodski Rzymsko – Katolicki Kościół św. Katarzyny w dn. 12 listopada 1916 roku ) –  wstąpił w związek małżeński z dziedziczną szlachcianką Leontyną  Piotrowską”, córką Józefa Piotrowskiego i Aliny z domu Łukaszewicz.

 

W książce „BATALION „DZIK” Tadeusza Okolskiego znajdują się nieznane naszej rodzinie

informacje:

1. „… Przed I wojną światową pchor. piechoty w armii rosyjskiej…”  [s.406].

2. „…Dowódcą w Starej Prochowni od początku Powstania był chor. „Nałęcz”, jeden z najstarszych oficerów batalionu, miał 54 lata.

Brał on udział w I wojnie światowej jako oficer armii rosyjskiej, następnie w latach 1918-20 w wojsku

polskim, posiadał duże doświadczenie bojowe…” [ s. 54].

Prawdopodobnie oba te wpisy są błędne:  - to nie Marceli, lecz jego ojciec - Antoni  Ciechanowicz, był podporucznikiem w armii carskiej i być może chodzi tu o niego.  O udziale Marcelego Ciechanowicza w wojnie 1918 - 1920 nic nie wiemy - być może  w PRLu informację tę celowo ukrywał, tak jak swoją przynależność do AK.

 

 W 1917 roku, 13 lutego urodził im się syn, Mieczysław, ochrzczony 18 maja 1917 roku w Piotrogrodskim Rzymsko Katolickim Kościele św. Katarzyny.

Jeszcze w 1917 roku, w sierpniu, udało mu się wraz z żoną i synem uciec z ogarniętej przez rewolucję Rosji  - ostatnim statkiem odpływającym z Odessy (na wszelki wypadek miał ze sobą do obrony pistolet „Nagant”). Na szczęście ucieczka się udała - natomiast reszta rodziny pozostała w Rosji, a potem żyła w Z.S.R.R.

Obecnie w Sankt-Petersburgu mieszka tylko jedna część rodziny - pozostali już nie żyją lub rozproszyli się po całej Rosji. Kobiety wyszły za mąż za Rosjan i praktycznie nikt z potomków nie używa już nazwiska Ciechanowicz. W 2011 odnalazła nas dzięki naszej Stronie Internetowej (www.ciechanowicz.republika.pl) - Olga Wołkowa, córka Włodzimierza Ciechanowicza pochodzącego z jednej z bocznych linii naszego rodu.

      Po ucieczce do Polski –  Marceli  odzyskuje w 1921 roku obywatelstwo polskie (Poświadczenie Komisarjatu Rządu na m. st. Warszawę z dn. 26.IV.1921 r.).

            Od 1920 roku pracował kolejno: w Ministerstwie Skarbu w Warszawie (był pełnomocnikiem „ do akcji wymiany banknotów koronnych na całym terenie byłej okupacji austrjackiej tj. w okręgach Lubelskim, Kieleckim, Radomskim   i Piotrkowskim”). [vide str. następna)

Potem pracował w Banku Związku  Ziemian w Warszawie, w Oddziale Wileńskim Banku Mazowieckiego w Warszawie, w Banku Kredytowym w Oddziale Górnośląskim, a potem Krakowskim, w Państwowym Banku Rolnym  w Warszawie  i Ministerstwie Reform Rolnych i  firmach prywatnych.

            Podczas okupacji brał udział od 1942 roku   w konspiracji, w  Powstaniu Warszawskim gdzie został ranny, a potem – od 6.X.1944 roku do 18.X. 1945 roku wywieziony był do niewoli niemieckiej.

 Za wybitne dowodzenie na polu walki” dziadek został rozkazem D-cy Grupy „Północ”  A.K. z dn. 24.VIII. 1944 r. awansowany na podporucznika, oraz rozkazem tegoż samego D-cy z d. 26.VIII.1944r. / L.5/9/I. został odznaczony Krzyżem Walecznych po raz I „za odwagę i męstwo”.

 Dokumenty z Oflagu: - Zachował się karton z numerem jenieckim dziadka: XI A. 47242 (Stalag Altengrabow). Legitymacja nr 41902 b. jeńca wojennego nr 902/c – 0/39   z Obozu byłych Jeńców Wojennych w Lubeck X.C.- B.L.A. Opisane są w niej obrażenia : złamanie kości podudzia   i śródstopia (powstałe podczas zasypania pod gruzami). Zachowała się również furażerka Marcelego Ciechanowicza z Powstania Warszawskiego przestrzelona prawdopodobnie w końcu sierpnia 1944 r. 

Zachował się także Kartonem z pieczęciami i napisem  po niemiecku na kartce - to napis na pieczęci: „ x 177i  Das Amt der Hufe und Waffen Schnide zu PYRITS    x ” – co w wolnym tłumaczeniu znaczy:  Za-kłady przetwórcze pirytu”. Chodzi tu prawdopodobnie o zakłady, w których Marceli pracował przymusowo jako jeniec wojenny. Dokumenty Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, przez który Marceli szukał rodziny po wyzwoleniu z obozu jenieckiego.

Jest też przepustka nr 17 z Obozu w Lubece z dn. 12.V.1945 r.

            Po wojnie pracował w Wałbrzychu, potem w Dyrekcji  P.P.Polskie Uzdrowiska, gdzie jako inspektor kontrolował ich działalność, na dłużej osiadł w Szczawnie Zdroju  ( Solicach )  i Krynicy. Tu napisał książkę „Krynica i zdrojowiska karpackie”.

            Po śmierci żony, Leontyny i przejściu na emeryturę – przeniósł się na kilka lat do Katowic, do syna Mieczysława,      a potem do Domu Zasłużonego Nauczyciela w Mikuszowicach Śląskich pod Bielskiem. Tam – niespodziewanie – zaczął malować. Miał nawet kilka wystaw, a obrazy jego miały powodzenie.

 

 

           

Zmarł 13. V. 1975 roku – mając 85 lat - po ciężkiej i długiej chorobie.

 

 

powrót do strony głównej

 

powrót